Schizofrenia meteorologiczna

Nie wiem co się dzieje z pogodą, nie jestem w stanie nijak jej określić. Nie wiem nawet czy to środek jesieni, wiosny, pełnia lata, a może raczkująca zima. Sytuacja zmienia się już nie z dnia na dzień, nie z godziny na godzinę, ale z minuty na minutę. Trudno stwierdzić, czy akurat jest słonecznie czy deszczowo, bo trzeba konkretnie patrzeć przez okno, by podjąć decyzję w tym zakresie. I właściwie wybrać jedno okno w domu, bo nawet z nich widok różni się między sobą w sposób zatrważający.

Staję przy jednym oknie i jest złota polska jesień z wszystkimi jej barwami i słońcem wydobywającym ich głębie. Jest pięknie, aż serce się raduję. Pomarańczowe liście leżą pod kasztanowcami w towarzystwie zrzuconych przed chwilą brązowych kasztanów i ich skorupek z kolczastą zielenią. Przechodzę do drugiego okna i jest listopad w najczarniejszym wydaniu, z hektolitrami wody lejącymi się z nieba i wierzbą koreańska, która pod naporem deszczu i wiatru próbuje mi to okno wybić. A całość ma głębszy wymiar, bo mamy wrzesień.

Chcę też zauważyć, że nie mam jakiegoś wielkiego mieszkania, co wyjaśniałoby różnice pogodowe na przeciwległych jego krańcach. Chociaż prawdę mówiąc moje mieszkanie musiałoby zajmować hektary, żeby coś takiego było normalne. A ja od jednego końca do drugiego mam jakieś 15 kroków. A jednak sytuacja za oknem jest kompletnie odmienna.

Czarne chmury przechodzą płynnie w błękit bezchmurnego nieba. Słońce jest niespodziewane zalewane gwałtownym deszczem. A to wszystko przy akompaniamencie wycia wiatru.

Wyjście z domu też graniczy z cudem, bo jaką decyzję mam podjąć? Gdy już prawie wychodzę za drzwiami jest ściana deszczu i nijak nie jestem w stanie się zmusić, by zrobić ten krok dzielący bycie wewnątrz od bycia na zewnątrz. Ale jak już się definitywnie poddam i zalegam na kanapie, to moje okno bombardują już nie gałęzie biednej wierzby, a rozochocone promienie słońca.

Przez chwile zastanawiałam się, czy nie gram przypadkiem w indyjskim filmie „Czasem słońce, czasem deszcz”. Ale nawet to arcydzieło Bollywood nie trwało tak długo i nie było aż tak gwałtowne. Od rana zmagam się z czymś, co mogą określić jedynie schizofrenią meteorologiczną. Chciałabym zobaczyć teraz wyginające się przy mapach pogodynki, które próbują to opisać i wyjaśnić. Ich ruchy musiałyby przypominać taniec do jakiegoś psychodelicznego techno. A i tak w najlepszym wypadku miałyby tylko jakieś 50% sprawdzalności.

Jak zwyczajny człowiek ma podejmować jakiekolwiek decyzje w oparciu o aurę? Wyjść czy nie wyjść? Ja się poddaję. W dzisiejszym starciu z meteorologią przegrałam z kretesem.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s