Tari Bari

Tari Bari i Tari Bari. Ludziom to się we łbach poprzewracało i nie potrafią po bożemu knajpy nazwać. Kiedyś to były porządne lokale – Kresowa czy Kogucik, w ostateczności nawet nazwa Bar Mleczy jest dopuszczalna, chociaż mało kreatywna, a podobno ŁÓDŹ KREUJE, to teraz trzeba sie wysilać. To się wysilili. Nikt nie wie, co to znaczy. Każdy pyta. Ale to taki pomysł na nawiązanie konwersacji przy barze, że niby tak intelektualnie wtedy jest, bo się od razu wspomina jakieś języki obce, co to w nich coś znaczy, bo w polskim to całe Tari Bari nie znaczy nic. A potem o się jeszcze książką macha przed oczami ogłupiałych klientów, że to Józef Roth tak napisał, więc wzorce cenne bardzo. Można wszystko okrasić historyjką o bliskich kontaktach Rotha z Łodzią, bo przecież oprócz tej  źródłodajnej „Legendy o świętym pijaku” napisał także „Hotel Savoy”, wiec aż dziw, że to całe Tari Bari się na ulicy Rotha nie mieści, tylko w zwykłym Off Piotrkowska.

No ale nich już im będzie. Mają swój lokal.
61787

Trafić tam to za nic nie można, tym bardziej w zimie, zasypane wszystko, nic nie widać, przez bagno trzeba przejść, żeby te schody znaleźć i po nich się wdrapać. Człowiek podróżą umordowany to by chciał do przytulnego przybytku zajrzeć, ciepłem kanapy otulić, ale gdzież tam. Nowa moda taka przyszła, że ma być jasno, czysto, sterylnie i minimalistycznie. Ledwo cegły białym tałatajstwem ochlapane, stoły postawione i krzesła kto jakie w domu miał, to od ojca i matki zabrał, do roboty przyniósł i gdzie popadnie postawił.

A na tych stołach nawet obrusów nie ma. Kto to słyszał, żeby porządna restauracja bez obrusów funkcjonowała. Nie piorą, nie krochmalą, odpuścili sobie zupełnie. No jak już tak chcieli ułatwić sobie sprzątanie to mogli ceraty kupić. Tyle lat ludzie na ceratach w barach, bistrach i domach jadali, nie pomarli, to po co tradycje zmieniać? Oni zaszaleli, papier pakowy ludziom pod talerze kładą i jeszcze ideologię dorobili, że to rysować po tym można, kredki dokupili i wprowadzili nowy trend restauracyjny. Jakby to komu do jedzenia rysowanie było potrzebne. Chyba, że chodzi o to, żeby każdy sobie sam rachunek podsumował, ale kto by tam się wyższą matematyką przy konsumpcji zajmował…

Jak już człowiek te szkaradzieństwa przeboleje, to by usiadł, żeby go obsłużono, ale tego też się nie praktykuje. Tablice sobie taką na ścianie wymalowali jak w szkołach kiedyś były i nabazgrane tam menu jest codziennie inne. Zdecydować się sami nie mogą, co by chcieli gościom podawać, to zmieniają jak w kalejdoskopie i nigdy nie wiadomo, na co się trafi.

Wszystko tam jest. Pasty jakieś, znaczy nie takie jak to dawniej bywało pasty rybne czy jajeczne, co się nimi kanapki smaruje, tylko teraz na kluski, makaron znaczy, pasta się mówi. To mają różne tam. Co się pójdzie to inna na tej tablicy wysmarowana i człowiek nawet nie wie, jak te nazwy przeczytać, żeby to zamówić. Casarecce alla sorentina, Pennette all’amatriciana czy jakieś Orecchiette. Po jakiemu to jest?

Stoi się i się czuje, jak się człowiek depresji lingwistycznej nabawia i ma ochotę zapytać, czy mają na stanie leniwe. Pewnie nie mają, bo to za pospolite i takim czymś tam się nie zajmują.

Kotleta mielonego to też nie podadzą z ziemniakami tłuczonymi i marchewką z groszkiem, tylko w bułkę wsadzają. A bułki sami sobie pieką, tacy samodzielni są, że do piekarni nie idą. Piekarzowi zarobić nie dadzą, tylko wszystko sami sami sami.  Jak już wsadzą w tę bułę to już nie jest swojski mielony, tylko BURGER na to mówią i podają z sałatą, bo tak zdrowiej. Człowiek nie wie jak to jeść, przyzwyczajony do obiadów domowych z nożem i widelcem się za to zabiera, to inni goście patrzą dziwnie i śmieją się  pod nosem. No to niby jak? Łapami tak w restauracji  jeść. Jak wieśniak?

Oni tam nawet zupy normalnej nie jedzą. Żeby jakiś rosół z kluskami, zalewaję z kiełbasą czy krupnik na kurzych żołądkach zaproponowali. Zupę krem podają, co zmiksowane wszystko jak dla dziecka bezzębnego. A jedna to nawet jest niebieska jakby. Kto to słyszał, żeby żarcie niebieskie było? Pewnie kucharz niebieską nitką pora jakiego obwiązał, żeby się w gotowaniu nie rozleciał i się porobiło.

Się tam człowiek umęczy, nakombinuje, to mu następnego dnia od razu lepiej smakuje krupnik i chleb ze smalcem.

P.S. A tak poza wszystkim, poza wytycznymi Cesarza Vatu, poza licznymi obrazkami pozostawionymi na tych „obrusach”, poza uwielbieniem dla szefa kuchni, który gwarantuje orgazmy gębowe, poza moim podaniem o meldunek kliencki przy stoliku numer 4, to KOCHAM TARI BARI <3

Reklamy

4 thoughts on “Tari Bari

  1. Doskonałe, Fioletowa!
    A tak na marginesie – niewiele już skrawków Piotrkowskiej ostało się, gdzie można przejść suchą nogą, niestety.

      • Ciekawe, po co komu tyle kostki brukowej? Kilkadziesiąt podjazdów garażowych można nią wyłożyć. Po wyrównaniu dziur, kostkę ma zastąpić podobno marmur. Wówczas władze będą musiały jeszcze zainwestować w kapcioszki muzealne i ciecia, który bedzie je wręczał przechodniom u progu deptaka, żeby zębów nie wytłukiwali w porze innej niż letnia. A można byłoby spożytkować wspólne pieniądze na zatkanie dziur w jezdniach sąsiadujących ulic – doskonale z Piotrkowskiej widocznych.
        Ale nie o remont rzecz idzie. Tekst doskonały, znakomite poczucie humoru. Mogłabym jeszcze długo, ale napiszę tylko: GRATULACJE.

  2. Bardzo się cieszę, ze tekst siępodoba. Była to pisana na zamówienie NEGATYWNA RECENZJA TARI BARI
    A o kostkach brukowych na Piotrkowskiej moze też kiedyś napiszę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s