Nie każdy marsz jest dla mnie

Spotkałam się z zarzutem, że niepotrzebnie chodzę na wszelkie marsze i pochody, bo niczego to nie zmienia, nie ma to sensu i marnuję czas i energię, które mogłabym spożytkować w inny sposób. Jestem osobą dosyć refleksyjną, więc poddałam to refleksji i wyszło mi, że nie do końca tak jest. Nie chodzę bowiem zawsze, wszędzie i na wszystko. W dodatku w obu przypadkach ( bo obiektem dyskusji było to, że maszerowałam w ostatnim czasie dwa razy) niejako przy okazji wykonywałam też swoją pracę, a że zgadzałam się z ideami, z którymi szli organizatorzy i uczestnicy, to przyłączyłam się do nich. Jednak wczorajszy dzień był przykładem na to, że nie zawsze maszeruję, nie ze wszystkimi piechurami mi po drodze, nawet jeśli zajmują oni lewą stroną życia społecznego i politycznego.  W takich chwilach zarówno zawodowo jak i prywatnie zajmuję się czymś innym, co przynosi mi więcej radości i satysfakcji.

Wczoraj z okazji 1 maja zorganizowano tradycyjny pochód i jeszcze festyn. Partia polityczna, która to organizowała, może i miała dobry pomysł, chciała zjednoczyć ludzie, ale jakoś nie było to w moim odczuciu dla mnie. NIE dlatego, że absolutnie nie zgadzam się z tym, co głosili w trakcie przemówień (nie byłam na nich, więc pewności nie mam), bo domyślam się, że lewa strona dość podobnie do mnie myśli, nawet jeśli nie ze wszystkim się zgadzam. Jednak w moim odczuciu różnica między tym marszem a poprzednimi jest zasadnicza – miejsce na scenie politycznej organizatorów. Cała partia, która marszuje jest dla mnie zaskoczeniem. Oni mają lepszą możliwość załatwiania swoich spraw, realizowania postulatów niewymachiwanie nimi na ulicy. Jeśli ktoś, kto nie ma przedstawicielstwa a sejmie czy nawet radzie miasta chce, żeby go wysłuchano, TO MUSI SIĘ  POKAZAĆ. Partia zasiadająca w odpowiednich ławach na ulicy się pokazywać nie musi, bo może wykonywać prace w trybie codziennym. I dlatego nie było mi z nimi po drodze, bo nie trzeba było nikogo wspierać, by z jego postulatami, z którymi się zgadzam, mógł dotrzeć do odpowiednich polityków. Wydawało mi się ze wszech miar głupie popierać polityków w docieraniu do nich samych. No chyba, że była to tylko sztuka dla sztuki, marsz  dla marszu, odkurzenie tradycji i takie tam. Chętnie bym pewnie z piosenką na ustach przeszła ulicami miasta machając flagą, ale jakoś nie tym razem, nie z takim zadęciem, nie w formie festiwalu próżności.

Bo miałam poczucie, że tak to właśnie wygląda. Choć udziału nie brałam, to przed przystąpieniem do moich zadań pierwszomajowych obejrzałam przygotowania. I dobrze wybrałam sobie miejsce obserwacji, bo miałam okazję zobaczyć, jak w życiu głoszone idee wyglądają. Socjalistyczne postulaty, równość obywatelska i inne takie piękne hasła, a życia weryfikuje je zanim zostały wygłoszone. Po lewej stronie był festiwal świąteczny, barwne flagi i uśmiechy. Po prawej stronie był upadek tego wszystkiego. Bardzo dosłowny. Tym towarzystwem interesowała się tylko policja, żeby nie zakłócali imprezy głównej, żeby nie zaśmiecali swoją obecnością tego wydarzenia, żeby zachowywali się godnie i właściwie. Żaden z polityków wygłaszających  te mądre tezy nie zainteresował się tym, co dzieje się pod  jego nosem. Nie interesują go prawdziwi obywatele, tylko ci statystyczni, hasłowi, którymi można wytrzeć sobie usta w trakcie przemówienia. A oni siedzieli i leżeli obok i nie zachowywali się godnie, bo na tę godność trochę nie maja chyba szans. I jak już mi się zrobiło tak zupełnie smutno, to …

IMG_7466

Poszłam robić to, co wydawało mi się właściwsze niż sam marsz. Trochę zawodowo, ale także prywatnie (jak to zwykle u mnie bywa). Poszłam sadzić kwiatki na pustym terenie. Na miejscu po architekturze, którą doprowadzono do ruiny, a później zburzono. Teraz nie ma tam nic … a przynajmniej jeszcze wczoraj rano nie było. I pojawiła się myśl, że skoro teren należy do miasta, to należy on do wszystkich jego mieszkańców. Mogą stworzyć miejsce dla siebie, żeby ze sobą pobyć, porozmawiać, wspólnie spędzić czas. A zrealizować to można w czynie społecznym, tak ładnie łączącym się z datą 1 maja.  Posadzić coś, posiać, zorganizować przestrzeń tylko dlatego, że to ciekawsze niż nie zrobić nic. I ludzie przyszli i robili. Dla siebie i dla innych. Na tyle na ile mogłam i potrafiłam, uczestniczyłam w tym wydarzeniu.  I ta wspólnota działania była bliska mojemu sercu, dobrze się z tym czułam, chociaż moje dłonie przypominały ręce rolnika, lakier na paznokciach regularnie się ze mną żegnał, a same paznokcie tez to po swojemu odchorowały. Ale to było dobre i ważne.

Nie zawsze idę na marsz, nie każdy marsz jest dla mnie. Idę tylko wtedy, gdy czuję, że to właściwe, że tak powinnam robić, że nie idąc byłabym w niezgodzie z samą sobą. Gdyby to marsz wywoływał we mnie takie uczucia, to znalazłabym inne zajęcie.  Tak jak na 1 maja.

Reklamy

5 thoughts on “Nie każdy marsz jest dla mnie

  1. No, chociaż tyle. Szczerze mówiąc byłam ciekawa, czy marsz 1-majowy też Cię zajmie bez reszty.
    Ale, niestety, nie masz racji, że jak teren należy do miasta, to jest własnością wszystkich – w sensie prawnym. Nie możesz na nim samowolnie sadzić kwiatków, drzew, siać pszenicy i stawiać domów – nawet w najlepszych intencjach.

  2. Przez najbliższe dwa lata NIC tam się nie wydarzy, nic nie stanie, nic nie wybudują, żadnej decyzji nie będzie. Taki proces administracyjny. Póki co jest NIC w centrum miasta i straszy. Ubikacje dla psów zrobic? Już kupa za kupą …
    Lepiej posadzić kwiatki, trawe, niech rośnie. To nie jest budynek, czyli rzeczy tymczasowe, wiec jak bedzie potrzeba, to sie przeniesie, żeby komus terenu nie zajmowac.
    A póki co …

    • Zgadzam się, że jest to logiczne. Ale prawo nie zawsze idzie w parze z logiką. Zdziwiłabyś się, jak często. Też uważam, że szkoda.

  3. Sadzenie kwiatków nie jest niszczeniem terenu i w niczym nie przeszkadza nawet przy zamiarze sprzedaży. Co innego zarabianie bez umowy na terenie wspólnym, zbudowanie na nim domu (przecież nie dla wszystkich), a co innego podniesienie jego estetyki – nawet dla ew. nabywcy. Więc bez obaw, nikt sadzących kwiatki nie przegoni. A jak przyszłoby mu to do głowy, będzie miał ze mną do czynienia ;)

    • Rzecz nie w zyskach czy stratach, tylko w tym, że trzeba mieć pozwolenie. Tak stanowi prawo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s