Arturo Perez-Reverte

Najpierw sama siebie zastrzeliłam, bo sięgnęłam po książkę „Klub Dumas”, czyli najlepsze co według mnie napisał Arturo Perez-Reverte. Powaliło mnie to na kolana, z których do dzisiaj się nie podniosłam. Czytałam kilka razy (chyba jakieś trzy) i za każdym razem wielbię w tej książce wszystko. Bohaterów, zawiłości akcji, nawiązania do Trzech Muszkieterów i wplatanie w cała historię diabła, którego chyba powinnam jednakowoż nazywać Lucyferem.

Dzięki temu umiłowaniu do powieści, pokusiłam się swego czasu o analizowanie filmu Romana Polańskiego „Dziewiąte wrota”. Nie do końca praca Polańskiego przypadła mi do gustu. Czegoś mi brakowało, coś się rozmyło na taśmie filmowej, co na kartach książki stanowiło o mistrzostwie. Ale tak to chyba już jest, że arcydzieła literatury przeniesione na ekran tracą swą moc.  Nawet jeśli za pracę nad nimi zabierają się reżyserzy wspaniali i doskonali w swym fachu. O wielkości literackiej najwyraźniej decydują znamiona, których nie da się odtworzyć w żaden sposób. Ja film zanalizowałam, przetłumaczenie imienia Lucyfer pozwoliło mi uzasadnić kilka zabiegów reżyserskich (bo jakiż diabeł kojarzy się ze światłością?) i nigdy do tego obrazu już nie wróciłam.

Ale do książek Perez-Reverte wracałam po wielokroć.

Przygody kapitana Alatriste są dla mnie świetnym przykładem jak dobry pisarz potrafi się bawić językiem. Słowa z innej epoki, które nadają opowieściom klimat wyłuskuję z dziką fascynacją. Sam kapitan jest dla mnie bohaterem narysowanym tak uroczą kreską, że w każdej epoce stanowiłby przykład zabijaki, a myślę, że niejeden współczesny twardziel zawstydziłby się w obliczu dżentelmena, który z równym urokiem potrafi podać płaszcz co dać w mordę.

Był też „Fechmistrz” i „Cmentarzysko bezimiennych statków”.

Potem było „Terytorium Komanczów”. Rzecz nieduża jeśli chodzi o objętość i ogromna jeśli idzie o treść. Na trochę ponad 120 stronach udało zmieścić się okrucieństwo wojny. A ja, choć nie przepadam za reportażami wojennymi, relacjami z ostrzałów i przekazywaniem obrazów śmierci, to książkę przeczytałam jednym tchem. Bo on jakoś tak pisze, że wszystko można przełknąć, choć  niektóre kęsy dławią w gardle i na sumieniu.

20071201elpbabpor_1-arturo-perez-reverte

Pisze tutaj o tej mojej miłości do Arturo Perez-Reverte nie bez przyczyny. Ostatnio w cudownym, pachnącym kurzem i starymi książkami antykwariacie w moje dłonie wpadło „życie jak w Madrycie”, czyli zbiór felietonów, o które pokusił się swego czasu Hiszpan (powinnam napisać przystojny Hiszpan, bo taki według mnie jest Perez-Reverte, a brzmi to niebywale intrygująco, ale nie o przymioty zewnętrze tutaj chodzi, więc wizualną stronę pisarza zaznaczę tym skromnym nawiasem i więcej o niej nie wspomnę). No niby wiedziałam, że pisał dziennikarsko, ale choć jestem fanką felietonistów wszelakich, to do jego pracy w tym zakresie wcześniej nie dotarłam.

Ostatnio moich ukochanym felietonistą stał się niejaki Clarkson, którego przeczytałam wszystko co wydano po polsku i chyba zbliżam się do drugiej rundy. Tak jakoś we mnie ta potrzeba dojrzewa.

Ale teraz jest Perez-Reverte i to, co ma do powiedzenia na temat Hiszpanii.

Im więcej czytam, tym bardziej mam wrażenie, że cały świat jest taki sam. Bolączki, które w Polsce sprawiają, że mamy powody do narzekania, marudzenia i wylewania żalu w formie pisemnej, pojawiają się z równą mocą w Anglii i Hiszpanii. Niby różni ludzie, różne narody, a powody do irytacji i jej stopień ten sam. Polacy i Anglicy nie są też predysponowani do stękania z uwagi na pogodę, która nas nie oszczędza, klimat i inne takie atmosferyczne złośliwości tego świata. W ciepłej, słonecznej i pachnącej Hiszpanii jest tak samo.

Jedno wyróżnia madryckie narzekania – ilość słów, które w polskich pismach, ale też u Clarskona by nie przeszły, które uznajemy powszechnie za niecenzuralne. Hiszpania przełyka na spokojnie słowa „burdel”, „cipa”, „jebać” itp. Jako odpowiednie określenia niektórych stanów, zachowań i sytuacji.

No bo przecież najważniejsze to móc we właściwy sobie sposób opisać to, do opisania czego zostało się zatrudnionym. A Arturo Perez-Reverte czyni to w sposób jedyny i niepowtarzalny.

Advertisements

3 thoughts on “Arturo Perez-Reverte

  1. No to koniecznie musisz jeszcze sięgnąć po drugi tomik „A w Madrycie nadal znakomicie”. Swoją drogą czytając oba zbiory przyszło mi do głowy, że mimo wielu różnic, hiszpańska rzeczywistość przypomina naszą – polską.

  2. NO też właśnie ja podobne odniesienia odkryłam. Zarówno w kwestiach Hiszpanii jak i Wielkiej Brytanii… cały świat trapią podobne problemy.
    I rzeczywiście będę musiała siegnąć po kolejne felietony Arturo Perez-Reverte :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s