Wolność, równość, fighterstwo

Myślałam, że po lewej stronie jest spokój i cisza. To prawa kojarzyła mi się z głupimi okrzykami, z których nic nie wynika, tylko szerzą nienawiść, z opluwaniem wszystkiego dookoła, przy czym dostanie się też trochę kolegom. Myślałam, że to mistyczni ONI są źli na świat, wszystkich dookoła i w końcu siebie nawzajem, że walczą ze wszystkimi, więc i między sobą się biją. Wydawało mi się, że po tej stronie, po której ja stoję, wszyscy sie zgadzamy. Bo skoro ma być równo, to równo dla wszystkich, jesteśmy tacy sami, nie ma podziałów, to jest jedność i wspólnota.

Myliłam się, co odkryłam ostatnio z żalem i bólem wielkim, bo mną to potrząsnęło porządnie. Pewnie dlatego, że empatyczna jestem totalnie i jakoś emocje innych bezpośrednio we mnie trafiają, a jak już skierowane do mnie, to mi do samego środka włażą i siedzą tam potem długo.

Na lewicy i to nie tej politycznej, ale tej ludzkiej, społecznej i światopoglądowej, też bywa różnie. Byłam świadkiem wymiany poglądów dwóch jednostek prezentujący dwa kierunki lewicowe. W mojej głowie w świecie tym jest wolność głoszenia i wspólnota działania. A tu spór, pretensje, wymagania  i oczekiwania, a potem gorycz porażki braku porozumienia. Bo tak to odebrałam. Jedność przełamana, fronty podzielone, brak tego, co w mojej duszy być tutaj zawsze powinno.

Nie można się dzielić tu, gdzie należy się mnożyć. Walka o lepsze jutro jest nasza wspólna i nie ma znaczenia, kto pod jakim sztandarem idzie, jeśli wszyscy walczymy o wolność głoszonych poglądów, wyznawanych idei, przekonań i odczuwanych miłości. Do życia, ludzi czy ojczyzny. Wymiana jedne do jednego: Jak Ty mi to, to ja Ci co innego. Wyliczenia się co do pary nóg na danym pochodzie. Rozliczanie z dawania i brania. Jak w księgowości przy liczydle, a to nie matematyka miała być, tylko humanizm. Miłość bliźniego, maszerowanie ramie w ramię. I nad tym wszystkim widmo sobotniego Marszu Równości. Jaka to równość jak my się teraz linijką mierzymy i liczydłem wyliczamy? Bo komuś centymetra brakuje, ktoś sobie kilogram doliczył.

A jakby tak razem, wspólnie i bez rozliczeń pójść przez świat, przez życie, prze społeczeństwo? Pokazać, że mówimy jednym językiem niezależnie od tego, o czyją sprawę w tej chwili walczymy. Bo tak naprawdę walczymy o sprawę wspólną, ludzką, patriotyczną, lewicowe umiłowanie równości ludzkiej. Ja patrzę na tych po stronie przeciwnej i widzę takich samych ludzi jak ja, którzy może czegoś nie rozumieją, może czegoś w ich sercach i umysłach zabrakło, ale ja się cieszę, że to mam. Tym bardziej przykro, gdy ci po mojej stronie zaczynają sobie wytykać różnice, a nie doszukiwać się podobieństw. Nie jesteśmy tacy sami tylko dlatego, że stoimy po lewej stronie. Nigdy nie będziemy. Jesteśmy różni, ale to właśnie akceptacja odmienności miała być naszym hasłem przewodnim.

I taką mam refleksję
Niech to ONI się żrą między sobą, niech ONI sie dzielą, niech ONI ciągną każdy w swoją stronę i rozwalają swoją i tak kulawą retorykę.
MY walczący o słuszne rzeczy, wierzący w to, że jesteśmy tacy sami w swojej odmienności, broniący ważnych treści, kierujmy się może jednak EMPATIĄ i twórzmy wspólny front, jedną siłę jeden głos.
My bądźmy solidarni, wspierający i silni siłą wspólnoty, a nie słabi kłótnią podziału.
Bo musimy zrozumieć jedno – nasze miłości są różne, ich nienawiść jest wspólna.

Reklamy

16 thoughts on “Wolność, równość, fighterstwo

  1. No, matko kochana! Przecież nie o to chodzi, żeby być samotną wyspą na oceanie ludzi! Zdarzają się, oczywiście, samotnicy, którzy doskonale czują się wyłącznie we własnym towarzystwie, ale oni stanowią naprawdę niewielki odsetek. Znakomita większość potrzebuje innych ludzi. Świetnie, jak grono przyjaciół ma zbliżone zainteresowania, ale przecież nie jednakowe poglądy. Powiem więcej – jedność poglądów musi być chyba wręcz nudna, bo wszystko zostało powiedziane, zanim ktokolwiek usta otworzył.
    Popatrz na grupy, które mają wspólnotę poglądów i jedność programową. Wszystko jedno, czy będzie to jakakolwiek partia polityczna, wspólnota kościelna, stowarzyszenia, zgromadzenia, czy cokolwiek. Jako grupa stanowią rozwrzeszczaną albo w najlepszym razie bełkoczącą masę, natomiast każdy z osobna – głosząc ideologiczne posłanie swojej grupy – sprawia wrażenie jakby cierpiał na głęboki niedorozwój emocjonalny. Wszedł w okres socjalizacji i poczucia wspólnoty z grupą przedszkolną i tak mu zostało. Człowieka dojrzałego charakteryzuje między innymi to, że na podstawie genów, wychowania, wiedzy i doświadczeń wypracował własny światopogląd. Żeby mój światopogląd mógł być jednakowy z kimś drugim, to musielibyśmy wspólnie przejść całą drogę życiową, od chwili narodzin i mieć jeszcze jednakowy kod genetyczny. Może u bliźniąt jednojajowych, których drogi w dodatku nie rozeszły się w którymś momencie, jest to możliwe. Inaczej widzę to tak, że człowiek albo nagina się do grupy, bo tak jest łatwiej czy nawet wręcz wygodniej, albo jest to ktoś, kto samodzielnych opinii w sobie nie wykształcił. Nie znaczy to wcale, że na każdy temat mam zdanie odmienne niż cała reszta ludzkości, z jednym zgadzam się w takiej kwestii, z drugim w innej, mogę komuś przyznać rację po dyskusji lub nie, ale mieć wspólne poglądy z jakąś bliżej nieokreśloną liczbowo grupą, to przecież nie jest możliwe. To jest złudzenie. Człowiek myślący musi dojść w którymś momencie do takiego punktu, w którym dostrzega, że to wcale nie jest wspólnota poglądów, tylko podobne zdanie na niektóre tematy. Jak nie utożsamił się z grupą, to nie czuje rozczarowania. W im więcej grup się zaangażujesz, uwierzysz we wspólnotę (feminizm, lewica, czy co tam jeszcze masz po drodze), tym częściej będziesz odczuwała rozczarowanie. Chyba, że wyłączysz myślenie, a tego Ci nie życzę. Na temat feminizmu szeroko pojętego już Ci pisałam, feministką radykalną udało Ci się nawet mną wstrząsnąć, bo każdy radykalizm jest dla mnie wstrząsający. Nad lewicą chyba nie do końca się zastanowiłaś albo wybierasz z niej tylko nieliczne wartości, które akurat Ci odpowiadają. A to, widzisz, tak nie jest. Jak z czymś się identyfikujesz, to przyjmujesz wszystko z całym dobrodziejstwem inwentarza. To prawie jak przyjęcie spadku po dalekim krewnym, o którym niewiele wiesz – może zawierać niezłe aktywa, ale o pasywach dowiesz się, jak już je przyjmiesz.
    Nie musisz być samotną wyspą nie utożsamiając się z grupą. Można mieć szerokie grono przyjaciół, znajomych, ludzi, którzy mają podobne zainteresowania do Twoich, innych, z którymi łączą Cię wspólne cele. Nie musisz myśleć tak jak inni, a inni nie muszą myśleć tak jak Ty, żebyście mogli się przyjaźnić.

  2. Mam grono znajomych, których chciałabym móc nazywać przyjaciółmi, których poglądy są bardzo zblizone do moich, choć nie identyczne pod każdym względem. Czy to nudne? Bynajmniej. Kazdy w inny sposób do tego doszedł, każdy miał inną drogę, inne ścieżki poznawania idei i odwoływania do niej. To jest fascynujące. A teraz jednoczy nas wspólna sprawa (oprócz tego, że sie zwyczajnie lubimy i dobrze nam w swoim towarzystwie)
    Nie analizuje każdej znajomości pod tym względem i NAPRAWDĘ utrzymuje kontakty towarzyskie takze z tymi, którzy co niedziela chodzą do kościoła, chociaż ja tam nie chadzam. Wszystko jest kwestiątego, czy próbują mnie indoktrynować czy nie. Jesli (podobnie jak ja) w znajomości są w stanie nei poruszać tematu religii – to moze taka znajomośc trwać do grobowej deski. I pójde na ich śluby kościelne i komunie ich dzieci, bo woda święcona wrzeć nie będzie z tego powodu.

    ” Jako grupa stanowią rozwrzeszczaną albo w najlepszym razie bełkoczącą masę, natomiast każdy z osobna – głosząc ideologiczne posłanie swojej grupy – sprawia wrażenie jakby cierpiał na głęboki niedorozwój emocjonalny. ”
    Nie mogę sie z tym zgodzić, a nawet trochę mnie to obraża. Wcoraj brałam udział w Marszu Równości – nie dlatego, ze jestem lesbijką, nie dlatego, że związki partnerskie są mi niezbędne do życia, nie dlatego, że mam problem z objawianiem światu mojej tożsamości płciowej – dlatego, że chce życ w kraju, w którym nie bedzie się bitym i opluwanym za to, że sie kogoś kocha.
    I jestem dumna, że przypadkowych znajomych ( nie tych, z którymi sie umówiłam na marszu, ale takich, których spotkałam po miesiacach neiwidzenia, ) spotkałam w grupie marszowej, a nie pośród grupy wykszykującej obraźliwe hasła i plującej jadem nienawiści.
    Chociaż otwarta jestem na ludzi i moge przyjaźnic się z tymi o innych poglądach, to nie jestem w stanie sobie wyobrazić mnie kumplującej się z nazistami, faszystami i narodowościowcami. Taki charakter …

    • Jak czytam, że „teraz jednoczy nas wspólna sprawa”, to chyba po prostu brak mi argumentów. Widocznie niektórzy koniecznie muszą przejść przez etap ideologicznych poszukiwań, jednoczenia się „we wspólnej sprawie”, wspólnych haseł, marszów, wywijania transparentami…itd., itd. I muszą czuć się jakiś czas dumni z przynależności do tych czy tamtych, potem poczuć się rozczarowani, znów znaleźć innych tamtych i wraz z nimi maszerować. No trudno, może kiedyś domaszerują do miejsca, w którym dowiedzą się, że nie tędy droga.
      A jakby tak tego marszu w ogóle nie było, to co zmieniłoby się na gorsze? A co po nim zmieniło się na lepsze?
      Nie miałam zamiaru nikogo obrażać, ale z zewnątrz to po prostu tak wygląda.
      Ja też nie przyjaźnię się z nazistami, ani innymi fanatykami, bo fanatyzm wyklucza zdolność racjonalnego myślenia, a nie umiem przyjaźnić się z człowiekiem bezmyślnym. Nie twierdzę, że jest to kompletnie niemożliwe, bo może jest, ja akurat nie umiem.

  3. Nie dojdziemy do porozumienia, bo ja jednak doszłam do punktu w moim życiu, gdzie codziennie sprawy nie są wszystkim w moim pojęciu.
    Pewnie , że można nic nie robić i udawać, że jest dobrze. Wystarczy, ze mam prace ( na umowe zlecenie) i odkładam sobie składki na emeryture, płacę podatki i dbam o siebie i moje dziecko, a o reszte niech się martwią inni.
    Marsz jest jedną z forma aktywności w tym zakresie. Nie najważniejsza, ale nie bezwartościową.

    • Nie musimy mieć koniecznie jednakowego zdania, bo nie o to chodzi. Ale ja nie zakładam z góry, że nie jestem w stanie porozumieć się z kimś. To inaczej. W czym jesteś dobra? Ale naprawdę dobra?

  4. W pracy swojej jestem dobra. Przynajmniej mam taką nadzieję.
    Ale w niej również mam momenty, gdy w rozmowie wiem, że jedynie z interlokutorem wymieniam poglądy, ale nie dojdę do porozumienia i nigdy nie bedziemy mówić jednym głosem. Nie oburza mnie to, przyjmuje do wiadomości.

    • No, to rzeczywiście bardzo dużo wiem. Jakbym tak jeszcze przypadkiem była wróżką, to może samodzielnie znalazłabym odpowiedź na swoje pytanie. Ale akurat nie jestem.
      Pomijając już to, że mam nadzieję, że wszyscy w pracy jesteśmy dobrzy, a w każdym razie powinniśmy być, to bardziej pytałam o to, w czym jesteś naprawdę dobra, z bardzo konkretnego powodu – nie z ciekawości. Chodzi o to, że wiele dobrego można zrobić w sposób racjonalny i skuteczny robiąc to, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy. Dobry dziennikarz, dobry prawnik, dobry ekonomista, lekarz, organizator (akurat nie zawód)…etc.
      Dość istotne jest także, by skupić się na czymś konkretnym. A Ty się rozrywasz na kawałki: tu feministka walcząca, tam grupa lewicy, po drodze jeszcze parę innych rzeczy. Rzucasz się na każdą z nich i tak naprawdę nie wiem, co z tego ma wyniknąć. Na coś się nie godzisz, ale co robisz, żeby osiągnąć określony rezultat, oprócz wykrzykiwania haseł? Zadałam Ci bardzo konkretne pytanie: co zmieniłoby się na gorsze, gdyby tego marszu nie było? I co zmieniło się na lepsze po nim? Nie odpowiedziałaś. Jeśli nie zmieniło się nic, to dla mnie takie bieganie na każdą manifestację jest pieniactwem. Bo nic z niego nie wynika oprócz tego, że znów jakaś jedna grupa pokłóciła się z drugą.
      Dla mnie każdy z tych tematów jest bardzo rozległy i nawet przy Twojej podzielności uwagi i łatwości w przyjmowaniu wielu bodźców jednocześnie – nie przypuszczam, żebyś skupiła się nad którymkolwiek. Mnie trochę kojarzy się to z młodzieńczym buntem, ale jeśli jesteś w takim wieku, jak podajesz (coś chyba w okolicy 30-tki), to powinnaś z niego wyrosnąć już jakiś czas temu. Nie chodzi o to, żeby człowiek zamarł w stagnacji i myślał tylko, jak w miarę wygodnie przeżyć resztę życia, ale powinien mieć zarówno sprecyzowane cele, jak i środki wiodące do nich.
      Wytłumacz – co np. udziałem w marszu równości zamierzałaś osiągnąć i co osiągnęłaś? Uświadamiać ludzi, że homoseksualizm może mieć (bo wcale nie musi) przyczyny biologiczne, nie trzeba. Znakomita większość to wie, a inni nie chcą wiedzieć i prowokacją nie przekonasz ich. Prowokacja w ogóle nie jest najlepszą metodą na porozumienie. Co jeszcze ten marsz miał zrównać i dokonał tego?
      Twoje skłonności lewicowe też nie mają nic wspólnego z „walką o lepsze jutro”. Pojutrze będzie lepsze, jak od jutra ważne decyzje będą podejmowali ludzie, którzy są naprawdę dobrzy w tym, co robią. Nie mogę zagłosować w wyborach na kogoś (np. prezydenta miasta), kto zgłaszając swoją kandydaturę z ramienia którejkolwiek partii, o swoim programie mówi w sposób tak lakoniczny, jak ślicznotki na wyborach miss czegoś tam wygłaszają sentencje życiowe. Rzuca kilka ogólników, a o szczegółach „nie może powiedzieć”. Pewnie, że nie może, bo nie wie.
      Jak zdarzy się ktoś, kto przedstawi rzetelnie, czego dokona, w jakim czasie i skąd na to weźmie fundusze, jeśli zostanie to poparte odpowiednimi analizami, podpisze się pod tym i będzie mógł zostać rozliczony ze swoich działań również od strony finansowej, to na takiego człowieka zagłosuję. Inaczej nie. Miasto to jest nieprawdopodobnie duże przedsiębiorstwo i żeby można było dostać kredyt na prowadzenie go, to trzeba przedstawić naprawdę solidny biznes plan. Jak w realizacji coś się skopie, to lepiej, żeby zstępni zrzekli się spadku, bo inaczej jeszcze wnuki będą spłacać długi. I nie robi mi różnicy, jakie prywatnie poglądy taki kandydat wyznaje. To taki mały wycinek mojego poglądu w kwestii jutra od strony ekonomicznej. Na pozostałe tematy życia społecznego też mam własne poglądy, ale to nie mój blog. Robię swoje, najlepiej jak można i z całą pewnością nie kręci się to wyłącznie wokół mojej rodziny. Bez haseł i sztandarów, za to skutecznie.
      A o co Ty naprawdę walczysz?

  5. Pracuje jako dziennikarka i na tym polu też uprawiam swoje poletko z zaangażowaniem
    Feminizm i lewica to bardzo spójne kwestie, nie są to dwie oddzielne drogi.
    W końcu w obu przypadkach chodzi o równość.

    Jak już napisałam – w marszu wzięłam udział nie dlatego, że chciałam nim coś „ugrać” dla siebie. Ale przez zjednoczenie się z ludzmi, którzy w ten sposób manifestowali swoje potrzeby.

    Generalnie strona przeciwna chodzi na marsze. Manifestują jak bardzo Polska jest ich, jak bardzo wszyscy w niej powinni siepodporządkować. Marsze równości czy Manify to głos ze strony przeciwnej, ze Polska jest też nasza.
    Siedzenie w domu tego nie pokaże.

    Ja kiedyś też myślałam ,ze jak JA będę dobrze, mądrze, rozsądnie życ i pracowac na lepsze jutro na swoim gruncie, to wystarczy. Otóż rozwój różnych dewiacji społecznych przekonał mnie, że nie do końca jest to właściwa droga.

    • Ja zrozumiałam, czego chciałaś. Nie napisałaś tylko, czy osiągnęłaś cel. I tego dotyczyło moje pytanie. Bo z doświadczenia i obserwacji świata wiem, że raczej nie. O to mi chodziło.
      Jako dziennikarka masz duże pole do popisu. Stań się świetną dziennikarką – będziesz mogła jeszcze więcej i, kto wie, może zdecydowanie skuteczniej niż biorąc udział w marszach jako jeden z tysięcy uczestników. Czego Ci życzę.

  6. A w kwestii wyborów na tego chociażby prezydenta miasta:
    Co jeśli dwa kandydaci są fatalni? NIe zagłosować? Ktoś jednak zagłosuje, ktoś wybray zostanie i co? Wzruszyć ramionami i czekac na coś, co wydarzy się za kilka lat – czyli wybory, które niczego nie zmienią?
    A moze wybrać mniejsze zło, któremu potem patrzy siena rece? Żeby nie wydawał 120 ml na drogę, której miasto nie potrzebuje albo kilkuset milionów na stadiony, które są zbędne …
    Konsultacje społeczne, dyskusje i debaty z udziałem społeczeństwa – to też formy demokracji, tylko siedząc w domu z nich nie korzystamy godząc się na to, żeby inny podejmowali ważne dla nas decyzje.

    • Masz dużo racji. Ja, być może, opieram się na niesłusznym mniemaniu, że społeczeństwo jest myślące. Bo przychodzi mi do głowy: a co, gdyby zdecydowana większość nie zagłosowała? Gdyby opowiedziała się za profesjonalizmem? Jakaś frekwencja jednak jest niezbędna, żeby wybory były ważne. Bardzo nie lubię opowiadać się za mniejszym złem. Bo mogłaby mnie potem dopaść zgaga. Nie chcę popierać czegoś, do czego nie mam przekonania. A z tym patrzeniem na ręce wiesz, jak jest – potem nikt Ci takiego prawa nie da.
      Niekoniecznie wzruszyć ramionami, ale wolę zająć się tym, na co mam wpływ – za to mogę ponieść odpowiedzialność.
      Konsultacje, dyskusje i debaty – tak, zwłaszcza, że masz narzędzie jako dziennikarka. Będąc na Twim miejscu, skupiłabym się bardziej na tej drodze. Ale nie jestem, a Ty zrobisz, co uznasz za stosowne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s