Chłodzone trupem, ogrzewane moczem

Uciekł mi tramwaj. Choć właściwie nie uciekł mi w sensie dosłownym, bo nie widziałam, żeby odjeżdżał z przystanku. Doszłam sobie do niego spokojnie i bez nerwów. Dopiero jak na przystanek dotarłam okazało się, że jakieś 2 minuty wcześniej tramwaj odpowiedniej linii odjechał. Prawdopodobnie. Wiedziałam to tylko stąd, ze tak było napisane w rozkładzie jazdy, który na tym przystanku akurat znajdował się w odpowiednim miejscu.

Nie do końca wierze we wszystko, co na rozkładach jazdy jest napisane. Wyjątkowo cierpliwy papier, na którym są drukowane , przyjmuje wszystko, a często do rzeczywistości ma się to nijak. Jednak tym razem pozostało mi zaufać temu, co na danym rozkładzie wyczytałam, bo do kolejnego tramwaju przyszło mi czekać przepisowych 20 minut. Siedziałam sobie osnuta mgłą, bo taki wieczór na tę nieszczęsną podróż mi się trafił, że mgła była gęsta okropnie i właściwie cieszyłam się, ze jestem w stanie czytać książkę, bo w zasadzie widoczność nie była wiele większa niż te 30 centymetrów, jakie dzieliły mnie od tekstu. O wypatrywaniu tramwaju nie było zatem mowy.

Ale w końcu przyjechał. Jaśniejąca na horyzoncie strzała- chciałoby się napisać, ale nie widziałam go zanim nie pojawił się na przystanku z uwagi na te warunki pogodowe. Oświetlone dziewicze wnętrze. Bez pasażerów. Wszystkie siedzenia wolne. Do wyboru. Nie do koloru, bo wszystkie jednakowo niebieskawe, bo już dawno nie niebieskie. Mogłam usiąść tam, gdzie chciałam i po uiszczeniu standardowej opłaty 2,40 oddać się dalszej lekturze i jednoczesnej podróży. Ale na tym pozytywy się kończyły.

W tramwaju śmierdziało moczem. Nawet nie był to zapach wyjątkowo intensywny. Nie czułam się jakbym podróżowała szaletem publicznym. Jednak był na tyle wyczuwalny, by popsuć przyjemność podróżowania. I to tym supernowoczesnym tramwajem. Widocznie nawet te cudy technologii nie są wolne od niedogodności. Głównie zapachowych.  A przecież nie jechałam podrzędną, zapomnianą linią, tylko chlubą Łodzi – 11. Mknącą po nowoczesnych szynach Pesą. Tylko dlaczego śmierdziało moczem? Skąd ten zapach. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale za każdym razem, gdy odczuwam woń zgoła nieprzyjemną, zaczyna mi się wydawać, ze rozchodzi się ona akurat z mojego siedzenia. Bo przecież gdyby dochodziła z innej strony, to ktoś inny musiałby odczuwać ją bardziej niż ja. I powinien jakoś reagować. Właściwie to nie wiem jakiej reakcji bym oczekiwała, ale może gwałtownego podniesienia się, czy nerwowego pociągania nosem, jakby chciał się przekonać, że naprawdę czuje to, co czuje?  Skoro nikt nie reaguje w taki sposób, to myślę, ze źródło smrodu znajduje się najbliżej mnie. Ale nie odczuwałam jakiejś wilgoci na siedzeniu, które zajęłam, więc nie miałam podstaw by sądzić, że zapach moczu dobywa się niejako spode mnie.

Dziwne są te tramwaje. Latem śmierdzi w nich trupem. Jest to niewątpliwa zasługa (bo przecież nie wina) klimatyzacji. Nie do końca to rozumiem. Powstała pewna teoria, że wagony chłodzone są poprzez obkładanie dachów trupami wyjętymi z chłodni. W połączeniu z tym konkretnym zapachem tworzy to nawet logiczną całość, chociaż taka wizja jest przerażająca. Ale stanowi jakieś wytłumaczenie trupiego zapachu.

Tylko nijak nie wyjaśnia zapachu moczu. Czyżby w ramach kolejnych przerażających ale jakże oszczędnych pomysłów wagony ogrzewane były pojemnikami-bojlerami, w które zbierany jest mocz. W końcu ciecz ciepła. Przynajmniej przez jakiś czas. Tylko jak jest on zbierany? Czy oddają go dobrowolnie bezdomni w parkach, by w ten sposób przysłużyć się miastu? A może w ubikacjach oznaczonych przez MPK można oddać go honorowo?

Dobrze, ze podróż nie trwała jakoś długo, bo zarówno mój nos jak i potoki myślenia mogłyby tego nie znieść. Ciekawe czy Pesa jeszcze mnie czymś zaskoczy. Może zaproponuje mi inne interesujący zapach?

Advertisements

2 thoughts on “Chłodzone trupem, ogrzewane moczem

  1. Trafiłam do Ciebie „po nitce” Twojego komentarza… i nie mogę się oderwać! Już dawno powinnam zacząć robić obiad (córka zaraz wraca), a druga, która leży chora w łóżku też pewnie by już coś zjadała… A ja co robię? Czytam i czytam… „rozdział po rozdziale”… W tym moim „zakręceniu” kulinarnym zapomniałam już, że można czytać coś innego niż przepisy ;)
    Teraz jednak rozsądek mówi „Stop”, ale wrócę na pewno! Pozwolę sobie także dodać adres tej strony, do listy blogów, do których zaglądam. Pzdr serdecznie Aniado

  2. Bardzo się cieszę, że ta moja pisanina pomaga komuś odetchnąć w codziennym pędzie. Chociaż fakt, że dzieci dostaną opóźniony obiad już nie jest taki pozytywny ;)
    W każdym razie to miłe, że to co tworze, jest dla kogoś przyjemne w odbiorze.
    Zapraszam zawsze ochoczo, chociaz ostatnio szwankuje mi pisanie, ale na pewno nie raz jeszcze coś tutaj napiszę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s