Zima

Zima nawiedziła nas z mocą okrutną. Już wiem jak mieszka się na Syberii. Mało tego wiem nawet jak musza czuć się niedźwiedzie polarne. Chociaż nie, one mają lepiej, bo natura przewidziała ich egzystowanie w warunkach mocno przypominających wnętrze zamrażarki i wyposażyła je w grube futro. Mnie takich udogodnień brak.

A za oknem biało i zimno. -5, -10, – 15°C. Nie patrzę na termometr, bo mam wrażenie, że słupek rtęci ucieka przed moim wzrokiem i opada coraz niżej ze wstydu, że w ogóle poniżej zera ośmielił się spaść.

A prognozy nie są zachęcające. Uśmiechnięta pani w telewizji informuje, że nastąpi chwilowe ocieplenie. A potem dowiaduję się, że to ocieplenie nastąpi jedynie na południowym wschodzie Polski i temperatura podniesie się z -20 do -14°C. No rzeczywiście muszę mocno zredefiniować pojęcie ocieplenia, jakie tkwi w mojej głowie, żeby w ogóle zrozumieć, o czym ta kobieta mówi. Ale nie warto nawet się nad tym zastanawiać, bo całe to ocieplenie ma trwać jeden dzień, a potem wracamy do normy. Tylko ja nie jestem pingwinem, żeby coś takiego było dla mnie normą.

Już naprawdę nie wiem, w co się ubierać, nie wiem, co jeść i pić, żeby nie czuć się jak sopel lodu.

Właściwie to mam ochotę owinąć się kocem i usiąść przy piecyku, a jedzenie niech mi donoszą w termosie.

Przydałby się grzaniec.

Ale nikt nie jest na tyle odważny, żeby udać się do sklepu, by dokonać zakupu. Poza tym nie mam pojęcia, czy jak nie patrzyłam ktoś nie ogłosił klęski żywiołowej. Tak wiem, że u nas nie Anglia i nikt przy zdrowych zmysłach nie ogłosi takiego stanu, gdy na dworze -5°C i 5 cm śniegu. Ale przez zakres -5 to termometry tylko przemknęły i zostawiły taką opcję dawno w tyle, a poziom śniegu też pozwala urządzić kulig. Dlatego może jak się ubiorę we wszystkie swetry, jakie posiadam i założę na siebie jeszcze tysiąc innych rzeczy, udam się do sklepu, a tam drzwi zamknięte, bo nikt nie pracuje w takiej temperaturze. I całe to moje ubieranie i przedzieranie się przez zaspy pójdzie na marne.

O nie. Wolę nie ryzykować.

Trzeba radzić sobie przy pomocy tego, co jest na stanie. Jakieś wino otwarte w lodówce, ale co tam, podgrzane jeszcze się będzie nadawać. Mało tego, może ocalić życie.

Do tego goździki. Upchnięte na dno szuflady, bo jakoś nigdy mnie nie inspirują kulinarnie. Nigdy z wyjątkiem grzańca. Ten ich zapach przyprawiający o zawrót głowy nie jest w stanie mnie skusić do niczego innego, jak tylko do wrzucenia do garnka, gdzie na uszlachetnienie czeka wino.

Jeszcze cynamon. Może być taki z torebki, ale zawsze lepiej utrzeć samemu. W tym zimnie ręce tak drżą, że nawet nie trzeba się jakoś specjalnie starać. Wystarczy przyłożyć cynamon do tarki, a właściwie utrze się sam.

Gdy już winko w garnku rozsiewa aromat i głębie, można do kubka włożyć pełną łyżkę miodu. I zalać to ciepłym winem.

Pierwszy łyk przywraca wiarę, że się przeżyje. Spływa kaskadą ciepła i błogości po przełyku. Gęsty miód przynosi słodycz. Przyprawy pobudzają do działania. Krew zaczyna szybciej krążyć.

Po kilku kolejnych łykach człowiek zaczyna wracać do życia na całego. Może uda się jakoś przetrwać tę zimę.

Byle do wiosny.

Reklamy

2 thoughts on “Zima

  1. jakoś ni z tego ni z owego przypomniał mi się Waglewski i jego „myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć”. ale jakoś wcale się do wiosny nie spieszę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s