Amerykanie mają dziś 11 listopada
4 Lipiec 2011
To stwierdzenie jest mocnym skrótem myślowym, ale analizując datę doszłam do takiego wniosku.
Powód ?
Dzisiaj w USA obchodzony jest Dzień Niepodległości. Oni to potrafią dzień święty święcić i podkreślać go na każdym kroku i przypominać o nim w dziesiątkach filmów i setkach innych popłuczyn kultury. Mają takie obchody, które określić mianem huczne, byłoby zbyt delikatne. Te wszystkie fajerwerki, które tego dnia wybuchają, hałas i blask, to wszystko służy podkreśleniu jak to wspaniale jest im tam w USA z całą niepodległością i wszystkimi jej konsekwencjami.
A my? My mamy swoje Narodowe Święto Niepodległości obchodzone 11 listopada, tylko co z tego?
W preambule ustawy można przeczytać, że obchodzone jest ono dla “dla upamiętnienia rocznicy odzyskania przez Naród Polski niepodległego bytu państwowego”. Ale ten naród, który wolność i niepodległość odzyskał, nawet nie ma pojecie kiedy to miało miejsce, co czci , po co i dlaczego. W ogóle czy ktoś coś czci tego 11 listopada? Jest to dzień wolny od pracy jak wiele w polskich kalendarzu, ale jedyne co się z tym dniem kojarzy to większa niż zazwyczaj ilość żołnierzy w telewizji.
Może powinniśmy wymyślić jakieś bardziej huczne obchody. Amerykanie mają swoje fajerwerki a my może strzelajmy z armat i róbmy pokazowe loty F16. Niech się te samoloty na coś przydadzą, bo na razie nie wiadomo po co nam one i najciekawsze zdanie na ich temat wygłosiła swego czasu Magdalena Środa mówiąc „Po co Polsce, która ma obszar jaki ma, są samoloty, które jak tylko startują to już są w Szwecji?” No to przy okazji zahaczylibyśmy tymi F16 i niech tam też wiedzą, że niepodległość mamy i czcimy. Ale póki co obchodów aż tak widowiskowych nie posiadamy.
Nic dziwnego, że 4 lipca jest dla nas konkretniejszy niż 11 listopada, bo Amerykanie świętują hucznie i przypominają o swoim święcie na każdym kroku. Chociażby swoimi filmami. Wielkie dzieło „Dzień Niepodległości”. Toż płomienna z gruntu patriotyczna przemowa prezydenta odtwarzanego przez Bill Pullmana absolutnie przypomina te, które można usłyszeć wygłaszane przez amerykańskich polityków każdego roku. Ociekające wydumanymi zwrotami i uderzające w nutę taniego sentymentalizmu są nie do przeoczenia. TODAY IS OUR INDEPENDENCE DAY. No trudno to zapomnieć.
Albo taki film „Urodzony 4 lipca”. Toż to kolejne jawne nawiązanie w tytule do święta, które gra w duszy Amerykanów patriotyczną nutą.
W dodatku przemysł fonograficzny nie chce pozostać za kinematografią w tyle. Bon Jovi o dniu niepodległości śpiewa w piosence „Miss Fourth of July”, zespół Selena Gomez & The Scene przywołuje to święto w piosence „Summer’s Not Hot”. Nawet przesłodka, landrynkowa i lukrowa Katy Perry pokusiła się o „4th of July (Firework)” i chyba tytuł mówi sam z siebie.
A co my mamy w tej kwestii?
Jeśli chodzi o filmy to w mojej przepastnej pamięci nie jestem w stanie znaleźć żadnego. Może ktoś inny widział coś, gdzieś , kiedyś i byłby w stanie to przywołać, ale ja nie. Muzycznie jest jakby trochę lepiej, bo za patriotyczną piosenkę z gruntu muzyki rozrywkowej można uznać „Niepodległość” Chłopców z Placu Broni. No nie jest to pierwsze miejsce żadnej listy przebojów ani hit stacji radiowych, ale jest. Takie ostateczne pocieszenie jest przecież czymś normalnym w naszym kraju.
Dalej rozgrzebując różnice i podobieństwa ( chyba tylko w nazwie) między Polskim i Amerykańskim świętem doszłam do wniosku, że najlepszym przykładem różnic jest data. Amerykanie swoje święto maja w lipcu, gdy jest gorąco i wieczorne fajerwerki to czysta przyjemność. My świętujemy w listopadzie, zimnym i mokrym miesiącu, gdzie każdy marzy o kubku gorącej herbaty w zaciszu domowym a nie jednoczeniu się na placach w celu świętowania. I chociaż nasz lipiec w tym roku jest jakoś tak listopadowy, to jednak samą datą strzelamy sobie w stopę dezerterując z walki o palmę pierwszeństwa w obchodach dnia niepodległości, święta niepodległości czy jakiegokolwiek rocznicowego uświęcenia tego, że państwo niepodległe na szczęście jednak jest.
Ale dlaczego chcesz nas amerykanizować – wg mnie nie trzeba. Amerykanie świętują hucznie nie tylko to święto. Mają pieniądze to świętują – a to, że na milionach fajerwerków nie znaczy, że jeszcze coś z tego rozumieją. Dla nich to przecież wyzwolenie się z pod “jarzma” brytyjskiego a dla nas 11 listopada to pamiątka po zaborach. Jest zbyt wiele różnic by nas porównywać. Fakt, że w Polsce nie dzieje się idealnie, ale nie starajmy się przynajmniej równać do USA…
Jestem absolutną przeciwniczką USA. NIe lubię i już.
Tekst to taka zabawa konwencją, treścia i formą.
Uważam, że powinniśmy mieć jakiś swój sposób na obchody i na czczenie.
Amerykanie mają. Głupawe sposoby – fakt, ale jakieś.
My też moglibyśmy swoje znaleźć.
NIe na wzór. Swoje własne. Tylko coś jednak mieć. SWOJEGO.
Bo póki co to naprawdę więcej jest u nas 4 lipca i USA niż11 listopada i Polski
Bo Polacy nigdy nie oderwali się do PRL, kiedy głęboko pod skórę wpojono nam przekonanie, że “american dream” jest najwartościowszym dobrem. Tak i teraz większość kocha tamten klimat chociaż tylko mniejszość tam była a jeszcze mniejsza część tej mniejszości pracowała tam na jakichkolwiek intelektualnych stanowiskach.
Co do święta u nas – ja np jestem raczej samotnikiem i wielkie świąteczne manifestacje mieszać się nie zamierzam nawet, gdyby były tam petardy i jarmark z watą cukrową.
Co do reszty myślę, że właśnie dzisiejszy sposób na obchodzenie uroczystości jest jedynym rozsądnym de facto najlepszym. Bo właśnie ludzie go wybrali i ludzie w nim uczestniczą. Gdyby faktycznie – jako społeczeństwo – potrzebowali czegoś innego to by tak się stało. Ale nie potrzebują zmian nawet, jeśli taki stan rzeczy nie podoba się jednostkom ;)
Oj, a ja uważam że idzie ku dobremu. Przynajmniej jeśli chodzi kwestie patriotyczne. Całkiem sporo środowisk kultywuje te tradycje, choć … niektóre nasze autorytety (w tym wspomniana M. Środa) nie bardzo potrafią sobie z tym poradzić. Zakładam też, może ciut naiwnie, że nie byłoby tak źle, gdybyśmy znowu musieli stanąć przed wyborem: iść bronić kraju, czy nie.
Apropo muzyki. Może nie “świętujemy” piosenkami 11 listopada, ale … np. Powstanie Warszawskie potrafimy uczcić. Polecam w tej mierze muzykę zespołu Lao Che. Niezwykła. Przejmująca. Eklektyczna. I pozytywnie oceniona swego czasu przez jednego z powstańców: “właśnie tak było, wszystko takie rwane, gwałtowne”.
I ostatnia kwestia: samoloty, które startując nie znajdują się od razu w Szwecji mieliśmy. W …’39-tym. Jak się skończyło – wiemy.
Ja się bardzo ciesze, ze jak uderzyć w nutę okołopatriotyczną, to sa jednak tacy, co podejmują melodię
jak tak sobie czytam te kometarze to mi sie niedobrze robi. oczywiscie, moznalubic czy nie lubic ameryki, ale bez przesady, uwazacie, ze ameryka nie doznala tylu nieszczesc? a co z katastrofa na WTC? to sie nie liczy? nie zapominajmy ze bez amerykaninow, nie korzystalibysmy teraz z komputerow, bo kto wymyslil windows? wiec, zanim zaczniecie oceniac ameryke to pomyslcie co jej zawdzieczamy.
O WTC sie nie wypowiadam, bo to tragedia ludzi dla zysku państwa, wiec nie chce w pyskówce brać udziału.
Zdecydowanie 11.09 to data późniejsza niz 4.07 … i nie chodzi mi jedynie o nastepstwo w kalendarzu jako takim
A w kwestii “amerykaninów” to juz w ogóle nie chce sie wypowiadać. NIe znam się. Mogłabym o Amerykanach porozmawiać, ale w zasadzie prawdziwi to jedynie Indianie