Myśli oderwane

Czasem w mojej głowie pojawia się jakaś myśl, która krąży po niej, obija się w poszukiwaniu rozwinięcia czy rozwiązania. Ale nie tak, jak dowcipowe dwie kuleczki, które krążą po pustkowiach czaszki w poszukiwaniu siebie nawzajem, bo tylko w ten sposób pojawi się MYŚL, rzecz wielka i jedyna w swoim rodzaju. W mojej głowie krążą takie samotne, oderwane myśli, które pojawiają się pod wpływem usłyszenia czegoś, przeczytania czy zobaczenia. Jakiś fragment rzeczywistości wedrze się głęboko w moją świadomość i nie chce z niej wyjść. Pytania retoryczne rozwijają mi się w wielkie elaboraty, które szukają rozwiązania problemu, jaki zawierają. Nie wiedzą, ze jako retoryczne, nie mogą oczekiwać na żadną konkretną odpowiedź. Mogą co najwyżej wywołać potoki myśli, swobodny lub mniej swobodny ich przepływ, z którego pewnie coś wyniknie, ale dla mnie samej, a nie dla konkretnego pytania.

Ostatnio pokusiłam się nawet o zapisywanie co niektórych.

1.

Czytając książkę „188 dni i nocy” pisaną wspólnie przez Małgorzat ę Domagalik i Janusza  Leona Wiśniewskiego, trafiłam na następujący fragment:

Obecnie ocenia się, że nasze zachowania są tylko w 50-60 procentach zdeterminowane genomem, który odziedziczyliśmy. Reszta to wpływ środowiska, w którym przyszło nam żyć. Badania na jednojajowych bliźniakach (przeprowadzone na reprezentatywnej próbie w USA), które rozdzielono w wieku niemowlęcym, całkowicie to potwierdzają.

Fragment ten przeczytałam jadąc tramwajem, odłożyłam książkę i zaczęłam tępo patrzeć się przed siebie, próbując jednocześnie przeanalizować znaczenie przeczytanych słów. Znaczy, że ile tych bliźniąt rozdzielili w wieku niemowlęcym? Jaka jest grupa reprezentatywna? Ile liczy osób?

No przecież nie 6 tylko bardziej chociażby 16. Czyli 8 par bliźniąt zostało rozdzielonych dla jakichś badań? Jak oni tego dokonali, przecież urodzenia bliźniąt nie zdarzają się co 5 minut, przynajmniej mnie się tak wydaje.

Po powrocie do domu sprawdziłam statystyki. Bliźniaki rodzą sięraz na jakieś 80 porodów. W dodatku tylko jakiś odsetek z tego to bliźnięta jednojajowe. Jak znaleźli odpowiednie pary, matki czy nei wiem kogo, komu urodziły się bliźnięta jednojajowe i przekonali do rozdzielenia dzieci i wychowywania oddzielnie. W dodatku pozostaje zagadka, czy w takim wypadku rodzic otrzymał jedno dziecko a drugie porwali naukowcy, czy może przekonano rodziców, by się dziećmi podzielili i wychowywali je z daleka od siebie, a może wymyślono jeszcze ciekawszy sposób?

I tak jakieś 8 razy, by otrzymać odpowiednią grupę reprezentatywną.

Potem pomyślałam sobie, że w końcu badania robili w USA, wiadomo- Amerykanie. Ale czy naprawdę wszystkie idiotyzmy może tłumaczyć tylko to, że dopuścili się ich Amerykanie? Czy aż tak mało od nich wymagam, że wytłumaczeniem czegoś, co jest dla mnie całkowicie absurdalne i niepojmowalne, jest po prostu to, że pojawiło się to w USA? Tam gdzie Kościół Elvisa Presleya. Tam gdzie nawet uchwyty na napoje w samochodach są większe niż gdziekolwiek indziej. Tam gdzie istnieją specjalne kursy strzelana dla dzieci od lat 5.

No w sumie nawet masowe oddzielanie bliźniąt jednojajowych w takim kraju nie może zaskakiwać.

I pewnie przy okazji można było wykonać stosowne badania na wpływ rozdzielenia bliźniąt jednojajowych na ich rozwój psychologiczny i fizyczny. Tylko czy takie badania wzajemnie nie zaciemniają swoich wyników?

2.

Będąc z wizytą u rodziców uczestniczyłam w rozmowie na temat zbliżającego się nawiedzenia mieszkań wszelakich przed przedstawicieli religii jedynej w tym kraju słusznej czyli katolickiej.

Mój tata opowiedział wtedy anegdotę-dowcip, jak to podczas zwyczajowej kolędy ksiądz rozpoczął przepytywanie w ceku uzupełnienia swojej przepastnej kartoteki. Zapytał o męża danej kobiety, a ta odparła, że mąż akurat jest obecnie w pracy. Ksiądz prowadził dalsze dyskusje i inne dywagacje, aż w pewnym momencie otworzyły się drzwi od drugiego pokoju i zza nich dobiegł głos męża, którego miało tam nie być:

-Halinka, poszedł już?

A dalsze wypadki to był istny armagedon, gdyż mężczyzna nie czekając na odpowiedź otworzył drzwi bardziej, ujrzał siedzącego na fotelu księdza i przeraził się ogromnie. Otrząsnął się jednak z pierwszego szoku i chwiejnym ruchem padł na kolana, lecz do końca nie wiadomo, czy chciał w ten sposób uczcić jego świątobliwość, czy może nogi już same nie wytrzymały. Ksiądz przeraził się nie mniej, podwinął sutannę i tyle go widzieli. O fakcie, że spieszył się ogromnie niech świadczy to, ze nie zabrał nawet ze sobą koperty, która spokojnie pozostała na stole.

Po tej historii tak sobie pomyślałam ,ze w sumie nie jest zbyt rzadkie, ze to kobieta przyjmuje w gościnnych progach księdza, podczas gdy mąż ukrywa się w jakimś pokoju i niekoniecznie wymówką jest spożyty niedawno, czy spożywany właśnie alkohol.  Jakoś tak się w tym kraju porobiło, że smutek doczesny, ból istnienia czy żałość z powodu braków wszelakich mężczyźni zapijają a kobiety oddają w ofierze Kościołowi. Taki rodzaj ucieczki, mężczyzn w alkohol a kobiet w modlitwę. I o ile umiar we wszystkim jest dobry i oczyszczający, bo i napić się człowiek może i pomodlić w sumie wskazane, to jednak przesada jest szkodliwa bardzo. Nawet samej mi trudno stwierdzić, które uzależnienie gorsze, czy upijanie się na umór, czy modlenia do granic przyzwoitości i coś ,co osobiście nazywam Świętojebliwością, gdy człowiekowi wydaje się, że fakt uczęszczanie w coraz to liczniejszych mszach i spowiadanie się regularnie uchroni go przed grzechami i błędami wszelakimi, a życie uczyni lepszym.

Jakoś wydaje mi się, że nie uczyni. Trzeba samemu wziąć się w garść i nie uciekać od problemów w nic, tylko z tymi problemami walczyć za pomocą własnych rąk, nóg i intelektu. Jakie by wszystkie te elementy nie były.

A tak na marginesie z czego tydzień w tydzień spowiadają się ci, którzy tak przykładnie żyją i tak wsłuchani są w Słowo Boże? Czyby wsłuchani byli jedynie w murach kościoła, a wyjście z niego powodowało całkowite zwolnienie z przestrzegania zasad i otrzeźwienie przychodzi po przekroczeniu ponownym tego przedsionka raju obsługiwanego przez ludzi w czarnych sukienkach, przez co natychmiast trzeba stanąć w kolejce do konfesjonału? Niczym w kolejce do kasy w markecie, tylko tym razem  nie płacimy pieniędzmi za towary doczesne, a poplucie w ucho księdzu jest zapłatą za zbawienie duszy.

3.

Kolejna podróż komunikacją miejską uniemożliwiła mi czytanie czegokolwiek, bo motorniczy chyba niedosłyszał, za to jego radio dosłyszeć mógł każdy w tramwaju. Słowa wdzierały się przez uczy do świadomości, przez co odłożyłam książkę i postanowiłam posłuchać, co ciekawego tym razem usłyszę.

Dowiedziałam się, że według różnych badań ludzie najbardziej  boją się samotności. Nawet bardziej niż końca świata, wojny nuklearnej czy innego ogólnego kataklizmu.  I nic w tym dziwnego. Koniec świata jest tragedią ogólną, dotyczy wszystkich, każdego obdarowuje po równo. Samotność dotyczy jednostki. Jest jej własną chorobą. Odrywa ją od świata i sprawia, że ma swój własny jego koniec, taki mikrokoniec. To nas przeraża, takie oderwanie od ogółu, w dodatku nie na własne życzenie, tylko spowodowane przez los czy nagły zwrot wypadków życiowych. Ja sama też się tego obawiam. Jak to jest obudzić się pewnego dnia i nie mieć do kogo odezwać, nie mieć do kogo zadzwonić, nie mieć nikogo na świecie, kto by chciał na nas spojrzeć i nas wysłuchać. To musi być okropne. Mam wrażenie, że czułabym się wtedy czarną dziurą, która zapada się w sobie i wciąga w nicość otoczenie. Garnki, talerze, poduszki, koce… Tylko książki by trzymały mnie na powierzchni. Czytałabym pewnie jak szalona, aż w końcu szalona bym była. Bo to musi prowadzić do szaleństwa. Samotność jest przedsionkiem szaleństwa.

Zastanawiam się też czy samotność sprawia, że ludzie stają się bardziej wrażliwi. Ich skóra (ta fizyczna i ta mentalna) staje się zupełnie cienka. Jakby z braku bodźców uwrażliwiała się na każdy jego najmniejszy przejaw. Przez co wszystkiego ludzie samotni doświadczają bardziej, wszystko odczuwają mocniej. Gdy uda im się coś przeżyć, gromadzą emocje z tym związane jakby na później, na czas braku wszystkiego. Tak też można zwariować. Najpierw wyjałowieni żyją w pustce, potem nagle zalewani są nadmiarem wszystkiego.

Kiedyś napisałam, że samotność jest pustką duszy, ale teraz coraz bardziej zastanawiam się nad tym, czy naprawdę bardziej nie jest przedsionkiem szaleństwa. Pierwszym krokiem w drodze do niego.

Może w całym tym moim myśleniu nie ma sensu. Może te różne myśli czy przemyślenia są poodrywane, ale coś je łączy. Miejsce pojawienia i trwania- moja głowa. Ciągle tam siedzą, w towarzystwie jeszcze wielu innych, ale o nich może innym razem.

Advertisements

5 thoughts on “Myśli oderwane

  1. W sumie jeszcze nigdy nie widziałam faceta z domem na głowie. Ale na pewno gdybym takowego przyuważyła, to zadzierzgnęłabym jakąś znajomość chociazby jedynie w celach czysto poznawczych.
    Poza tym noszenie domu na głowie musi być dość niewygodne…

  2. dołączam do caddicusa – jesteśmy z tej samej półki. Fioletowa, ta codzienność kobieca jest wcale nie jest kobieca. Może była, ale nie jest…

    I nawet pasuje, żeśmy znajomymi. Przez przypadek, przez sieć i w samotności, ale zawsze.

  3. A moze to nie wy jesteście kobiecy, tylko ja jestem taka męska, że ogarniam i życie zawodowe, i dziecko, i zakupy, i gotowanie (do tego sobie dorzucam jeszcze fanaberie jak malowanie na scianie, szycie pomidorów z filcu albo bloga własnie)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s