Polak znaczy katolik

Polska to bardzo interesujący kraj. Nie jest to państwo wyznaniowe, w konstytucji nie mamy wpisanej jedynej słusznej religii, a jednak wydaje się, że takowa istnieje. Oczywiście chodzi o katolicyzm, który uznawany jest za religię najpopularniejszą i jako taki dominuje. Nikogo nie dziwi to, że jako katolika wpisuje się każdego, kto zaraz po życiu płodowym został ochrzczony nawet jeśli później jakoś nieba rdzo mu z religią było po drodze. Rubryką „niepraktykujący” nikt sobie głowy nie zaprząta, bo ona jedynie komplikuje statystyki, a w tym kraju wiadomo, że statystyki musza być proste i klarowne, najlepiej w systemie zerojedynkowym. Albo katolik albo niewierzący odszczepieniec.

Wszystko zaczyna się wraz z pierwszym krzykiem. Natychmiast rozpoczyna się wyścig z czasem, żeby to biedne, nowonarodzone dziecię na łono kościoła wprowadzić, by zmyć z niego grzech pierworodny śmierdzący siarką i ogniem piekielnym.  Te wyścigi kto pierwszy, kto szybciej swoje dziecko do kościoła zapisze, są bardziej przerażające niż wyścigi o zapisy do żłobka. Ja wiem, że do żłobka dziecko należy zapisać najpóźniej po wyjściu z nim ze szpitala, bo to już ostatni moment, żeby się doczekało. Coraz częściej mam wrażenie, że z chrztem jest podobnie. Niezwykle dzielne jednostki czekają z dłużej tą decyzją, czym narażają się komentarzem, że skazują własne dziecko na potępienie, że lepiej wcześniej, to dziecko nic nie będzie pamiętało (wpisanie do kościoła i deklaracja wiary to zdecydowanie jedna z takich rzeczy, których się nie powinno pamiętać, bo przecież nie ma to wpływu na nasze życie, zrobić to szybko i bezboleśnie, jak obcięcie pępowiny czy bliżej zabiegów religijnych – niczym obrzezanie), że po co narażać je na świadomy kontakt z księdzem polewającym wodą. Tutaj trochę się zgodzę, bo świadomy kontakt z wieloma księżmi wywołuje nawet we mnie traumę, a jestem osobą dorosłą, świadomą, myślącą logicznie i jeszcze żaden nie próbował mnie polać wodą.

tumblr_med3fwptRq1rvmzlbo1_1280

I tak oto do grona katolickich owieczek prowadzonych na rzeź… no dobra, przesadziłam, tylko na sąd ostateczny, dołączają kolejne duszyczki zupełnie nieświadome. Potem dopiero następuję kompleksowa indoktrynacja, która zaczyna się od „Aniele boży … „ Sam wierszyk jest bardzo przyjemny i wdzięczny, opowiada o niewidzialnym przyjacielu, który zawsze jest przy dziecku i wspiera je w potrzebie.  Co ciekawe ci sami rodzice czy dziadkowie, którzy uczą dziecka tego wierszyka, czują się potem zaskoczeni, gdy bawi się ono z niewidzialnym przyjacielem. Skoro od najmłodszych lat wpajano mu, że istnieje, to jak można się dziwić, że zaistniał? Potem jest jeszcze „Zdrowaś Mario „, bardzo trudne w interpretacji  i składni dzieło, ale nie sądzę, żeby zbyt wielu religijnych nauczycieli zaprzątało sobie głowę wyjaśnieniami co oznacza „owoc żywota” czy „łaskiś pełna” (czy to się tak pisze?). Wiersza uczymy się na pamięć i powtarzamy przy każdej nadarzającej się okazji.

Są jeszcze odpowiednie zajęcia w przedszkolach. Alez oczywiście, że przedszkole jest doskonałym miejscem i momentem na naukę religii. Małe umysły są bardzo chłonne i wszystko w nie można wtłoczyć. No chyba, że NIEWIERNY rodzic stanowi przeszkodę do pełnego wtłoczenia takiego dziecka we wspólnotę kościelną. Pierwsze oburzenie na twarzy przedszkolanki może wywołać wzruszenie ramionami. Mówie o tym, bo tego doznałam. Na pytanie: „Czy dziecko będzie uczęszczać na religię? „Moja reakcją było właśnie wzruszenie ramionami i odpowiedź: „NIE wiem”.  Dalej już było tylko gorzej, bo brnęłam i pytałam, czy aby na pewno dzieci w wieku lat 3 powinny być uczone religii, jak to ma być prowadzone i jakiego rodzaju pojęcia przedstawiane. Odpowiedzi mnie nie ustatysfakcjonowały (jak wiele odpowiedzi z kręgu religijnego), więc jedyną decyzją, jaką mogłam w zaistniałej sytuacji podjąć było pozostawienie decyzji dziecku. Nie spotkało sieto ze zrozumieniem z żadnej strony. No bo jak to? Dziecko ma decydować o swojej religijności? Sama ma podjąć decyzję, która dotyczy jej duszy i zbawienia? Ano sama. Bardziej kierowałam się tym, że córka moja ma własne zdanie w wielu kwestiach i chyba wie, czy dane zajęcia  sprawiają jej przyjemność i ją interesują czy nie. Nie mogłabym jej zabronić uczestniczenia w zajęciach religii, gdyby chciała z innymi dziećmi w nich uczestniczyć, bo sprawiłabym jej przykrość.

O całej sytuacji przypomniałam sobie kilka miesięcy później i wtedy zapytałam córkę, czy na religię chodzi. Padła odpowiedź: „Nie, bo mnie to nie interesuje”. I sprawę uznałam za zakończoną.  I tak śpiewa w przedszkolu kolędy i maluje pisanki, co jest zwyczajem religijnym, więc jakiś kontakt z tradycją kultury chrześcijańskiej ma.

Dalej już nie będę opisywać kolejnych stopni wtajemniczenia, bo wszystko to przede mną. Nie wiem, co będzie, gdy dziecko moje znajdzie się w szkole w trakcie przygotowań przedkomunijnych. Gdy to nastąpi, to wtedy będę się martwić. W ostateczności kwestia chrztu to kwestia jednego dnia, więc i to problemu mi nie sprawi. Jeśli moje dziecko będzie tego chciało, to proszę bardzo. Jej decyzje uszanuję. A argumenty, że na pewno będzie chciała, bo dziewczynki ubierają się wtedy w ładne sukienki i mają wianki … nijak do mnie nie przemawia, bo w ładną sukienkę i wianek to ja mogę moją córkę ubrać niezależnie od okoliczności religijnych.

I tak oto sobie żyjemy odmieńcy na tej katolickiej ziemi, chociaż podobno katolicka nie jest. Na szczęście dla nas i nasze zdrowia psychicznego coraz więcej osób jednak ma z nami po drodze, więc nie jesteśmy dwuosobową wyspą. Ale czy fakt, że ja nie czuję się katoliczką i moje dziecko nie jest ochrzczone sprawia, że jesteśmy złymi ludźmi? Nie uważam. Nikogo nie krzywdzimy, nie okradamy, nie sprawiamy świadomej przykrości. Uczę moje dziecko, że ludzi należy szanować niezależnie od płci, koloru skóry, orientacji (tak, tak, ma 4 lata i wie już, że miłość miedzy ludźmi pojawia się w różnych konfiguracjach i czasem dwóch panów albo dwie panie mieszkają razem, chociaż nie są małżeństwem) czy wyznania. Wie, że są kościoły, że ludzie tam się modlą. Wie też, że mamusia się nie modli. Wie, że innym należy pomagać, jeśli tego potrzebuję a my potrafimy. Biorąc pod uwagę zachowania katolików i nasze, mogę śmiało uznać, że jakby porównać to z naukami Jezusa, to my jesteśmy od nich bardziej chrześcijańskie. Przynajmniej nikogo nie opluwamy, bo jest inny. Czego również katolikom życzę.

* kościół, bóg i inne tego typu nazwy  piszę z małej litery, żeby nie musieć analizować, który kościół jest budynkiem, który wspólnotą, który nazwą, a który jeszcze innym określeniem. No i który bóg jest zatwierdzony jako wielkoliterowy, a który zasłużył jedynie na małą literę.

Reklamy

One thought on “Polak znaczy katolik

  1. Polak nie znaczy katolik – nawet jeśli duża część społeczeństwa uważa siebie za katolików, bo są jeszcze ci pozostali. Nie ma nawet nic złego w określaniu Polski, jako kraju, w którym przeważa katolicyzm i wcale nie trzeba byłoby zastanawiać się nad procentową przynależnością społeczności do tego kościoła, gdyby na sferze duchowej wiernych rzecz się kończyła. Problem zaczyna się, kiedy wytyczne wiary i kościoła zaczynają być decydującym argumentem w życiu społecznym. Bo co wówczas z nie-katolikami? Katolicy wyprawią się na nich „grabieżczo” i „krzyżowo”, czy od razu święta inkwizycja? Dziwne byłoby to trochę akurat w kraju, który charakteryzował się największą tolerancją w Europie w okresie Średniowiecza. Na terenie Królestwa Polskiego (chodzi o samo Królestwo, a nie graniczące z nim kraje jak np. Śląsk) w ogóle nie było inkwizycji, a nigdzie w Europie nie dotyczyła ona tych, którzy deklarowali przynależność do innej religii.
    Staram się zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, naprawdę. Może miał na to wpływ okres PRL-u, kiedy prawie wszystko wywrócone było do góry nogami i ludzie szukali oparcia w kościele – gdzieś w końcu musieli i jeśli właśnie tam je znajdowali, to ja mogę to zrozumieć. Rozumiem też wpływ papieża Polaka na przemiany nie tylko w Polsce, ale w całym bloku wschodnim. Rozumiem również, że jak ktoś musiał ukrywać z takich czy innych względów swoją religijność i nagle sytuacja się zmieniła, to właśnie chce głośno o tym powiedzieć, ujawnić się, zademonstrować czy choć zaprezentować. Dobrze, niech tak zrobi jak już koniecznie musi, ale wybuch radości z reguły jest krótki, potem powinien nastąpić stan błogości trwającego szczęścia – tak byłoby naturalnie. Bo jak wybuch radości nie ustaje, to istnieje niebezpieczeństwo, że przerodzi się w stan bardziej zbliżony do histerii, co chyba właśnie obserwujemy.
    Zastanawiałam się, czy religia (jakakolwiek) była kiedykolwiek potrzebna ludzkości. I doszłam do wniosku, że chyba tak. Nawet nie dlatego, że człowiek chciałby dostrzec głębszy sens swojego istnienia: że te kilkadziesiąt lat zmagania się i walki o przetrwanie, to może jeszcze nie koniec wraz ze śmiercią, może coś tam jeszcze… gdzieś… kiedyś… To dopiero później. Myślę, że na początku religia była potrzebna, żeby opanować dzikie hordy, z którymi nie można było inaczej sobie poradzić, jak właśnie poprzez religię, w której zawarte są zakazy, nakazy, kara boża za łamanie zasad i nagroda za ich przestrzeganie. Przy czym najistotniejszym elementem było wywołanie strachu przed karą. Bo jak może ona spaść na winowajcę znienacka i nie wiadomo w jakim wymiarze, zesłana przez kogoś, kogo nigdy się nie widziało i nie wiadomo, jaką siłą dysponuje, to takiej kary ciemna masa z całą pewnością się boi. Bardzo możliwe, że była to jedyna metoda, dzięki której można było wprowadzić zasady społeczne, które dziś obowiązują jako zwykłe normy moralne, niektóre nawet usankcjonowane prawem i religia już nie jest do tego potrzebna.
    Ale bywa potrzebna ludziom. Nie wszystkim, ale niektórym. I dopóki religia jednego nie wyrządza drugiemu krzywdy, to wszystko jest w porządku. Myślę, że nawet religia czy też religie mogą zupełnie dobrze funkcjonować, nie naruszając świeckości państwa, wystarczy zachować zdrowy rozsądek i zwyczajnie oddzielić jedno od drugiego. Niestety, w Polsce zdrowy rozsądek w tej materii gdzieś się zawieruszył i mam obawy, że „na szybko” nie da się z tym nic zrobić. Jest to kwestią czasu. Chyba już większość młodych ludzi nie deklaruje własnej religijności, choć tradycje z nią związane niektórzy chcą zachować. Dlatego myślę, że jeszcze jedno pokolenie i histeria minie. Cierpliwości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s