Kawa to podstawa

Kawa jest dla mnie strawą zarówno fizyczną jak i duchową. Wiem doskonale jakie jej składniki wywołują porządany efekt, który otwiera oczy i rozbudza umysł. Ale pragnę też wierzyć, że ten aromat unoszący się nad kubkiem i smak wyczuwalny na języku ma w tym pobudzaniu swój udział.

Swego czasu nie otwierałam nawet oczu przed pierwszym kubkiem kawy. Rodzina się ze mnie śmiała, że wszystkie czynności życiowe przed pierwszym łykiem tego drogocennego płynu wykonuję na śpiocha i dopiero dawka kofeiny tak naprawdę mnie budzi. A nie budzik wrzeszczący w niebogłosy, jakby go ze skóry obdzierali, choć żadnej skóry nie ma.

Kawa jest dobra zawsze i wszędzie. Rano do śniadania albo zamiast śniadania. W południe na deser po obiedzie. Albo zamiast obiadu. I wieczorem do kolacji lub zamiast kolacji, bo jakoś nie wierzę, że nawet kawa jest mnie w stanie tak bardzo pobudzić, żebym nie zasnęła nawet wypijając ją niedługo przed spoczęciem mojej głowy na poduszce. No dobra może zaprzestanę tych klasyfikacji żywieniowych kawy, bo wszyscy dietetycy czy inni dbający o zdrowe odżywianie wyrwali wszystkie włosy z głowy i to pewnie przy pierwszym „zamiast”.

W każdym razie kawa to podstawa.

Kawe piję rozpuszczalną, bo tak jest najszybciej, a o poranku trudno wymyślić coś prostszego do pobudzenia. Porządny kubek tego cudu technologicznego, który zawdzięczamy podróżom kosmicznym jest tak samo dobrym początkiem dnia jak kawa parzona z namaszczeniem i uwagą. Jak taka prawdziwa po turecku. Nie po polsku, zalewana wrzątkiem w szklance mieszanka źle zmielonej kawy i cukru (ach ten zapach i smak PRL-u, który teraz można poznać już tylko na uczelniach państwowych, które zapomniały, że rok 1989 dawno minął). Kawa po turecku wymaga odpowiedniego tygielka i uwagi przy kombinacji ze stawianiem na palnik i zdejmowaniem… Cukru w ogóle nie powinno w niej być, a osłodę gwarantują bakalie zagryzane do niej. Kto o bladym świcie ma czas, energie i ochotę na tego typu zabawy? Ja nie mam, dlatego życiodajne granulki są podstawą wyposażenia mojej kuchni.

Pewnie, że marzy mi się super ekspres, którego wartość rynkowa porzebija kilka dobrze jeżdżących samochodów. Wtedy kawa byłaby czystą poezją, a nie tylko poranną prozą niczym przerzucana niedbale gazeta. Jednak z uwagi na to, że nie urodziłam się w rodzinie królewskiej ani moi rodzice nie mają nic wspólnego z jakimiś Rockefellerami, nie posiadam tego dobra luksusowego.

Ekspres przelewowy nijak do mnie nie przemawia, więc tego typu sprzęt sobie zupełnie odpuszczę. Gdy zajmował pół powierzchni roboczej blatu kuchennego w moim domu, parzyło się w nim raczej herbatę a nie kawę.

Pracowałam kiedyś w kawiarni i tam pijałam „prawdziwą” kawę. Znaczy taką mieloną i to chwilę przed podaniem. Z wielkiego ekspresu. Najbardziej smakowała mi taka z półtora shota z mlekiem. Nawte potrafiłam ją sama przyrządzić, choć przyznam szczerze, że dysza do spieniania mleka przyprawiała mnie o rozstrój nerwowy. Za każdym razem gdy słyszałam jej złowrogi syk miałam ochotę uciec na zmywak i nigdy nie wrócić za kontuar. Dlatego właśnie starałam się skłonić kogoś innego, by spienił dla mnie mleko, względnie błyskawicznie podłączałam się pod mleko spienione dla klienta przed chwilą. Strach przed dyszą spowodowany był prawdopodobnie opowieścią, jaką uraczono mnie pierwszego dnia pracy w tym przybytku. Pewnie dla wyostrzenia mojej uwagi podzielono się ze mną historią o dziewczynie, której podgrzane mleko chlusnęło na twarz, gdyż zbyt powolnie pozbawiała go kontaktu z syczącą dyszą. Ja z natury jestem ostrożna i uważna, dlatego ta historyjka nie przywołała mojej uwagi, a uwolniła jedynie wyobraźnię. Dźwięk podgrzewanego mleka wywoływał w mojej głowie widok mnie oblanej strugami wrzącego białego płynu, który spływa mi po twarzy zmieniając ją w roztopioną plastelinę. Dziękuję obejdę się bez tego, nawet jeśli miałoby to oznaczać dzień bez kawy.

Na szczęście byłam na tyle zaradna, że takie negatywne skutki mojej zbyt bujnej wyobraźni nie były mi dane. Codzienna porcja kawy była dostarczana mojemu organizmowi i to pozwalało mi pracować z odpowiednią siłą i nastawieniem.

Ale ta praca dawno skończona i tyle, że mi wspomnienia po tej codziennej kawie ekspresowej zostały. I sentyment gdy widzę wielki kombinat syczący i sapiący parą.

A teraz dopijam kawę i idę na spotkanie nowego dnia. Kofeina krąży w żyłach, aż chce się żyć .

Reklamy

7 thoughts on “Kawa to podstawa

  1. … najgorsze jest to, jak uwielbia się kawę i jej działanie, a kwasy żołądkowe nie pozwalają jej pić… :(

  2. Kawa mniam, na co dzień: 2 łyżeczki rozpuszczalnej Davidoff jasnej, dwie cukru i mleko- to wystarczy.. aczkolwiek satysfakcjonuje co innego :)

  3. Mniammmm – chyba pędzę do kuchni… z dodatkową pianką bitej_ś (prócz pianki ‚z maszyny’) na to cała pokaźna reszta tartej gorzkiej czekolady…

    …mniammmmmmmm…

    ;) :) ;/

  4. Ale że rozpuszczalna, to niby coś wspólnego z kawą miała kiedykolwiek, poza nazwą?

    To jak trabanta nazywać samochodem ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s