Rodzinne święta (opowiadanie)

Wstaję rano 24 grudnia i wiem, że to nie będzie dobry dzień. Bo niby czemu ma być. Wszystko nie idzie tak, jak powinno. Najpierw popsuł mi się ekspres do kawy, jakby sugerował, że w ten dzień powinnam odpuścić sobie jedyny napój, którego z rana pragnę i potrzebuję. Musiałam zadowolić się kawą rozpuszczalną, a tej powinnam wypić chyba z 2 litry, żeby postawiła mnie na nogi. Puściłam wiązankę słów niecenzuralnych w kierunku ekspresu, by wyraźnie zaznaczyć mu moje niezadowolenie z takiego obrotu spraw.

Potem okazało się, że jedyna jadalna część lodówki to ser żółty, którego krojenie wymaga piły tarczowej, ale cudem udało się go położyć na kromce chleba. Tak to jest, gdy człowiek robi przedświąteczne czystki w lodówce, bo z podróży do rodziny wróci z darami, którymi zapcha każdy kąt lodówki, blatu i szafek w kuchni. Nic się nie może zmarnować i czego nie zjemy przy stole, dostaniemy na wynos.

Pod prysznicem wydłubuje krwawe fragmenty bluźnierstw spomiędzy zębów i zaczynam wstydzić się własnej zajebistości. Bo mnie się udało, wszyscy to widzą, wszyscy o tym wiedzą, z wyjątkiem mnie samej. A w takim dniu, tuż przed spotkaniem rodzinnym, na którym wszystkie wzloty i upadki każdego będą powtarzane po tysiąckroć, ma to jeszcze większe znaczenie.

Może mają rację. Mam dopiero 27 lat, a udało mi się skończyć dwa kierunki studiów, znaleźć dobrze płatną pracę i piąć się po szczeblach drabiny kariery niczym wesz po pięknym włosie. Doszłam wysoko. Szefowa oddziału w banku. Przesypuje przez palce cyferki niczym pilna uczennica na lekcjach tak znienawidzonej przez wielu matematyki. Ja nigdy nie miałam matematyce niczego za złe. Uczyłam się równa prawą z lewą, górę z dołem. Jak w domu, gdzie po jednej stronie byłą matka, a po drugiej ojciec. Pomiędzy nimi barykada i musiałam pilnować, by znak równości zapisany na jej murach nie zmienił się w nic innego. Odbierać coś komuś, komuś coś dokładać. By zawsze było sprawiedliwie. Pamiętałam, żeby oceny do podpisu oddawać im na zmianę. Żeby żadne nie czuło się ważniejsze czy też pomijane. Na wywiadówki też chodzili wymiennie, według starannie przygotowanego przez mnie grafiku.

Tak upływało mi dzieciństwo, zbuntowana młodość pozbawiona wszelakiego buntu, aż dotrwałam do dorosłości, która nie bolała ani mniej ani bardziej niż inny czas. Usamodzielniłam się wtedy prawnie, choć w sumie nie wiem, kiedy bezprawnie zostałam usamodzielniona. Wyprowadziłam się z domu i postanowiłam prawą z lewą równać zawodowo a nie rodzinnie.

Rodziców widuję od czasu do czasu.

Dzisiaj znowu spojrzę w ich umęczone życiem twarze i postarać się, by mieli poczucie sprawiedliwości. Coś im się w końcu od życia należy po tych wszystkich latach starań dla mnie, po tym pilnowaniu, by niczego mi nie brakowało. Ani dyscypliny, ani obowiązków, ani kazań. Zawsze mogłam na to liczyć. Ale dzięki temu wyrosłam na porządnego człowieka. Jestem tu, gdzie jestem.

No i mogę spędzić święta z rodziną. Na wigilię trzeba będzie iść do rodziców. Jak co roku. Obrzydliwość tradycji, bo ani oni tam chcą gości, ani goście specjalnie się nie garną. Jednak rok w roku tradycji staje się zadość i spotykamy się przy jednym wspólnym stole.

9b9d1587-249e-4c26-9d3f-e38478c883a9_20121216115913_Przepisy-na-boze-narodzenie-63

Siostra mamy z mężem będą jak zwykle stanowili najbarwniejszą parę. Ona niedosłyszy, on niedowidzi. Krzyczy zatem ciotka, nie wiadomo właściwie czy do męża czy do samej siebie. Żeby sprawdzić, czy jeszcze coś usłyszy, jeszcze tym razem. Ocalone resztki słuchu niczym resztki godności. A on nie widząc dokładnie gdzie aktualnie przebywa jego żona, jest na nią naprowadzany przez ten prywatny radar.

Zasiadają z nami przy stole, bo jesteśmy ich resztkami rodziny. Ich dzieci powyjeżdżały . Syn jakiś czas temu zakończył edukację, wyuczył się języków i uciekł do Stanów. Kolorowej bajki, która na miejscu pokazała znacznie mniej barw niż można było pierwotnie zakładać. Ale nie wrócił. Nie wiadomo do końca czy jest szczęśliwy, czy raczej tuszuje swoje nieszczęście. Zresztą widują się mało, bo przez 10 lat do Polski przyjechał tylko raz. Jakby bał się, że ojczyzna go wciągnie niczym bagno i już nie wypuści. Pojawił się na jedne  święta Bożego Narodzenia, przywiózł worek prezentów niczym zamorski Mikołaj i zniknął zanim jeszcze rozebraliśmy choinkę.

Córka niedawno skończyła studia i przez rok ambitnie szukała pracy. Okazało się, że nie nadaje się do niczego. Nikt nie potrzebował teatrolożki ze znajomością trzech języków. Nikogo nie interesowało, że nauczyła się angielskiego, francuskiego i włoskiego, by czytać dzieła przeróżne w oryginałach. Że sztuki Moliera czy Szekspira zna niemal na pamięć. Nikt jej nie chciał. Sztuka nie ma prawa bytu, nie broni się sama. Jest ubogą krewną wszystkich innych potrzeb. Nikt nie chce do niej dokładać, wspierać jej, doinwestowywać, bo według wszelkich rządów i partii nie potrafi obronić i utrzymać się sama. A wiadomo, słabi muszą zginąć. Ot taka naturalna selekcja. Nie żeby wojsko, policja czy jakieś inne bojowo nastawione do rzeczywistości formacje przynosiły dochody wystarczające na stale rosnące potrzeby. Tam jakoś pompka finansowa nie przestaje działać oczekując zwrotów wpompowanych złotówek, euro czy dolarów. Nowe samoloty, samochody, karabiny. Same potrzeby pierwszej wagi. Kultura i sztuka musza obyć się smakiem.

Dlatego młoda teatrolożka pojechała do Anglii. Wygrzebała się z polskiego grajdoła, by zobaczyć inne życie. Może nawet wcale nie lepsze. Nie pracuje w teatrze, nie ma kontaktu ze sceną. Zaliczyła już tak dobrze znany wielu studentom zmywak, stała godzinami za ladą. Teraz w biurze przekłada papiery. Niby mogłaby to samo robić w rodzinnym kraju, ale tutaj musiałaby na własny kąt pracować wiele lat i odejmować sobie każdy kęs od ust, by zakupić marną kawalerkę. Tam ze swoim chłopakiem wzięli kredyt na mieszkanie. A właściwie na dom. Już kupili. Nie mogą go sprzedać przez 5 lat, ale potem mogą robić co chcą. Mogą tam mieszkać do śmierci, albo sprzedać i wrócić do kraju. Tylko po co?

Dlatego ciocia z wujkiem rok w rok pojawiają się punktualnie o 16:30 w drzwiach u moich rodziców, niosąc w darze świąteczne pierogi. Ciocia siedzi w domu, ma rentę, więc dużo czasu na lepienie. Robótki ręczne okresu około wigilijnego.

Będzie też siostra taty. Najbardziej bezbarwna, bezgłośna i bezwonna osoba, jaką znam. Mąż od niej odszedł zanim zdążyła mieć z nim dziecko, a potem jakoś żaden mężczyzna nie był wystarczająco zdecydowany, by nakłonić ją do dłuższej współpracy. Kiedyś z kimś się spotykała, ale zanim jej serce zaczynało szybciej bić, zanudzała go na śmierć swoim nieistotnym jestestwem i mężczyzna odchodził. A ona zostawała sama bez żalu. Bez narzekań, bez emocji. Cień człowieka, którym chyba nigdy nie była. Co roku przynosi ciasto. Najczęściej makowiec. Czasem mam wrażenie, że ziarenka maku wkłada do niego pojedynczo. Skrupulatnie. Żeby każde było na swoim miejscu, jak wyprasowany kołnierzyk czy śnieżnobiałe mankiety. Pilnuje dokładności, akuratności, nijakości. Opłatek łamie z namaszczeniem, jakby naprawdę rozrywała ciało Jezusa na strzępy i próbowała nie sprawić mu zbyt wielkiego bólu. A mnie boli patrzenie na nią. Na jej nieistniejące istnienie.

I będzie brat mamy. Rubaszny święty Mikołaj. Nasz rodzinny powiew tradycji. 120 kg żywej wagi. Czerwona koszula wydymająca się na balonie brzucha. Broda poprzetykana siwizną, co roku bardziej, co roku mniej taka, jak była na początku. Nie wiem kiedy, bo odkąd ja go pamiętam, broda zawsze jest na swoim miejscu. Przyjdzie ze swoją żoną, niemniej rubaszną od niego. Oboje będę przerzucać się dowcipami, coraz bardziej świńskimi, coraz mniej odpowiednimi do wigilijnego stołu.

I będą ich dzieci. Dwie córki, bliźniaczki. Identyczne w swej odmienności. Jedna tak bardzo popowa, ze wydaje się, że zaczyna przemieniać się w różowy plastik. Blond włosy, które jaśnieją z każdym miesiącem i niedługo będą tak białe aż przezroczyste. Słuchawki jakiejś mp3 wrośnięte w uszy. Narośl XXI wieku. Bonus od cywilizacji dla ewolucji. Spódniczka ledwo zakrywająca pośladki, która ostatnim rzutem na taśmę jest określana spódniczką, bo jeden centymetr mniej i byłaby po prostu szerokim paskiem. Z powodu wigilii nie będzie dłuższa ani na jotę. W końcu żaden to powód, by wyrzekać się swojej potrzeby ekspozycji nóg i przyległości. Jedynym ukłonem w stronę tradycji może być kolor, bo świąteczna jest w biało-czarną kratę, a nie różowa bądź zielona, z typu tych urywających oczy przy pierwszym zerknięciu.

Druga z sióstr jest jej negatywem. Ma tak czarne włosy, że wydają się wciągać światło, które nieopatrznie przemknie obok nich. Chyba, że będzie miało szczęście i odbije się blaskiem od kolczyka w brwi. Widnieje niczym dodatkowy pieprzyk, którego miejsce sama sobie wybrała. Taki bunt przeciwko dorosłym i własnemu ciału. Rodzice nie wiedzą, że drugi kolczyk ma w pępku. Nie muszą wiedzieć, bo raczej się przy nich nie rozbiera. Nawet na plaży siedzi w długich spodniach i koszulce. Bunt przeciwko ciepłu i światłu słonecznemu. Ot taka mroczna dusza. Ja zobaczyłam go przypadkowo we wspólnej przebieralni w sklepie. Tak się złożyło, że na zakupach byłyśmy razem. Do dziś nie wiem czemu i po co. Tak samo, jak nie mam pojęcie, dlaczego w przebieralni byłyśmy razem, bo nie potrafię przywołać w pamięci ani jednego sklepu, w którym obu nam by się cokolwiek podobało. Inny gust, inne realia, inne poglądy. Nie zdziwiłam się, nie zapytałam o nic. Ja wiedziałam, że ona się nie chwali, ona wiedziała, że mnie to nie interesuje, to nie moja sprawa i nikomu nie powiem.

Pójdę tam do nich. Do członków mojej rodziny. Niczym owca między wilki. Usiądę przy wspólnym stole i będę sobie w duchu tłumaczyć, że fakt, że poza więzami krwi nic nas nie łączy, nie jest jeszcze powodem, by z nimi nie siedzieć. W końcu to rodzina. Tej się nie wybiera. Dostaje się ją na początku drogi życiowej w darze. Ku przestrodze, ku pokrzepieniu. Każdy wybiera sposób na przetrwanie z nią lub pomimo niej. Na co dzień nie trzeba, można zatracić się w pracy, w rozrywce, w życiu. W święta czas zwalnia, by nadrobić zaległy rok z rodziną. Wspólnie jedząc, przekrzykując się życzeniami, w których nikt nie wie już o co chodzi i każdy ma nadzieje, że to jemu w udziale przypadnie formułka „Wzajemnie”. Rytualne wypowiadanie magicznych zaklęć, które mają poprawić nadchodzący rok. Albo chociaż chwilę ich wypowiadania sprawić odrobinę lepszą.

b7cfc2163c1beb30a88d753f7416c2ba_original

A po wszystkim wrócę do domu. Usiądę przed komputerem, otworze wino i postaram się zapomnieć o męczarni świąt. Przecież niczym ból nieleczonego zęba, ona też kiedyś minie. Nawet wiadomo kiedy. Jakoś zaraz po świętach. Wraz z ostatnią zjedzoną potrawą, ostatnią szklanką kompotu z suszonych owoców. Ostatnim kawałkiem karpia wyjętym z lodówki. Święta się skończą. By wrócić za rok.

WESOŁYCH ŚWIĄT

Advertisements

3 thoughts on “Rodzinne święta (opowiadanie)

  1. Chciałam zaznaczyć, ze od dnia dzisiejszego ( powrót do szkoły uczniów wieku wszelkiego) ilośc wejśc na tę stronę znacząco wzrosła.

    Wszystko przez fakt, ze jest to „opowiadanie” o „spędzeniu świąt” ewentualnei znaczeni ma też fakt, że „w pierwszej osobie”.

    Wszystkim uczniom dziękuję za odwiedziny i życzę owocnego pisania własnych opowiadań zadanych w szkole.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s