Lotnisko pod szczególnym nadzorem

Nie boję się latać, nigdy się nie bałam. Latanie samolotem sprawia mi autentyczną frajdę. Może odczekiwanie swojego na lotnisku i te wszystkie kontrole nie składają się na przyjemność. Tak samo bieganie po lotnisku, gdy zmieniają bramki ,do których trzeba się zgłosić, to nerwowe spoglądanie na monitory, co też tym razem na nich wyświetlili. Ale gdy już siedzę w samolocie to wszystko jest dla mnie przyjemnością. Nie przeszkadzają mi nawet przeciążenia i zmiana ciśnienia, która blokuje mi uszy. Przynajmniej nie musze wysłuchiwać marudzeń współpasażerów. Poza tym z wyłączonym dźwiękiem cale to przedstawienie stewardów nabiera jeszcze lepszego wydźwięku. Pantomima bez komentarza. Ręka w prawo, ręka w lewo i obie przed siebie. Można w głowie podłożyć do tego muzykę i wtedy jest to najbardziej niezwykły układ choreograficzny, jakiego nie powstydziłby się sam Agustin Marek Egurrola.

A potem lot i wyglądanie przez okno. Pewnie są one tak małe, żeby ludzie doceniali widok. Jak już się ktoś dopcha do okna, albo po znajomości załatwi sobie miejsce przy oknie, to może obserwować zmieniony wysokością świat. Pola uprawne i łąki, które wyglądają jak chusteczki higieniczne ufarbowane na różne kolory i porozkładane do wyschnięcia. I te małe domki, dróżki, samochodziki, tory. Jak jakaś makieta fascynata kolejek. Nawet wzniesienie ponad chmury jest dla mnie interesujące. Na co dzień nie mam okazji oglądać chmur od tej drugiej strony. Poza tym wygląda to jakby cały świat był pucharem lodów. Bardziej smakowicie być nie może. Spokojnie można sobie odpuścić wtedy posiłek, który w samolocie jest, jaki jest, albo nie ma go wcale.

Dlatego możliwości podróży samolotowej niezmiennie wywołuje u mnie radość. A w sumie już samo lotnisko i wizja pojawienia się na nim powinny mnie przyprawiać o gęsią skórkę. Jakoś mam takiego pecha, że wiele moich odlotów odbywało się pod szczególnym nadzorem. Wybieram zły termin czy jak?

Mój wylot do Grecji odbywał się we wrześniu 2001 roku. I już wszystko okazuje się jasne. Było to chyba półtora tygodnia po słynnym 11 września. Nie mam pojęcia, czemu w Polsce zwariowano na punkcie bezpieczeństwa na lotnisku. Przecież na zdrowy rozum, jeśli chciałoby się zaatakować USA to nie porywałoby się samolotu z kraju oddalonego o wiele godzin lotu. W tym czasie zapał do zamachu i siły witalne mogą tak osłabnąć, że terrorysta wylądowałby grzecznie na lotnisku i oddał samolot tamtejszym władzom zrezygnowany z jakichkolwiek innych działań. Poza tym lotniska u nas są pochwałą minimalizmu, więc nijak się to nie opłaca. Lepiej porwać samolot z Francji czy Anglii. Trochę bliżej celu i łatwiej niepostrzeżenie zabrać samolot, gdy są ich krocie na wielkich płytach lotniska, niż marne 3 sztuki na 5 metrach kwadratowych tego, co mamy w naszym kraju.  Przecież terroryści wbrew temu, co próbuje nam się wmówić, nie są nienormalni i chcą tylko dobrze wykonać swoje zadanie. A nie maksymalnie je utrudnić, by dostać się do księgi rekordów Guinnessa.

W każdym razie lotnisko było opanowane przez żołnierzy posiadających znaczne ilości broni i w ogóle tego nie ukrywających. Jeszcze nigdy z tak bliska nie widziałam tak dużych karabinów. Poza tym jakakolwiek próba przemieszczania się po lotnisku była utrudniona. Na każdych schodach i przy windach wartownik sprawdzał paszport, bilet i zadawał tysiąc niepotrzebnych pytań zanim pozwolił skorzystać z przybytku, którego bronił. Cieszyłam się, że lecę do skromnej Grecji a nie do USA, bo kolejka do odprawy do lotów do Ameryki była długa, nabita i zupełnie nieruchliwa. Mam podejrzenia, że każdy z pasażerów tego lotu miał robione wszelkie badania łącznie z prześwietleniem, żeby sprawdzić, czy jest tym, za kogo się podaje i czy nie wnosi niebezpiecznych substancji na pokład. Albo nie ma w podeszwie ukrytej licencji pilota, która uprawni go do porwania samolotu i prowadzenia go własnoręcznie.

Do Grecji w końcu odleciałam i spędziłam tam urocze wakacje.

Natomiast mój wylot do Anglii zagwarantował mi zgoła odmienne atrakcje. Już dojeżdżając na lotnisko zorientowałam się, że z zaparkowaniem będą problemy (na szczęście nie ja parkowałam). Nawet nie było jeszcze widać budynków lotniska, a już okolica przypominała parking przed marketem w dniu wielkiej wyprzedaży. Na ogromnych połaciach piachu stały setki samochodów. Stanęliśmy, gdzie się dało i dalej odbywał się spacer na lotnisko. Ciągnąc walizkę po piaskach pustyni, niczym karawana przesuwaliśmy się w kierunku wielkiego festynu. Zespoły ludowe wywijały hołubce, ważniacy w garniturach okupowali mikrofon i działy się tam jeszcze inne podobne rzeczy. Przez krótką chwile pomyślałam, ze zgotowano mi wielkie pożegnanie. Ale zaraz oprzytomniałam, że nie jestem przecież nikim ważnym, a moi rodzice nie są na tyle bogaci, by żegnać mnie w tak wielkim stylu. Okazało się, że lotnisko po wielu latach istnienia w końcu otrzyma swoją nazwę, imię po wielkim pisarzu. Akurat w dniu, w którym ja musiałam z tegoż lotniska skorzystać.

W dodatku okazało się, że jestem osobą niebezpieczną. Próbowałam wnieść na pokład samolotu narzędzie groźne, jakim jest pensetka. Najwyraźniej zapomniałam o głośnych przypadkach sterroryzowania załogi za pomocą tej broni. Służbista dał mi wyraźnie do zrozumienie, że jeśli natychmiast nie usunę tego z obszaru jego jurysdykcji, to mogę nigdzie nie odlecieć i może nawet przesiedzieć swoje na lotnisku. Na szczęście oddałam broń własnej mamie i mogłam spokojnie wejść do strefy wolnocłowej. Jakież było moje zdziwienie, że jedynym sklepem, jaki się tam znajduje, jest najzwyklejszy kiosk. Taki z gazetami, napojami i … maszynkami do golenia. No nie przypuszczałam, że tak łatwo wyposażyć się w broń na samym lotnisku. Bo skoro pensetka jest groźna, to jak groźna może być maszynka, która ma trzy ostrza? Maszynki nie kupiłam, wolałam nie ryzykować aresztowania.

W Anglii swoje posiedziałam i chciałam wracać, ale nie było bajecznie, bo wtedy właśnie odnaleziono bomby na lotnisku w Londynie. Heatrow było zamknięte przez kilka dni. Otworzyli je i już nadzieje spokojnego powrotu do domu zabłysła w mojej głowie, ale przecież nie może być tak dobrze. Z uwagi na ostatnie wydarzenie zaostrzono przepisy lotniskowe i kontrola wszystkich pasażerów to była seria zadań i testów niczym w chrztach kolonijnych. Nie kazali jeść potrawy z ketchupu, musztardy i dżemu, ale zadania były całkiem interesujące. Przede wszystkim nie wolno było pod żadnym pozorem wnosić  na pokład samolotu, ale już nawet na samo lotnisko za obszarem bramek, żadnego płynu o pojemności większej niż 5 ml. Musiałam swoją kosmetyczkę przepakować do bagażu głównego, bo były w niej tak niepożądane substancje jak błyszczyk czy tusz do rzęs. Jeśli posiadało się jakiś napój trzeba go było wypić na oczach strażnika, narażając swój pęcherz na wybuch. Ewentualnie można było wrzucić go do wielkich worków porozstawianych wszędzie. Oczywiście bagaże były sprawdzane z niebywałą dokładnością. Nawet się nie zdziwiłam, gdy moja torba podręczna po prześwietleniu zjechała na boczny tor, jako przeznaczona do przebadania ręcznego. Torbę otworzono, wyjęto z niej podejrzany przedmiot, jakim okazał się bidon, odkręcono go, by sprawdzić jakież to niewskazane substancje zawiera. Gdy stwierdzono, że jest to powietrze, gaz bezbarwny i bezwonny, nie przywodzący na myśl żadnego składnika bomby, wszystko zakręcono, zamknięto i mi oddano.

Ale nie był to koniec atrakcji. Sama przechodziłam przez kilka bramek.  Jedna za drugą, na wypadek gdyby któraś nie działała odpowiednio sprawnie. Na koniec tego toru przeszkód pojawiła się bramka wyściełana wykładziną, a obok kolejna aparatura do prześwietleń. Trzeba było pozbawić się obuwia i śmigać przez wykładzinę boso, a buty poddać badaniom na obecność pałeczek gruźlicy czy innych wirusów. W sumie w moich japonkach mogłam przecież ukryć czołg albo jakąś rakietę typu ziemia-powietrze.

Jednak mimo tylu przygód naprawdę lubię latać samolotami. Na lotniskach też lubię całe to zamieszanie. Przynajmniej oczekiwanie na odlot nijak się nie dłuży, bo cały czas obsługa lotniska prowadzi jakieś zajęcia z pasażerami. I zawsze nagrodą za przetrwanie tych zabaw jest totalny odlot.

P.S. Pisząc niniejszy tekst dostałam od Microsoftu ostrzeżenie przy słowie „lodów”. Z ciekawości zerknęłam, żeby sprawdzić co takiego nieodpowiedniego jest w tym słowie. Okazało się, że jest ono uznawane za wulgarne. W jakim świecie żyjemy, w jakich czasach. Dla mnie kojarzy się to ze smacznym, zimny deserem. A Microsoft ma już zupełnie inne skojarzenia…

Reklamy

5 thoughts on “Lotnisko pod szczególnym nadzorem

  1. :) no gdyby wziać inne czynniki pod uwagę lody czy też lód mógłby kojarzyć się z faktycznie czym innym. Co do latania, nigdy nie miałam okazji do Grecji jechałam autokarem i płynełam promem… moja reakcja bylaby napewno dośc nerwowa i z całą pewności nie umiałambym w niemym teatrzyku dostrzec choreografi godnej Egurroli :) pozdrawiam i dziekuje za pierwszy komentarz na moim blogu ;)

  2. Pamiętam jak wracaliśmy ze szkołą z Grecji 3 lata temu i koleżanka zapomniała przepakować dezodorant i drogie perfumy do głównego bagażu. Babka na kontroli oczywiście się przyczepiła, a koleżanka z wielkimi oczami krzyknęła na pół lotniska „Spray okay, but no parfume, please!”. Babka na bramce spojrzała na markę i z uśmiechem zapakowała z powrotem do torebki koleżanki.
    Ja chyba jednak wolę samochód. W nocy. Uwielbiam radio, światła i taki specyficzny nastrój jaki mnie wtedy ogarnia. :)

  3. mnie to kiedyś na lotnisku w Edynburgu kazano wyskakiwać z 14to dziurkowych Martensów, bo okazało się, że producent włożył w noki blachę i stałem się potencjalnym terrorystą :)
    pozdrawiam!

  4. Jak miałam 9 lat wyprwaiła mnie mama do Włoch, do ojaca, który tam w owym czasie pracował. Oddając mnie w ręcę stewardesy miała minę nie do opisania przerażoną. Nie pamietam dokładnie całej organizacji tego wylotu. W każdym razie wieziona byłam po płycie lotniska specjalym samochodem z niebieskim bodaj, migającym szybko kogutem. Umieścili mnie w samolocie linii AlItalia, bardzo przyjemnie w tej maszynie było. Za mną mościło się austriacjie bodaj mażeństwo,zaczepiali mnie i szprechali do mnie co chwilę przez cały lot, jak do dwulatka, teraz tak to pamiętam i nie rozumiem zupełnie po co. Jedzenie było fatalne, miałam chęć na mielone mamy, a dostałam szpinakową(chyba) sałatkę i mieso o konsystencji podeszwy.
    Wszystko było ok do czasu momentu, w którym miał mnie odebrać tata. Nie oddali mnie. Ojciec nie okazł wszystkich koniecznych dokumentów, musiał jeszcze coś załatwiać, gdzieś dzwonić. Ludzie, jak ja go zobaczyłam z daleka to wręcz wystrzeliłam do biegu, a oni mnie za ubranie i „NO, NO”! Tatę widzę zza barierki i krzyczę „tato,tatuś” a oni mnie trzymają, chyba dla wszystkich obserwatorów wtajemniczonych i tych nie, jasne było, że to ojciec mój. Jak to dziecko – ja w płacz. Ale była afera…. wydądowałam o 12.00 w dzień w Mediolanie, a ojcu oddano mnie o 23.00. To chyba moja najwiękasza trauma z dzieciństwa.

    Fioletowa? Czemu na portalu się ostatnio nie pojawiasz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s