Ani sanki, ani wózek

Już sama nie wiem, co gorsze. Czy zima, która straszy mrozem, skuwa lodem, zasypuje śniegiem, czy odwilż, które wcale nie poprawia sytuacji? Wręcz przeciwnie, nawet ją pogarsza.

Gdy wkoło było pełno śniegu i wychodząc z domu człowiek zastawał jedynie malutką wydeptaną ścieżkę, to nawet śmiejąc się, ze wypadałoby wrócić się po rower, wiadomo było, co robić. Drobić nogami jedna za drugą, by przedostać się z punktu A do punktu B. Zabierając ze sobą dziecko też miałam rozwiązany problem, bo wsadzałam córcie na sanki i jechałyśmy gdzie oczy, nogi i płozy poniosą. Zmieniało to i system przemieszczania i cała organizację wychodzenia z domu, ale nie było niewykonalne.

Teraz wychodząc z dzieckiem na spacer kompletnie nie wiem, co zabrać, a raczej w czym dziecko zabrać.

Sanki się już nie sprawdzają. Niektóre chodniki są całkowicie odśnieżone, a miejsce niedawnego lodu zajmuje wodno-piaskowa breja. Sanki w tych warunkach wydaja tylko przeraźliwy zgrzyt i całkiem odmawiają przemieszczania się gdziekolwiek.

Wózek też okazuję się nie lepszym pomysłem. Bo niektóre chodniki są jeszcze trochę nieodśnieżone i zalega tam coś, co nie jest ani śniegiem, ani lodem, ani tworem z innej galaktyki. Wózka przez to ani przeciągnąć ani przepchnąć się nie da. Można go wziąć na plecy niczym plecak, ale tego chyba żaden producent nie przewidział. Producent mojego kręgosłupa również.

Poza tym resztki tego, co jeszcze niedawno zalegało na dachach okupują obecnie chodniki. Czasem jest to wynikiem ocieplenia, które wywołuje obsuwanie się zawartości dachów, która to zawartość spada z nagłym i niespodziewanym ŁUPS. Jeśli dzieje się to na naszych oczach, to jesteśmy szczęściarzami. Znaczy to tyle, że nie dzieje się to nad naszymi głowami, co mogłoby się skończyć bardzo nieprzyjemnie.

Czasem zalegający na chodnikach lód jest dziełem człowieka. Bo tenże, zorientowawszy się, że zawartość jego dachu postanawia zmienić miejsce położenia, trochę jej w tym pomaga. Niestety, gdy przemieści ją na chodnik jego pomoc się kończy. Dalej już przemieszczać jej nie zamierza. Leżą zatem bryły lodu z resztkami śniegu, ani tego obejść, ani przeskoczyć. Taka tama zatrzymująca wszelki ruch na danym odcinku chodnika. Może bez dziecka w wózku jakoś bym się na to wspięła i niczym taternik pokonała przeszkodę. Z wózkiem nie mam szans.

Teraz wyprawa do sklepu to prawdziwy wyczyn siły mięśni i umysłu. Najpierw trzeba zaplanować w czym zabiera się dziecko, potem dostosować do tego trasę przejazdu, a na koniec zmierzyć się z atrakcjami na drodze. Resztkami śniegu i lodu, kałużami, które po przebrnięciu przez nie w dużej mierze znajdują się w środku moich butów i błotem rozchlapującym się na wszystko w promieniu wielu metrów i innymi.

Zastanawiająca jest dla mnie jeszcze inna metoda uatrakcyjniania warunków drogowych, bo w tym wypadku nijak nie chodnikowych. A mianowicie posypywanie błota piachem. Przechodząc przez ulice, gdzie nie ma asfaltu, kamieni, żwiru ani niczego, co chociaż minimalnie sprawiałoby, że nie zmienia konsystencji po najmniejszym deszczu, notorycznie zauważam ten proceder. Droga jest kwintesencją drogi gruntowej. Sama ziemia. Dodatek wody sprawia, że zaczyna być coraz bardziej elastyczna. A ktoś zawsze wtedy ( aż boje się pomyśleć, że to jakieś służby miejskie) sypie na to piach. Ja wiem, że w przypadku dużych opadów marznącego śniegu piach może ewentualnie pomoc nie przewracać się przy próbie wykonania jakiegokolwiek kroku. Jednak na śniegu tego piachu tam nie ma. Pojawia się, gdy śnieg jest wspomnieniem i zmienił się w bardziej ciekłą formę. O ile dobrze kojarzę, to ziemia jest bliską krewną piachu. Skoro zatem ona z wodą tworzy błoto, piach postąpi podobnie. Jak bardzo trzeba być natchnionym, żeby pomimo tego nadal ten piach tam sypać? Nie zdziwiłabym się nawet, gdyby okazało się, ze potem próbują to usunąć polewając całość wodą.

Tak oto zima trochę nam odpuściła, ale niestety my sami, ludzie, nijak nie chcemy sobie odpuścić. Utrudniamy ile się da. Z coraz większą zaciętością i pomysłowością. W końcu skoro aura się nie stara, to ktoś musi się postarać, żeby nie było nudno.

Advertisements

4 thoughts on “Ani sanki, ani wózek

  1. Piachem to oni zasypywali te wyrwy bo ktoś ich chyba bardzo konkretnie opier… wreszcie. Nie mieli nic innego pod ręką, ale liczy się przecież gest. Wracając po 16tej było niepokojąco gładko, aż do następnego poranka.

    Nawiasem mówiąc, wczoraj spotkałem tam znowu koparkę. Jak się okazuje prawie rok wykopalisk to jeszcze mało aby ukończyć 300m drogi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s