Lato w mieście

Pierwszy miesiąc wakacyjny już za nami. A choć jestem już dawno po czasach szkolnych, gdy to obowiązywały pełne dwumiesięczne wakacje, jak i po okresie studiów, gdy wakacje przeciągały się na trzy miesiące, chociaż dla wielu trwały właściwie cały rok, to jednak rozpatruje wakacje jako te dwa gorące miesiące w połowie roku, podczas których człowiek jest zmuszony odpoczywać w ten czy inny sposób, bo nic się nie dzieje.

Tu od razu muszę zweryfikować moje podejście do wakacji. Oczywiście sezon ogórkowy jak zwykle dopisał spędzając sen z powiek wszystkim, którzy z „dziania się” żyją, czyli przede wszystkim dziennikarzom, którzy dniówkę czy też tygodniówkę wyrobić musza, a nie ma z czego. Jednak w tym roku określenie „sezon ogórkowy” nabrało zupełnie innej wymowy z uwagi na to, że w dany sezon weszliśmy ze wspaniałymi ogórkami okraszonymi  bakterią E-coli  i teraz kojarzą się one nie tyle z nudą, co z przerażeniem. Ogórki pokazały, ze skoro rok rocznie ten okres nazywany jest ich imieniem, to przynajmniej tym razem zagrają naprawdę pierwszoplanową rolę i udowodnią, że nie tylko z nazwy sezon należy do nich. Poszalały zdecydowanie, a że zazdrość wśród warzy jest prawie tak niepohamowana jak wśród ludzi, to zaraz o palmę pierwszeństwa zaczęły bój toczyć pomidory, jakieś kiełki i inne tego typu produkty rolnicze.

Ale kultura  w każdym razie uległa hibernacji, wystaw brak, a jedyne, co się o nią w sezonie wakacyjnym ociera to wszelkiego rodzaju kina plenerowe wykwitające niczym grzyby po deszczu. A właśnie, skoro o deszczu mowa, to pięknie w tym roku obrodził. Gdy tylko słońce próbuje przypomnieć, że mamy wakacje, nadciągają chmury i dobrze jest, gdy jedynie pada, a nie przy okazji grzmi i wiatr wieje z prędkością, której rajdowcy by się nie powstydzili. Po jednym z takim wydarzeń okazało się, że ulicy w pobliżu mojego domu zamieniła się w rwącą rzekę i stojąc na jej brzegu musiałam podjąć decyzję, czy ruszyć wpław, czy poczekać na jakąś amfibię. Postanowiłam być dzielna i przeprawiłam się na drugi brzeg brodząc w wodzie do kolan. W takich warunkach wskazane byłoby nosić ze sobą nie tyle parasol co może dmuchany  ponton.

Oczywiście standardem letnim są śmierdzące środki transportu miejskiego. W zasadzie mogłabym nauczyć się już nie oddychać, skoro moja codzienna podróż tramwajem czy autobusem sprawia, że między przystankami zielenieje i głębokie hausty powietrza biorę tylko wtedy, gdy otwierają się drzwi. Oczywiście stoję bądź siedzę jak najbliżej nich, żeby przypadkiem świeże powietrze, zanim dotrze do moich nozdrzy, nie owiewało spoconych pach, przepoconych koszul i innych tego typu aromatycznych atrakcji. Wszechobecne deszcze niewiele w tym temacie zmieniają, bo chłodniej jest tylko chwilowo, a takie przemoczone brudne ciała śmierdzą gorzej, niż mokry pies i parują w autobusie niemiłosiernie przysłaniając mgłą nie tylko szyby, ale także moje oczy. Niemyte, przegrzane ciała stłoczone na niewielkiej w sumie powierzchni pojazdów komunikacji miejskiej stanowią wyzwanie dla każdego, kto jeszcze posiada zmysł powonienia.

To pewnie wina tych reklam, w których pokazują dezodoranty działające 48 albo nawet 72 godziny. Co to za wynalazki? Czy takie coś w ogóle jest potrzebne i komu to służy? Smaruje się tym bądź pryska i co? Potem nie zmywa się tego przez liczbę godzin podaną na opakowaniu w nadziei, że będzie działać, roztaczając aromat morskich fal czy czegoś tam innego opisanego na produkcie? Zawsze myślałam, że działanie 24- godzinne to już jest rzecz wyjątkowa, ale może należę do dziwadeł, które myją się codziennie, ba nawet dwa razy dziennie, bo dzień zaczynam i kończę od tego, co wykwintnie zwane jest ablucją. Dezodorant użyty rano w moim wypadku i tak żywot na ciele kończy wieczorem, dlatego hasło działania przez 48 godzin nijak do mnie nie przemawia. Ale pewnie innych kusi obliczeniami oszczędności na wodzie, mydle i innych tego typu zbędnych wydatkach. W sumie nie wiem, czy tych zaawansowanych naukowo produktów używają moi współpasażerowie, ale chyba ich dbałość o higienę ogranicza się do mycia raz na 72 godziny, bo najczęściej generują smród, którego w żaden inny sposób nie da się wytłumaczyć.

Podsumowując: ciepło w te wakacje nie jest, gorąco wcale , lipiec dość słusznie został w internecie przemianowany na lipcopad, pada więcej niż podczas egzotycznej pory deszczowej, a przy okazji serwuje się nam tornada i colowe ogórki, a to wszystko owiewa odór ze spoconych, chyba z przyzwyczajenia, bo najczęściej nie wskutek temperatury, ciał.

Biorąc pod uwagę, że moje wyjazdy z miasta są krótkotrwałe i moja praca trzyma mnie w mieście rękoma i nogami, pozostaje mi jedynie obserwować dalej wakacyjne zmagania ludzi, warzyw i atmosfery w rytm przeboju Joe Cocera oddającego klimat tego, co mnie dotyczy –  „Summer  In the City”

Reklamy

One thought on “Lato w mieście

  1. Na mojej wsi na czas wakacji kultura wychodzi z szacownych sal koncertowych w zieleń arboretum i tamże bawi gawiedź (w tym roku – mimo zawirowań pogodowych niezwykle liczną, aż sam jestem zdziwiony) w ramach kolejnego letniego festiwalu Muzyka z Kórnika.

    Dodatkowo jakieś wystawy, manuskrypty … słowem aż tak źle u nas nie jest. No, ale w wielkich miastach zazwyczaj dzieje się znacznie więcej :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s