Tuning

Tuning jest regulacją bądź strojeniem, czyli poprawianiem funkcjonowania samochodu. Ma polepszać parametry techniczne. Dzięki niemu samochód szybciej jedzie, lepiej jedzie i w ogóle nie umywa się do oryginału, nad którym dumali specjaliści w fabryce.

W Polsce tuning przybiera tak różne oblicza, że czasem trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógłby mieć chociażby taki pomysł. A jeszcze trudniej wyobrazić sobie, że doprowadził do jego realizacji.

PIERWSZE SZLIFY

Cóż może być prostszego niż zmiana wizerunku swojego samochodu przez zestaw naklejek.  Osobiście z dzieciństwa pamiętam jak łatwo było odnowić resoraka czy inny samochodzik posługując się  jedynie naklejkami z papeterii i mazakiem. Przeciętny bordowy matchbox nagle miał złowrogie pasy na bokach, a jego dach zmieniał się w plątaninę gwiazdek i kołeczek, bo nic większego nie dało się tam nakleić. Ciekawszym obiektem mojego dziecięcego tuningu był większy plastikowy samochód, w którym przeprowadzałam testy zderzeniowe.  Polegały one na wsadzaniu do samochodu lalki na fotel kierowcy i z rozpędem uderzaniu w szafkę. Idealnie pokazywało to, co dzieje się z kimś, kto nie ma zapiętych pasów, bo w tego rodzaju zabezpieczenia relikt epoki PRL-u nie był wyposażony. Po serii testów pojawiała się potrzeba zmiany wyglądu samochodu. Nie było to spowodowane kwestią uszkodzeń, jakie testy mogłyby wywołać. Plastikowa karoseria dziwnym trafem nie ulegała jakimś uszkodzeniom. Chodziło jedynie o urozmaicenie. Ach ileż na niego można było ponaklejać, ile namalować. Praca koncepcyjna i wykonawcza na wiele godzin zabawy.

Podobnie zachowują się właściciele jak najbardziej dużych samochodów z metalową karoserią całkiem nieodporną na otarcia, zarysowanie i wgnieceni oraz napędem silnikowym a nie opartym o mechanikę ręki dziecka. Zestawy specjalnych naklejek przyprawiają o dreszcze jeszcze w formie nieużytej na półce sklepowej, a co dopiero przyklejone na pojeździe.  Jeszcze te imitujące ślady po kulach są dla mnie akceptowalne, pod warunkiem zastosowania ich z poczuciem humoru. Wtedy mogą nawet wywołać uśmiech. Jednak chętniej wykorzystywane są wszystkie te, które maja przywodzić na myśl  niewiarygodną szybkość, jaką jest w stanie rozwinąć dany samochód. Dlatego na bokach pojawiają się wszelkiego rodzaju pasy, mazańce, błyskawice i płomienie. Właściciel zdaje się nie zauważać, że jego samochód dawno jest już pełnoletni i prędkość, na która go stać nijak nie kojarzy się z płomieniem czy błyskawicą. Prawdę mówiąc nawet przy wyjątkowo sprzyjających okolicznościach jak tylny wiatr i jazda z górki, nie jest w stanie rozpędzić się tak, by kierowy groził mandat za przekroczenie prędkości. Ale ten piekielny wzorek na boku podnosi prestiż jazdy przy zatrważających 48 km/h na liczniku.

Do tego dochodzi element mający podobno realne przełożenie na prędkość, a mianowicie spojler  na klapie bagażnika. Oczywiście jako osoba, która nie zna się na samochodach, nie będę wpływać na autentyczny wpływ tego typu elementu na zaburzenie opływu powietrza a przez to docisk kół, ale powiem tylko jak to prezentuje się wizualnie. Dla mnie przywodzi na myśl deskę do prasowania. Czasem jedynie taką dodatkową nakładkę ułatwiającą prasowanie rękawów. W innych przypadkach dużą deskę, przy pomocy której można prasować na skalę przemysłową. Taka deska do prasowania to jest wyjątkowy pomysł na wyposażenie samochodu. Może sprawdza się w przypadku krawcowej? Specjaliści z  Pimp my ride mogą się schować ze swoimi lodówkami w bagażniku i telewizorami w zagłówkach. Na wmontowanie deski do prasownia nie wpadliby nawet za 100 lat.

Jest jeszcze profesjonalny odpowiednik mojego dziecięcego mazaka – zestaw farb. Właściciel samochodu nie ogranicza się do drobnych malunków, a najczęściej zmienia po prostu całą szatę graficzną. Im starszy samochód o mniej interesującym kolorze fabrycznym, tym bardziej popuszczone są wodze fantazji przy jego przemalowywaniu. Ostre barwy na rozpadających się wrakach nie są dla mnie niczym zaskakującym. Niektórym wydaje się też, że swobodnie można zamalować rdze i problem niewidoczny przestanie istnieć. Nie przestaje. Puchnie i karbuje się karoseria, przez co do bardzo zauważalnego koloru dochodzi jeszcze niezwykła faktura. Prawie jak dzieło sztuki współczesnej. Jednak fascynacji tego wyjątkowego tuningu mają w zanadrzu jeszcze inne nie mniej powalające pomysły …

TUNING ŚWIETLNY

I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o wycinanie w karoserii ażurów za pomocą światła lasera. Niezwykłe ażury wycina już przecież rdza. Chodzi o niesamowitą zabawę wszelkiego rodzaju światłami, które można w samochodzie zamontować lub domontować. Niektórzy idą na całość i montują w swoim samochodzie światła, które mocą powalają wszystkich na drodze i doprowadzają do oślepienia każdego, kto ośmieli się poruszać po drodze w przeciwnym kierunku. Ich światła długie są naprawdę długie. Umożliwiłyby nawet lądowanie samolotu w zupełnej mgle. Przebijają się przez wszystko na każdą odległość. Do tego dochodzą światła dublowane, dodatkowe i ogólna ilość żarówek przekraczająca tę potrzebną do całkowitego oświetlenia średniej wielkości domku rodzinnego. Gdyby na jakimś meczu piłkarskim wyłączono prąd, myślę, że wystarczyłyby dwa tak wyposażone wozy, by oświetlić całe boisko. Choć nie radziłabym piłkarzom biec naprzeciwko takiej ściany światła, bo to groziłoby wypaleniem oczu.

Są też tacy, którzy nie idą w jakość, czy też może moc, a w ilość świecących elementów. Różnorodność miejsc, w których można umieścić świecącą diodę jest nieograniczona. Antena radiowa niczym czółka kosmity ze świecącym czubkiem. Punkty wytrysku płynu do szyb, które oświetlają mu drogę na miejsce. Koła, które obdarzone kolorowymi diodami obracając się generują efekt tęczy. Można też podświetlić swoją tablicę rejestracyjną. Tylko nie wiem czy bardziej dla poprawienia jej czytelności, czy tez dla całkowitego uniemożliwienia dojrzenia co jest na niej napisane, poprzez oślepiające światło.

Świecić może wszystko. Również podwozie, które emitując błękitne światło przybliża samochód do spodka kosmicznego. Nie pod względem szybkości oczywiście, a jedynie wizualnie. Przez wszystkie te błyski i światła pojazd zaczyna przypominać jeżdżącą dyskotekę. A jak dyskoteka, to wiadomo, że muzyka, przez co przechodzimy do

TUNINGU MUZYCZNEGO

Przeciętny samochód posiada jakieś radio i głośniki, co umożliwia słuchanie muzyki podczas jazdy. Ale prawdziwy fan muzyki nie zadowala się takimi podstawami. Rozbudowuje sprzęt grająco- nagłaśniający do granic wytrzymałości pojazdu, a czasem te granice nagina albo nawet przekracza. Najpierw odtwarzacz na 3 płyty, 5 płyt, 7 płyt … z funkcją przekładania, losowania i wybierania. Można stworzyć listę przebojów, albo zabawić się w DJ’a i to w czasie jazdy, prawie nie odrywając rąk od kierownicy. Do takich zabaw potrzebne są oczywiście głośniki montowane z przodu, tyłu, boku, w suficie, w drzwiach, w podłodze. Ich ilość jest nie do ogarnięcia dla przeciętnego umysłu o ograniczonych umiejętnościach matematycznych. Jednak są totalni szaleńcy, tkorym nawet to nie wystarcza. Tacy zapaleńcy są gotowi nawet wymontować coś z samochodu, by w to miejsce wstawić głośniki o wielkości bojlera na 30 litrów albo pralki Frani. Najchętniej wykonują taki manewr w małych samochodach, w których i tak tylna kanapa nie mieści zbyt wielu pasażerów ( chociaż co ja mówię, dobrze wszystkim znany Maluch podobno jest w stanie pomieści tyle osób ile potrzeba, wiec 3, 4, czy 5 ludzkich „sardynek” na tylnej kanapie, to nic niezwykłego). Siedzenie zostaje wyjęte i całą powstała w ten sposób przestrzeń zostaje wypełniona przez głośniki i wzmacniacze. Małe auto dostaje w ten sposób dodatkowe drgania i podczas jazdy wygląda jak nawiedzony potomek znerwicowanego kangura. Gdy na skrzyżowaniu słychać niewiarygodny łomot, śmiało można spodziewać się czegoś bardzo małego co podryguje w takt tego łomotu.

Nie wiem, czy prekursorzy tuningu mieli pojęcie, że może on tak bardzo ewoluować. Jedno jest pewne – samochód po tego typu przemianach jest wyjątkowo niewiarygodny, choć nie zawsze niewiarygodnie wyjątkowy.

Advertisements

2 thoughts on “Tuning

  1. No cóż stałam na skrzyżowaniu i usłyszałam dźwięki nadjeżdżajacego ARMAGEDONU
    A potem okazało się, że to Tico, którego tył był głośnikiem.
    I tak jakoś przypomniały mi się wszystkie dziwne twory na jezdni, które wywoływały mój uśmiech politowania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s