Szlafrok

Szlafrok jest elementem garderoby, którego istnienia i przeznaczenia nie pojmuję i nie akceptuję. Może jest to jakaś walka z wiatrakami, ale nie należę do wielbicieli tego czegoś, co może jeszcze w Ciechocinku miałoby prawo bytu, ale w zaciszu domowym nijak nie widzę dla niego zastosowania. Z uwagi na to, że jakoś nie jestem częstą kuracjuszką w Ciechocinku, a nawet powiem więcej – nigdy tam nie zajrzałam, nie odczuwam potrzeby posiadania szlafroka. Musze twardo obstawać przy swoich poglądach, bo z każdej strony próbuje się mi wcisnąć płaszcz kąpielowy. A to tylko kryptonim znanego mi szlafroka.

Programy lojalnościowe w sklepach z kosmetykami gwarantują, że na jakimś poziomie zdobywania punktów będzie można wymienić je na szlafrok. Czy tylko dlatego, że używam szamponu i balsamu jestem zobligowana do przechadzania się po domu odziana w coś, co przywodzi na myśl sanatorium? Przecież nie przemierzam połaci mieszkania z kąpieli borowinowych (zapewne w łazience, w wannie, której nie posiadam) do salonu masażu (prawdopodobnie w sypialni, gdzie jest w prawdzie łóżko, ale jakoś nie zauważyłam skąpo odzianego masażysty) a potem na rozgrzewające okłady czy tez jakieś lecznicze parówki (nie chodzi mi tu o pokarm w celofanowej osłonce, ale też chyba musiałoby się to odbywać w kuchni). Nie przypominam sobie, żebym w tak upojny sposób spędzała dni w mieszkaniu, a nawet jeśli byłabym do tego zmuszona, to czemu miałabym paradować w szlafroku? Domownicy wiedzą jak wyglądam w piżamie, wiedzą jak wyglądam w bieliźnie, nie muszę się przed nimi jakoś skrupulatnie osłaniać. A jeśli miałabym na sobie jakieś mazidła i inne smarowidła, to nie pokazałabym się nikomu czy w szlafroku czy bez.

Jednak nawet ja nie ustrzegłam się całkiem od szlafrokowego szału. Kiedyś kupiłam sobie szlafrok razem z piżamką. Obie te rzeczy z satyny. Szlafrok był fanaberią, kaprysem, a nie potrzebą.

I jako fanaberia spędził najpierw część swojego żywota w pudełku, z którego wyglądał przez okienko z przezroczystego plastiku. Później został rozpakowany i trafił w najciemniejsze zakamarki szafy, by wyłonić się z tych czeluści może ze dwa razy i przyozdobić moje ciało. Specjalnie określam to jako przyozdobienie a nie okrycie, gdyż jego długość nie pozwalała stwierdzić jednoznacznie, że cokolwiek zakrywa, a choć miał pasek i szereg szlufek, to satyna znana nie tylko ze swej połyskliwości ale też śliskości uniemożliwiała skuteczne jego związanie. Szlafrok ten był zatem frywolną narzutką, która tylko symulowała pruderie  w rzeczywistości całkowicie jej zaprzeczając.

Moja kolejna przygoda ze szlafrokiem miała miejsce, gdy byłam w ciąży. Wtedy okazało się, że potrzebuje takiego przyodziewku o formie bardziej ambitnej niż tamten satynowy. I zaczęła się drogą przez mękę.

Najpierw delikatnie się buntowałam, że przecież szlafrok nie jest obowiązkowym wyposażeniem wyprawki szpitalnej, że ja go mieć nie muszę, że poradzę sobie bez niego. Argumentów miałam bez liku, ale wszystkie były krótko zbywane przez moją mama stwierdzeniem jedynym słusznym, że „idąc do szpitala szlafrok trzeba mieć, bo inaczej nie wypada”. Porażona siłą argumentu, z którym nijak nie mogłam walczyć, uległam. Ale postawiłam warunki tej kapitulacji. Przede wszystkim szlafrok, choć dłuższy niż te nieprzyzwoite satynowe przyodziewki, nie może być do kostek, bo plątać mi się będzie pod nogami, a tego nie zniosę. Poza tym uznałam, że nie chcę szlafroka z paskiem, bo takie przewiązane frotowe dziwadła kojarzą mi się ze szpitalami i chorymi ludźmi. Wydaje mi się, że każdy wygląda w nim jakbym niedługo miał umrzeć, a lekarze próbowali zrobić cokolwiek, by musiał pochodzić w tym szlafroku trochę dłużej.

Nie przekonują mnie argumenty, że takie wiązane szlafroki powinny mi się kojarzyć ze SPA, bo tam się takie nosi. Nigdy w żadnym SPA nie byłam, więc co ja mogę wiedzieć? Widocznie zdjęcia z luksusowych farm piękności przemawiają do mnie bardziej ubogo niż obrazy szpitalne.

Dlatego zaczęły się poszukiwania szlafroka o konkretnych wytycznych i w ograniczonym czasie.

Nie było to łatwe zadanie. Mój brzuch rósł i właściwie nie wiadomo było na jakim etapie się zatrzyma, a ja też nie chciałam zakupić czegoś, co będzie przypominało plandekę albo pokrowiec na fortepian. Mama ciągała mnie po kolejnych sklepach, które oferowały fasony nieodpowiednie według moich standardów, a w dodatku w kolorach, które zawstydziłyby Pollocka. Nie wiem czemu uznano, że szlafrok może być kanarkowo-żółty, przez co osoba w niego odziana wygląda jak chora na żółtaczkę przez odbite od niego światło. Albo właśnie bladozielony, przez co cera wydaje się ziemista z zieloną poświatą niczym u zombie.

Poszukiwania trwały dalej.

W końcu pojawiło się coś, co zaakceptowałam. Szlafrok zapinany na suwak i z kapturem. Przełamywał szpitalny styl w każdy możliwy sposób i uznałam, że coś takiego ewentualnie mogę na siebie założyć.

Tylko teraz wisi on smętnie na wieszaku w łazience i czasem z poczucia obowiązku wobec niego wkładam go, na krótki spacer z łazienki do pokoju. Zupełnie niepotrzebnie, zupełnie bez sensu, ale jakoś mi go żal. Kupiony po tylu trudach i zmaganiach, po wielu kilometrach przechodzonych na zmęczonych nogach, po całym tym marudzeniu i wybrzydzaniu z mojej strony, teraz ma być bezużyteczny i zapomniany?  Coś mi się wydaje, że to pierwszy i ostatni porządny szlafrok w moim życiu, bo nie wyobrażam sobie kolejnych takich wypraw i wyborów.  Dlatego może lepiej, że nie nosze go jakoś nagminnie. Starczy na dłużej.

W mojej rodzinie jest jedna osoba, która nadal posiada i nosi szlafrok, który dostała w prezencie jakieś 30 lat temu. Kto wie, może ja pobiję ten rekord?

Advertisements

3 thoughts on “Szlafrok

  1. Też jestem wybredną klientką. :-) Idealnym szlafrokiem byłby dla mnie ciepły, jednolicie pomarańczowy lub pastelowy „płaszczyk” – obowiązkowo z kapturem i sporymi kieszeniami. Niby nic nadzwyczajnego, ale… Gdyby do tego był made in Poland – kupiłabym go od ręki. Ot, taka fanaberia ciotki patriotki. ;-)

  2. A ja posiadam szlafrok. Długi niemal do kostek. Z ogromniastym kapturem. Włochaty, wiązany i chorobliwie niebieskawy. I nawet go używam czasem. Powód jest bardzo prosty: mój kot uwielbia się na nim wylegiwać.
    Może i Twojemu szlafrokowi znajdziesz jakieś zajęcie zastępcze, coby na bezrobociu nie siedział? :)

  3. No szlafrok czasowo dorabia jako przybornik.
    Ma tak obszerne kieszenie, że czasem wkładam do nich bielizne, którą zabieram do łazienki.
    I trzymam tam opakowanie chusteczek higienicznych. Na wszelki wypadek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s