Sentymentalna podróż do PRL-u

Zostałam zainspirowana przez Wojciecha Manna, a właściwie przez sposób w jaki opisuje on czasy PRL-u. W jego słowach okres ten jawi się ferią barw i milionem dźwięków, przez co wydaje się wyjątkowo barwny, chociaż wszyscy wiemy, że był on raczej czarno-biały i to nie tylko na fotografiach z tamtego czasu. Ale umysł ze wspomnień wypłukuje nieprzyjemności zostawiając tylko warstewkę lukru. Dlatego pozostają tylko wrażenie wspaniałych chwil i cudownych przeżyć. Postanowiłam zatem udać się w sentymentalną, ale też jak najbardziej realną podróż do czasu mojego dzieciństwa. Do znanych mi miejsc, ulic i sklepów. Tym łatwiejsze było to do zrealizowania z uwagi na fakt, że mieszkam teraz w bezpośrednim sąsiedztwie do miejsc, w których spędzałam wczesne dzieciństwo.

1. PRZEDSZKOLE

NA środku podwórka stoi cokół z Matką Boską. Kiedy ja uczęszczałam do tego przybytku w tym miejscu były drabinki, ale w końcu czasy się zmieniły. Ja chodziłam do przedszkola w czasach głębokiego (no przesadziłam, dość już płytkiego, bo były to ostatnie jego podrygi) PRL-u i wtedy nikomu do głowy nie przyszło, ze dla rozwoju dziecka bardziej potrzebna jest figurka Matki Boskiej niż drabinki. Pewnie to dlatego mój rozwój duchowy tak ogromnie ucierpiał, że moje dziecko również nie jest otoczone postaciami  świętych, błogosławionych i innych postaci związanych z religią, a jedynie misiami i lalkami. Zresztą w czasach, gdy ja byłam w wieku przedszkolnym, placówka ta pozostawała we władzach cywilnych, państwowych czy jak tam się to zwało, a po wielkim przewrocie upomniały się o nią siostry zakonne i teraz to one czuwają nad bezpieczeństwem dzieci, gdy ich rodzice zarabiają. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Ja bym swojego dziecka nie oddała do żłobka, przedszkola czy nawet szkoły prowadzonej przez siostry zakonne. Nie wiem co mi w tym obrazku nie gra, ale coś zgrzyta i hałas ten przyprawia o ból głowy. Nie jestem w stanie tego pojąć, jak kobiety, które świadomie i podobno bez pretensji zrezygnowały z wszelkiej możliwości do posiadania i wychowywania potomstwa, teraz nagle postanawiają, że one jak nikt inny się do wychowywania i kształtowania nieletnich nadają. Gdzieś czuję fałsz i pogłębiają to we mnie telewizyjne relacje z podobnych przybytków, na których siostry zakonne wyładowują na podwładnych własne frustracje (od razu zaznaczam, że frustracjom się nie dziwię, też bym takowe posiadała, gdybym cały rok, nawet w największe upały musiała chodzić w habicie i zawsze byłą traktowana przez Kościół jak uboga służka na usługach księży) . Poza tym nie wiem, czy chciałabym, żeby moje dziecko fikało koziołki dookoła Matki Boskiej. Ale pewnie są ludzie, którym nic w tym obrazku nie przeszkadza i chętnie swoje dzieci powierzają siostrą zakonnym. Mają prawo, każdy może oddać dziecko pod opiekę temu, kogo uzna za osobę odpowiednią. Mnie tylko pozostaje kontemplować  figurkę świętej na przedszkolnym podwórku, która zastąpiła tak dobrze znane mi z dzieciństwa drabinki.

2. PIEKARNIA

Wiadomo nie od dziś, że każdemu najbardziej smakuje ten chleb, który przechowuje we wspomnieniach z dzieciństwa. Nie odkryłam tego w tym miejscu nawet sama przed sobą. Ostatnio natomiast mijałam piekarnię, w której kupowałam z mamą ten chleb z mojego dzieciństwa. I choć po wystawie trudno było się zorientować, czy dane miejsce z biegiem lat się nie przebranżowiło, to zapach chleba dochodzący na wet na drugą stronę ulicy kazał mi myśleć, że wszystko jest po staremu. Miałam przez chwilę taką myśl, że to nie jest realny zapach, tylko ten przechowany na dnie umysłu, w otchłani pamięci, ze wcale nie czuje go mój nos, tylko sam umysł go wyprodukował, a właściwie przywołał. Ale jednak był on jak najbardziej realny, bo piekarnia nadal jest tam, gdzie była. W końcu ludzie zawsze będą jeść chleb.

3. SKLEP Z ZABAWKAMI

Był dokładnie naprzeciwko piekarni. Ach czego tam nie było? Istny raj dziecinnych marzeń. Pamiętam jaką tragedie przeżyłam w tym miejscu podczas kupowania elementów przebrania na bal karnawałowy do przedszkola. Nie wiem dlaczego miałam być wtedy przebrana za misia (decyzją wychowawczyni przedszkolnej). Może było to spowodowane moimi gabarytami z okresu dzieciństwa, które zdecydowanie kwalifikowały mnie do tej roli. Jednak moja mama wymyśliła sobie, że będę lalką i zakupiła kolorowy, bibułowy kapelusz jako bazę do przebrania. Widocznie potrzeba podkreślania płci siedziała w niej głębiej niż we mnie. Hektolitrom łez jakie się wtedy wylały z moich oczu nie było końca. Mama została natychmiast uświadomiona, że nie będę żadną lalą, że ja wolę być tym misiem i natychmiast ma oddać kapelusz a w to miejsce kupić maskę. W obliczu takich argumentów mama skapitulowała, a ja zostałam misiem.

Sklepu z zabawkami już nie ma. Nie ma kolorowych bibuł na wystawie. Teraz witrynę ubarwiają kolorowe etykiety przeróżnych alkoholi, gdyż sklep stał sie monopolowym. To niezwykły przykład miejsca, które dorosło ze mną. Kiedyś bawiłam się kauczukowymi piłeczkami i plastikowymi trąbkami. Dzisiaj jedynym wspomagaczem zabawy może być alkohol. Zabawka dla dorosłych. A chociaż asortyment sklepu jest bardziej przystający do moich obecnych potrzeb, to jednak jakiś żal pozostał. Wiem, że nawet gdyby nadal był to sklep z zabawkami, to w niczym nie przypominałby tego, do którego w dzieciństwie chodziłam z mama, a jednak pozostaje nadzieja, że odkryłabym tam znane z dzieciństwa barwy. Przy zmianie na sklep monopolowy nie mam na to najmniejszych szans.

4. KWIACIARNIA

W sumie to nie chce pisać o tym, co zawierało jej wnętrze, bo w zasadzie ograniczenie się do opisywania barw gerberów i goździków w zupełności by wystarczyło. Można by jeszcze było dodać coś o celofanach czy szparagusie. Było to zielsko dodawane do wszelkich wiązanek w ilościach często przekraczających objętością kwiaty podstawowe, przypominało w wyglądzie koperek i budzi we mnie taką samą niechęć. I należy niewątpliwie wspomnieć o tym, ze gdy pojawiło się anturium, to kwiaciarnia zyskiwała renomę ekskluzywności, bo od razu wybór zyskiwał i oryginalność wiązanki podnosiła się znacznie.

Ale nie o asortymencie kwiaciarni pisać chciałam, tylko o jej wyglądzie zewnętrznym. Był to mały budyneczek obłożony kawałkami marmuru w kolorach wszelakich, przez co stanowił dla mnie doskonałe zobrazowanie piernikowej chatki z bajki o „Jasiu i Małgosi”. To na schodach tej kwiaciarni zakończyłabym swoją ucieczkę z domu w wieku jakichś trzech czy czterech lat, gdy samodzielnie wybrałam się do babci. Kwiaciarnia była ostatnim przybytkiem na danej ulicy i dalsza podróż wymagała przejścia przez ruchliwą jezdnię bez pasów, co trochę wykraczało poza moje ówczesne umiejętności. Jednak ambicja nie pozwoliła mi zawrócić, a bezsilność kazała mi płakać. Jakaś pani wtedy pomogła mi pokonać daną przeszkodę przeprowadzając mnie na drugą stronę. Jednak historia tej mojej wyprawy to rzecz na inną opowieść, bo łatwo sie domyślić, że cała rodzina wtedy szalała ze strachu, a dziadek pewnie właśnie wtedy osiwiał całkowicie.

Dzisiaj po dawnym wyglądzie tego miejsca nie ma śladu. Całość została równomiernie pokryta tynkiem i wymalowana na jakich obrzydliwy pomarańczowy kolor, co nie jest ani ładne, ani efektowane. Zresztą obecnym właścicielom chyba na niczym z tych rzeczy nie zależy, bo budynek jest zamknięty na głucho, drzwi zarosły pajęczynami a okna brudem.

Chodząc po okolicy dużo wspominam, dużo sobie przypominam i rozmyślam. Dzieciństwo było czasem wyjątkowej fantazji i ubóstwo PRL-u nijak w tym nie przeszkodziło. Te ulice to był świat bajek. Wszystko było tam możliwe i każda przygoda byłą realną. Każdy element mógł być podstawą do zabawy. A teraz?

No cóż, teraz jestem dorosła.

Advertisements

5 thoughts on “Sentymentalna podróż do PRL-u

  1. No, no… Ucieczka z domu w wieku czterech lat? Co na to rodzice – nie zauważyli, że dziecko się nagle zdematerializowało?

  2. Przepraszam, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, żeby moje dziecko w wieku czterech lat wyszło sobie z domu bez mojej wiedzy, poszło dokądkolwiek i dopiero potem było poszukiwane. Musiał być to bardzo duży dom, że mała istota mogła na dluższą chwilę zniknąć z oczu rodzicom.
    Ale wspomnienia z perspektywy dzieciństwa opisane interesująco. Swoją drogą – ciekawe, że wspomnienia zdarzeń zazwyczaj wydają się bardziej kolorowe niż same zdarzenia w chwili ich zaistnienia. I chyba wszystko jedno, czy dotyczą okresu dzieciństwa czy też czasu późniejszego. Najważniesze, żeby wydarzyły się wystarczająco dawno. Podróż w przeszłość zazwyczaj jest sentymentalna.

  3. dlatego własnie Warlikowski powiedział głośno, ze nigdy nie pojedzie odwiedzić swoich rodzinnych stron, miejsc zapamiętanych w dzieciństwie bo nie chce ich odczarować. Ja go rozumiem doskonale.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s