Tłusty czwartek

Tłusty czwartek niezmiennie przypomina mi stare dobre czasy. Wierzenia, zwyczaje, hokus-pokus i inne tego typu czary-mary. No bo jak inaczej nazwać zaklinanie rzeczywistości przez pączki? Najedzenie się na zapas, jak najtłuściej, jak najsłodziej, żeby przetrwać na tych zmagazynowanych pokładach cały wielki post. To nie jest żart, bo 40 dni bez rozpusty biesiadowania to nie przelewki.

Chrześcijaństwo stojące na straży umiarkowaniu w jedzeniu i piciu pozwala w ten dzień objadać się do nieprzytomności. Toż pozostał nam ostatni tydzień karnawału. Czas szybko leci. Niektórzy jeszcze pamiętają Sylwestra (niektórzy jakoś zupełnie go nie pamiętają), a tu już ostatnie podrygi tego najbardziej roztańczonego okresu w roku.

Najeść się do syta, żeby potem tańczyć. Swawolnego walczyka, siermiężnego krakowiaka, czy bardziej nowocześnie jakąś sambę albo salsę nawet. Ostatni tydzień, ostatnia okazja.

Nic dziwnego, że jak świat światem… znaczy Polska Polską, gospodynie tego dnia szykowały jadło jak się patrzy. Każdy zna magiczne zaklęcie: „Powiedział nam Bartek, że dziś tłusty czwartek, a Bartkowa uwierzyła i nam pączków nasmażyła”. Każda gospodyni myślała, że jest Bartkową. Zaczynało się smażenie pączków. Choć nie tak od razu, bo najpierw to ciasto trzeba było przygotować. Ciasto drożdżowe, więc musiało wyrosnąć. Na piecu, a w czasach blokowisk już tylko na kaloryferze. Nieodmiennie nakryte białą, lnianą serwetką. Kolejne abrakadabra, bo wiadomo, że zanim magik wyciągnie królika z kapelusza, serwetką tenże kapelusz nakrywa. Gospodyni też najpierw nakrywała miskę serwetką, a po jakimś czasie czary-mary i ciasto urosło. Jak zapomniała, to nawet samo próbowało się z miski na wolność wydostać.

Potem smażenie w głębokim tłuszczu. Ach łamią ręce dietetycy maści wszelakiej, bo to smażenie sprawia, że taki mały pączek to istna bomba kaloryczna. Ale przecież o to chodzi. Taka bomba ma być zapasem na ostatni tydzień karnawału. Nawet na cały post. Zjeść jednego to jest mało.

Wgryzać się powoli. Przez lukier, polewę, czekoladę, czy co tam ma się fantazję umieścić na wierzchu. Można wszystko. Wszelkie chwyty dozwolone. Jak rozpusta to rozpusta.

Potem miękkie, delikatne ciasto. Jak puch. Kto by uwierzył, że tam tyle tłuszczu. To czysta poezja delikatności. A w samym sercu marmolada. Słodka, przyprawiająca o mdłości. Rozpływająca się na języku. Kwintesencja tłustego czwartku.

Pewnie, że łatwiejsze do domowego wykonania są faworki. Ciasto nie musi wyrosnąć w magiczny sposób. Trochę magii, a może raczej kuglarstwa jest w tym wywijaniu ciasta, które podczas smażenia przybiera potem niewiarygodne formy. Ale smak faworków nie ma też tej magii, co pączki. Człowiek z każdym kęsem nie czuje, że gromadzi energię niczym gąbka wsiąkająca wodę. Dużo energii z tłuszczu i cukru. Słodka rozpusta na ostatnie dni karnawału. Kiedy można się objeść, bezgrzesznie i bez wyrzutów sumienia.

Tylko dzisiaj gospodynie nie mają już czasu, żeby czarować w kuchni i stwarzać pączki. Może jeszcze jakieś koło gospodyń wiejskich celebruje słodką magie. W mieście nie ma na to czasu, nie ma na to nastroju.

I tak sobie myślę, myśl tę zagryzając pączkiem, jakie to szczęście, że są cukiernie.

Reklamy

2 thoughts on “Tłusty czwartek

  1. Oj jeszcze na kaloryferze coś sie dało ustawić, zeby wyrosło
    Gorzej z tymi współczesnymi grzejnikami
    Tam już się nawet małej miseczki nie upchnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s