Nie jestem Boginią Domowego Ogniska

Różne gazety i gazetki do rąk moich trafiają z powodów rozmaitych. Dzisiaj coś zdecydowanie dla kobiet i jadąc autobusem odpuściłam czytanie książki na rzecz przejrzenia poszczególnych artykułów. Gdzieś pomiędzy przepisami na potrawy ze szparagów, wywiadem z Robertem Downey’em Juniorem i  tekstem o tym, jak wszystko zmienia się po pojawieniu dziecka, trafiłam na tekst zatytułowany „Domowe boginie”. Rzecz o kobietach niepracujących zawodowo, a pracujących w domu. Bo wiem, że praca w domu to ciężka robota, a nie wylegiwanie się przed telewizorem. Wiem to, bo to robię. Samo się nie upierze, nie ugotuje, nie pozmywa … Wiem to tak samo jak te kobiety. Tylko im jest chyba łatwiej. Może mają więcej niż jedno dziecko, ale nie mają kawałka tego, co mają inne kobiety – pracy poza tym domem. Nie muszą zastanawiać się, czy jak odprowadzą dziecko do przedszkola, a same pójdą do pracy, to dadzą potem rade ugotować obiad, żeby to dziecko miało co po przedszkolu zjeść, a nie czekało godzinami zagryzając głód płatkami kukurydzianymi.

A w artykule analiza ich problemów i niedogodności. Pochylanie się nad tym, że ten cały dom na ich głowach, bo mężczyzna pracuje, żeby na wszystko zarobić. Analiza ich dnia szczegółowego, w którym wszystko dokładnie poplanowane – kiedy wstajemy, kiedy dzieci samochodem po przedszkolach i szkołach rozwozimy, w jakiej kolejności zwozimy, kiedy obiad (chociaż niektóre mówią, że ten obiad to nie zawsze w domu jest), kiedy lekcje, kiedy spacer i czy jest jeszcze czas na własne przyjemności, czy już niekoniecznie.

A we mnie rodzi się poczucie niesprawiedliwości. Bo ja pracuje i to nie tylko dlatego, ze chce, że moja praco to moja pasja, że nie wyobrażam sobie bez niej życia, że mnie rozwija i poszerza moje horyzonty, ale też dlatego, że inaczej nie miałabym co do gara włożyć i nie miałabym czego ogarniać, bo domu bym nie miała, bo by mnie na niego stać nie było. Nie mam też ułatwienia w postaci mężczyzny partnerskiego, bo nie mam mężczyzny żadnego, tylko z córką tworzę pół rodziny (bo jak się dowiedziałam, pełna prawdziwa rodzina to tata, mama, syn i córką). Gdybym nie pracowała, to musiałabym żyć z alimentów, a z tego wyżyć we dwie sienie da. Ale nie zamierzam. Chcę pracować, potrafię. Tylko przez to nie sypiam długo, bo nie mam na sen czasu. Jak już wykonam wszystkie obowiązki domowe i obowiązki zawodowe, to czasem zostaje marnych 5 godzin, którymi musze się zadowolić.

I myślę sobie, że godząc tak wiele coś mi umyka, czegoś nie dopilnuję. Że moje dziecko nie jada tak zdrowo jak by mogło, gdyby mama miała czas na komponowanie idealnie zbilansowanych posiłków, że w mieszkaniu często bałagan przyprawiający o pąs wstydu Augiasza, że ubrań nie prasuję, bo nie mam na to czasu i energii, że wiele rzeczy cierpi, bo ja pracuję zawodowo oprócz tego domowego pracowania. I nie czuję się roszczeniowcem czy osobą wykorzystującą system, gdy kolejny raz pisząc podanie o przedszkole dla córki zaznaczam rubrykę „Rodzic samotnie wychowujący dziecko”, bo to ustawia mnie w kolejce do przedszkola na jej początku. Czy sprawiedliwe jest to, że rodzice oboje pracujący mogą nie otrzymać miejsca w przedszkolu, bo zajmę je ja? Nie wiem, w moim idealnym świecie każde dziecko w przedszkolu miejsce powinno mieć. Ale jeśli dwoje rodziców ma dziecko w domu, to przy rezygnacji jednego jest jeszcze zarabiające drugie. Jeśli z pracy zrezygnuję ja, to znowu wracamy do idei życia z alimentów mojej córki. I nie byłoby wtedy biednie, tylko nie byłoby wcale, bo może jeść byśmy miały co, ale spać już zdecydowanie nie. Godzę bycie matką z byciem pracownicą własnie dlatego, że jest przedszkole, że jest moja babcia, która mi także pomaga, że jest moja mama, która jednak pracuje, wiec opiekę nad moim dzieckiem może mi zaoferować jedynie w weekendy (ja wtedy pracuję, więc to jest realna pomoc), że czasem podrzucam dziecko ojcu, który przecież także jest rodzicem. Opanowuję logistycznie wielką korporację jaką jest rodzina, by opanować logistycznie wielkie wyzwanie jakim jest praca zawodowa w wolnym zawodzie z nienormowanym czasem pracy. I nie czuje się z tego powodu dzielna, lepsza, mądrzejsza niż kobiety, które siedzą w domu i zajmują się nim i rodziną. Ale chciałabym, żeby nie tylko one były wielbione jako te cudownie poświęcające się dla mężczyzn i potomstwa, naprawdę dbające o wychowanie dzieci i będące dobrem narodowym. BO ja o dziecko dbam również. I codziennie mam obiad na stole i czyste ubranie dla córki i siebie. Nie jestem Boginią Domowego Ogniska. Ale nie jestem też bezwartościową jednostką, która skupiając się na sobie nie widzi niczego i nikogo poza nią. I dopisany drobnym drukiem fragment do tego artykułu o tym, że czasem kobiety nie mogą siedzieć w domu, bo muszą zarabiać, bo wtedy też się jednak tym domem zajmują, mnie nie wystarczy na otarcie łez. Bo Matka Polka to nie tylko Bogini Domowego Ogniska. To także matka godząca prace zarobkową z domem, odbierająca przedszkolaka w biegu z pracy i gotująca zupę wieczorem, by rodzina w południe dnia następnego, gdy ona będzie jeszcze w pracy, obiad miała. To także Matka Wariatka, która potrafi biegać z dzieckiem do pracy, gdy nie ma co z nim zrobić, a pracować chce i lubi. Matka Mężatka i Matka Samotna. Każda, która wie jak to jest nie spać przez całą noc, bo wyciera sie dziecku nos i podaje syrop na kaszel. Która wie, ja kto jest brać dzień wolny, żeby zobaczyć zgraje przedszkolaków śpiewających śmieszne piosenki na jakiejś uroczystości. Która potrafi sama odmówić sobie przyjemności, by dziecko miało większą. Która każdy wyjazd planuje tak, żeby potomstwo nie ucierpiało, a skorzystało jak najpełniej. Która nie tracąc nic z siebie pozwala rozwijać się dziecku.

Dlatego nie godzę się na stawianie tez, że prawdziwie kochające kobiety i dbające o swoje rodziny to takie, które rezygnują z pracy, by pełniej zająć się domem i rodziną. Prawdziwie kochające kobiety to takie, które kochają prawdziwie. KROPKA.

Advertisements

27 thoughts on “Nie jestem Boginią Domowego Ogniska

  1. To prawda, że „Prawdziwie kochające kobiety to takie, które kochają prawdziwie”. Tylko o co tak naprawdę chodzi? Że wybór bycia gospodynią domową to nie jest bohaterstwo? Nie jest, to prawda. To tylko wybór. Ale Tobie do bohaterstwa chyba jeszcze dalej. To, że dzieckiem zajmuje się jego ojciec jest dość naturalne. Jak są pomagający dziadkowie, to sytuacja jest absolutnie komfortowa. Ale jeszcze pradziadkowie??? Cała rodzina wokół Ciebie i Twojej córki skacze, w którymś momencie pisałaś jeszcze o schronieniu pod skrzydłami (a raczej dachem) babci. Pozazdrościć. Niejedna „niepracująca” marzy o takim komforcie bytowym.

  2. KIedys po usłyszeniu, że jestem dzielna powiedziałam:
    Dzielne to są sanitariuszki na woje, ja jestem ambitna.
    Dlatego do bohaterstwa nie podchodzę w ogóle, nie zbliżam się i nie mam z nim nic wspólnego.

    „To, że dzieckiem zajmuje się jego ojciec jest dość naturalne.”
    Tu powinna być dłuuuga i wnikliwa polemika, lae ja ogranicze – mało znam ojców mieszkających z dziećmi, którzy zajmują sięnimi chociażby na równi z matkami. Nie twierdzę, że ich nie ma, ale jest ich mało. Ojcowie, którzy z dziećmi nie mieszkają zajmująsie nimi jeszczez mniej. U mnei sytuacja wygląda tak, że ojciec zajmuje sie dzieckiem raz na tydzień (kilka godzin) ewentualnie raz na dwa tygodnie (przez dobę).

    „Jak są pomagający dziadkowie, to sytuacja jest absolutnie komfortowa.”
    Tak, są. Znaczy moi rodzice pracują, wiec ich pomoc ogranicza sie do weekendów (podczas których ja pracuje, ale o tym za chwilę), biorą moje dziecko raz na jakiś czas do siebie np z soboty na niedzielę.

    „Ale jeszcze pradziadkowie??? ” pozwolę sobie połączyć z „pisałaś jeszcze o schronieniu pod skrzydłami (a raczej dachem) babci. ”
    Ano tak sięstało, że NIE STAĆ mnie na własne mieszkanie. Dlatego „schroniłam siępod dachem babci”. Mogłam iść też schronić się pod dachem rodziców (gdzie oficjalnie jestem zameldowana) albo isc do domu samotnej matki, bo jakos mieszkanie z dzieckiem pod mostem wydaje mi sie niewłąsciwe.
    No i mieszkam w luksusie 8 metrów kwadratowych z córką, polecam przeanalizowanie jak wygląda takie pomieszczenie po wstawieniu do niego dwóch łózek i szafy.

    I teraz o tej mojej pracy – pracuję w nienormowanym czasie pracy. Oznaczo to ni mniej ni wiecej tylko tyle, że pracuję 7 dni w tygodniu w godzinach wszelakich. Niestety nie ma przedszkoli, które umożliwiłyby mi posyłanie do nich dziecka wtedy, gdy ja jestem w pracy, a nie zawsze jestem w stanie zabrać dziecko do pracy ze sobą (np dzisiaj będę w pracy o 17:30 Z DZIECKIEM, bo akurat tak wyszło) i wtedy właśnie pojawia siepomoc PRABABCI.

    Tak wszyscy wokół mnie skaczą. Tylko dlatego, że w warunkach w których żyje i pracuje mam do wyboru albo prace zarobkowa albo zajmowanie sie dzieckiem. W perspektywie dwóch prac i tego, że moje dziecko przez rok uczęszczało na minimum programowe do przedszkola (5 godzin dziennie) i to ja je prowadzam i odbieram, jednocześnie nie rezygnując z żadnej z prac muszę przyznac, że to ich skakanie to jest prawdziwy luksus.
    A bez ironii – gdybym nie mieszkała z babcią miałabym gorzej, trudniej … i obawiam się, że moja praca w ogóle byłaby niemożliwa. Bo jak rozwiązać kwestię opieki nad dzieckiem w tygodniu (nie w weekend, gdy ewentualnie moja mama gotowa by była do pomocy) w godzinach 17-22?

    • „A bez ironii”? Wcześniej była ironia? Też miałam dziecko chodzące do przedszkola, pracowałam i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zaangażować moich również pracujących rodziców do opieki nad moim dzieckiem w weekend. Bo mieli prawo do odpoczynku po tygodniu pracy. Bo byli o pokolenie starsi ode mnie, więc i o pokolenie słabsi. Bo urodzenie dziecka było moim wyborem, więc i konsekwencje były moje.Nawet nie przyśniło mi się, żeby zaangażować do pomocy babcię – osobę o dwa pokolenia starszą i o tyle słabszą ode mnie. Nie mieszkałam u babci. Lubiłam ją odwiedzać, ale to był jej dom, po całym życiu zmagań miała prawo do spokoju. Zakładając własną rodzinę uczyniłam to z pełną odpowiedzialnością, bo dorosłym jest nie ten, kto ma 30 lat, tylko ten, kto jest samodzielny. Wolisz mieszkać na 8 m2 z córką, bo tak jest wygodnie – nie musisz troszczyć się o zapewnienie sobie i dziecku dachu nad głową i jeszcze masz pod ręką darmową opiekunkę do dziecka. W Twojej sytuacji – dorosłej 30-letniej kobiety z dzieckiem – jest wiele kobiet, znam takie. Kupują mieszkania na kredyt (również przy umowie – zlecenie jest to możliwe, gwarantuję), który będą spłacać przez następnych 30 lat, pracują, organizują życie swoje i swojego dziecka i to dopiero jest dojrzałość. Ty na razie bawisz się w dorosłe życie i masz do życia stosunek roszczeniowy.

      • Czyli jest akcja – mnie było trudno, Tobie powinno być trudniej.

        „Znaczy moi rodzice pracują, wiec ich pomoc ogranicza sie do weekendów (podczas których ja pracuje, ale o tym za chwilę)” NAWIAS jest również częscią tej wypowiedz.

        Proszę mi w takim razie wskazac przedszkole oferujące opiekę nad dzieckiem w weekendy w godzinach 12-21. Będe wdzieczna. Oczywiście w Łodzi, bo do innego miasta dowozić nie bede z przyczyn oczywistych (przynajmniej mam taką nadzieję)
        I powiem jeszcze, ze nie raz byłam z dzieckiem w pracy. Byłam z dzieckiem w pracy wielokrotnie. Czasem z dzieckiem i słoikiem z zupą, bo w międzyczasie wypadał jej obiad. Wtedy dopiero obie zaznawałysmy luksusów.

        Prosze tez wskazac mi bank, który udzieli mi kredytu mieszkaniowego przy pracy na umowe zlecenie, bede wdzieczna, to pewnie kilka moich problemów rozwiąże (zwłąszcza mieszkaniowych)

        I STOSUNEK roszczeniowy mi sie bardzo podoba. Sformułowanie znaczy. Jest przednie. Osoba pracująca i zarabiająca, która owszem utrzymałaby mieszkanie, ale na zakup stać ją średnio, bo nie ma odłożonych kilkudziesięciu tysięcy. Jeśli pani zakupiła swoje mieszkanie samodzielnie, to szczerze gratuluje, bo to w tym kraju niełatwa sprawa. Proszę mi zdradić sekret jak tego dokonać, przy standardowej pensji (nie najniższej, ale też brakuje mi do śreniej)

        • Ciekawa dyskusja się tu między Wami, drogie panie, stworzyła. Chyba rozumiem obie dyskutantki chociaż nie mogę zrozumieć jednej rzeczy u Klaudii. Chodzi o ten kredyt hipoteczny. Myśmy zdecydowali się na taki krok bo nie było wyjścia w sumie. Alternatywą byłoby mieszkanie właśnie u któryś rodziców, co w zasadzie nie wchodzi w grę. Mam własną działalność i też w każdej chwili mogę stracić kontrakty, które przynoszą mi kasę. Zawsze, powtarzam, ZAWSZE możesz stracić pracę. Nie zależnie od jej formy. Nic nie jest gwarantowane. Dla mnie decyzja o kredycie była decyzją bardzo trudną. Spać po nocach nie mogłem, ale tak na prawdę to nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Żeby zachować samodzielność, którą wypracowaliśmy przez lata, musieliśmy zaryzykować. W czym jest lepsze mieszkanie na 8m2 od domu na kredyt to nie wiem, szczerze. Bez ironii. Pracę możesz stracić w każdej chwili, bankom nie zależy na zabieraniu od razu mieszkania/domu. Chcą się dogadywać, bo co zrobią z takim domem/mieszkaniem? Nie sprzedadzą zbyt łatwo, a już na pewno nie za wymaganą cenę, więc lepiej odroczyć spłaty, rozłożyć na dłuższy czas itd. Tragedii nie ma, a dom/mieszkanie jest. Fakt, ja zarabiam na tyle dobrze, że mogliśmy sobie pozwolić na sporą ratę i duży kredyt, ale niepewność jest. Zaraz po otrzymaniu ostatniej transzy kredytu straciłem głównego zleceniodawcę. Nowego szukałem pół roku, kiedy to w zasadzie nie mieliśmy, żadnego dochodu. Takie życie. Oszczędności pomogły przetrwać.

          Nie krytykuję Twojego podejścia do życia bo nie jestem w Twojej skórze. Uważam jednak, że dzisiaj dorosła, w miarę ogarnięta osoba, jest w stanie na tyle sobie sprawy poukładać, żeby jednak kredyt na te 100 000 dostać. To nie jest kwota powalająca na kolana. Ile to będzie rata z tego na 30 lat? 800zł? Nie wiem, strzelam bo nie chce mi się liczyć ani szukać. To jest tylko kwestia priorytetów. Dla mnie zapewnienie sensownego dachu nad głową dla moich najbliższych było b. ważne i po prostu dążyłem do tego celu. Takie przyziemne, ale co zrobić, życie takie jest :) Dość przyziemne.

          Liczę, że kredyt spłacimy wcześniej niż za 29 lat :D A jak nie, to cóż, świat się przez to nie zawali. Ważne, że teraz mamy więcej niż 8m2 do wspólnego życia.

  3. Generalnie podziwiam kobiety godzące te wszystkie zadania o których piszesz. Moja żona nie pracuje i zajmuje się codziennie naszą córeczką i domem oczywiście. Żadnej babci, dziadka, prababci czy pradziadka w pobliżu nie mamy i powiem, że ilość sił potrzebnych do tego jest po prostu ogromna.

    Zaprotestować jednak bym chciał przeciwko zdaniu:
    „Ale jeśli dwoje rodziców ma dziecko w domu, to przy rezygnacji jednego jest jeszcze zarabiające drugie.”
    Często jest tak, że oni oboje mają mniej niż na przykład Ty sama i utrata jednej części pensji w zasadzie czyni ich biedakami. Takie generalizowanie jest nie fair.

    • Ale przyznasz chyba, że jak ktokolwiek pracuje, to jest lepiej, niż jak nie pracuje nikt. Dwoje rodziców umożliwia jeszcze jakikolwiek podział. Jeden rodzic uniemożliwia jakąkolwiek elastyczność w tym zakresie.
      A o wysokości pensji w tym kraju to moze nie w tym miejscu, bo często z jednej pensji to nikt nie jest w stanie wyżyć :/

  4. No właśnie podałem Ci przykład, że nie zawsze dwie pensje oznaczają, że można sobie pozwolić na utratę jednej z nich. Poruszyłaś ten temat, więc się zwyczajnie do niego odniosłem. U mnie jest w sumie podobnie jak u Ciebie jeśli chodzi o pensje. Tylko ja pracuję. Strata tej pensji w zasadzie sprawia, że mamy ogromny problem. Kredyt hipoteczny, opłaty licznikowe itd. …

    • Ale rozumiem, że Ty pracujesz a matka dziecka jest z dzieckiem w domu.
      I to jest podział, o którym ja mówie.
      Ja wiem, ze ludzie zarabiają mało, ale nadal jedna mała pensja jest więcej niżbrak jakiegokolwiek dochodu. I o tej sytuacji odniosłam się w perspektywie preferencyjnego traktowania rodziców samotnych w chwili przyjmowania dziecka do żłobka czy przedszkola.
      A zarówna kwestia tego, że ludzie zarabiają 1200 zł, co byłoby śmieszne, gdyby nie było straszne, jak i kwestia listy 18 dzieci NIE PRZYJĘTYCH nigdzie, która wisi w przedszkolu mojego dziecka – to juz trochę inna rozmawa i wcale niemniej wazna.

  5. Oczywiście, że rodzic samotnie wychowujący powinien mieć ułatwienia, tylko teraz pytanie czy na przykład ułatwienia, których koszt przerzucony jest na rodziny, gdzie są oboje rodziców jest ok? To jest trudne bo obie strony mają mocne argumenty za swoimi racjami.

    • JA sięciesze, że moje dziecko dostało sie do przedszkola, ale martwie sie tą 18, bo widzac liste mojapierwszą myślą było „I co oni mają zrobić teraz? Zrezygnować z pracy czy wynając opiekunkę oddając jej jedną pensję?”
      Nie jestem całkiem pozbawiona empatii, mozesz mi wierzyć.
      Koszty powinno ponosić państwo, które zbiera od nas w tym celu podatki. Ale jakoś nie widzę, żeby budowano przedszkola i zwiększano w nich liczbę miejsc dla dzieci, które podobna mają sie rodzić, bo ujemny przyrost naturalny … bla bla bla
      Wczoraj byłam na wykładzie, na którym podano informacje, że w jakimś okresie w PRL-u liczba przedszkoli zwiększała sie o 25% rocznie.
      I tak sie rozmarzyłam …

  6. Po pierwsze – nie napisałam, że mnie było trudno. Wcale tak tego nie czułam. Więc żadnej akcji tu nie ma.
    Ja znalazłam taką pracę, która nie kolidowała z opieką nad dzieckiem. Czasem trzeba dokonać wyboru. W kwestii finansowej również. Czy to spowodowało zaprzestanie rozwoju własnego? Nie, choć czasu dla siebie rzeczywiście miałam niewiele. Ty masz go sporo – tu pobiegniesz na manifestację, tam obejrzysz głupawy serial w telewizji albo kilka równie interesujących programów, gdzieś jeszcze zaangażujesz siły własne… Wszystko to oprócz pracy zawodowej, wychowania dziecka i istotnych działań, zmierzających do jakiegoś celu.
    Nie odniosłaś się jeszcze do pomocy babci.
    Żeby kupić w Łodzi kawalerkę (zawsze to własna kuchnia, łazienka i pokój przynajmniej dwukrotnie większy od dotychczasowego) wystarczy 100.000 złotych. Rynek mieszkaniowy łódzki jest akurat dość tani. Żeby dostać kredyt w takiej wysokości, trzeba mieć dochody na poziomie 2.200 złotych miesięcznie (wliczając w to samotne wychowanie dziecka), również przy umowie – zlecenie. Odpowiednio przy mieszkaniu 2-pokojowym za 150.000, dochody 2.600. I nie potrzeba odłożonych kilkudziesięciu tysięcy. Czy mogę wskazać bank? Mogę, kilka. Ale może wolisz narzekać? A może tak jest po prostu wygodniej? Może u tej babci nie tylko dach nad głową i opieka dla dziecka, ale jeszcze wikt i opierunek? Obiad ugotuje, posprząta i wypierze?

    • Dobra zrobie to, chociaż w sumei nie powinnam, ale niech będzie.
      Częśc pracy wykonuje w domu i tak czesto wykonując ją na komputerze mam włączony telewizor, wiec przy okazji oglądam coś. POdzielnośćuwagi o której juz kiedys było.

      Pobiegnięcie na manifestację nie jest czymś bezwartościowym, bo mam poczucie bycia uczestnikiem społeczeństwa, ale w ramach wyjaśniania powiem jesczze , że przynajmniej na początku tej manifestacji byłam zawodowo, wiec w sumei i tak bym tam była, a że zostałąm do końca wynikało z mojego poczucia, że lepiej coś robić niznie robić nic.

      Jak mam się donieść do pomocy babci? Znowu powołać się na elastyczność czasu pracy mojego i brak elastyczności czasu pracy przedszkoli?
      Wczoraj byłam w pracy w godzinach 17-19 np i co ?
      Ja u babci nie siedzę darmo, bo dzielimy się rachunkami. Mnie jest łatwiej owszem, ale moze babci tez? Moze też po ludzku, bo ma z kim porozmawiać, nie czuje się niepotrzebna na starośc, bo coś robi? JA tej babci mojego dziecka nie zostawiam na 8 godzin dziennie w końcu, tylko na 2 np.

      100 000 zł to moich ponad 60 pensji.
      Kredyt zabrałby mi 1/3 mojej pesji, a z reszty nie dałoby się utrzymać mieszkania i dziecka. A ja nie mam drugiej pensji, która by mnie wsparła. No i musze sie liczyc z tym, ze przy umowie zleceniu moge stracic prace z dnia na dzien i wtedy co ?

      Podziwiam ludzi z kredytem na 30 lat, bo nie wiem, czy nei stanie mi sie cos za 5 lat i wtedy wszystko, co przez tych 5 lat wpłaciłam przepada, bank zabiera mieszkanie, a moje dziecko zdane na łąske i niełaske państwa?

      Jeśli pani ma taki kredyt to gratuluje odwagi. Jeśli mieszkanie na własnośc juz – to gratuluje zarobków. Mnie na taki luksus nie stać.

    • Gotuje sama, piore sama, zmywam sama – zeby byłą jasność
      Siebie i dziecko utrzymuje SAMA
      Tu nie ma co się rzucać, bo nie jestem nastolatką na wikcie mamusi.
      Równie dobrze mogłabym powiedzieć, że kobieta która mieszka z mężem nie robi nic, bo robi on. Fakt, ze sie z kimś mieszka nie oznacza uwieszania sie na nim. Przynajmenij w moim przypadku. Dlaczego zatem pani ma taka wizję?

      • „Jak mam się donieść do pomocy babci? Znowu powołać się na elastyczność czasu pracy mojego i brak elastyczności czasu pracy przedszkoli?” I to ma być wytłumaczenie??? No, jak uczennica gimnazjum, a nie dorosła kobieta.
        „ że zostałąm do końca wynikało z mojego poczucia, że lepiej coś robić niznie robić nic.” Może jakaś praca zarobkowa? Dodatkowa albo inna niż obecna – lepiej płatna? Dla dziecka, żeby miało więcej niż pół metra kwadratowego? Bo chyba tyle jej zostaje z tych 8 po odjęciu powierzchni łóżek, szaf i innych mebli.
        „No i musze sie liczyc z tym, ze przy umowie zleceniu moge stracic prace z dnia na dzien i wtedy co ?
        Podziwiam ludzi z kredytem na 30 lat, bo nie wiem, czy nei stanie mi sie cos za 5 lat”. Znaleźć nową pracę. Wziąć odpowiedzialność za własne życie. I zwłaszcza za życie powołane. Na tym polega dorosłość.
        Po wszystkim, co napisałaś powyżej nawet się nie spodziewam, że zrozumiesz. Zawsze masz rację, Twoje poglądy są jedynie słuszne, Twoje potrzeby jedynie ważne. I najlepiej, żeby ktoś to zapewnił, nie Ty sama. Jak zbyt mało zarabiasz, to z pewnością jest wina systemu. Do tego zupełny brak tolerancji dla poglądów innych niż Twoje. Jak ktoś komentuje nieprzychylnie, to naturalnie nie może mieć racji, bo albo nie jest w stanie zrozumieć Twoich argumentów, albo z gruntu nie zrozumiał tekstu i idei w nim zawartych. Kontrargumentujesz w taki sposób, że w którymś momencie sama zaplątujesz się w swoich wypowiedziach. Oczywiście mogę podać przykłady, ale one są w niemal każdym z Twoich postów. Pomyśl o tym. Nie znam Cię, więc nie mam innego powodu niż posty, żeby wysnuć takie wnioski. Zawsze można dorosnąć. Zawsze można zmienić zdanie, jeśli czyjś argument jest przekonujący – w końcu człowiek nie osioł. Można zmienić pracę, można też zawód, jeśli dotychczasowy z pewnych powodów nie jest tym, na którym można budować przyszłość. Nawet, jeśli jest to naszą pasją. Pasje też możemy mieć i rozwijać je, ale niekoniecznie muszą stać się zawodem wykonywanym. Chyba, że jedno z drugim można połączyć – wtedy znajdujemy się w sytuacji komfortowej. Ale nie zawsze tak jest i zaakceptowanie tego też jest elementem dorosłości.

        • Aż mnie zastanawia, jaka Ty masz idealną pracę, jak doskonale sie w niej spełniasz, jak dużo zarabiasz i jak sobie radzisz sama bez pomocy nikogo innego, ile masz potem czasu na dodatkowa prace i takie tam. no ale tego nigdy się nie dowiem, bo to na moim blogu jesteśmy, a Twojego nie ma, więc mozesz być cudownie anonimowa.

  7. Zawsze możesz zapytać. Nie ma idealnej pracy, za to są kompromisy. Pracuję dość dużo, ale nie umieram z przemeczęnia. Zarabiam normalne pieniądze na normalne życie bez problemów egzystencjalnych, nie jestem bogaczem, ale nie mam poczucia, że potrzebuję dużo więcej. Radzę sobie rzeczywiście zupełnie bez niczyjej pomocy. Mam wsparcie w rodzinie i wśród przyjaciół, ale to wsparcie duchowe, a nie rzeczowe. Nie mam prac dodatkowych, bo ta jedna wypełnia mój czas, który przeznaczam na pracę i zaspokaja moje potrzeby. Pozostały czas jest dla mnie. Wypracowałam to latami.

    • Pracuje dość dużo – pojęcie względne
      Zarabiam normalnie – pojęcie bardzo względne
      Radzę sobie bez niczyjej pomocy – wydaje mi sieto niemożliwe zwłaszcza jeśli naprawdę masz dziecko.dzieci. Jeśli pracujesz to musisz mieć pomoc chociażby przedszkola i jeśli udaje ci sie pracowac w takich godzinach jak działą przedszkole, to masz wiele szczęscia, którego większość w tym kraju nie ma.
      POZOSTAŁY CZAS JEST DLA MNIE – super rzecz chyba, bo ja czasem mają prace dodatkowe mam 5 godzin na sen, a jak mam troche wiecej czasu, to jeszcze aktywności społeczne podejmuje, no ale juz nie bede o tym pisać, bo niby po co?

      • Moje dziecko już dość dawno temu wyszło z przedszkola, ale w tamtym czasie też nie miałam cioć, babć i prababć do pomocy. To jest możliwe.

  8. Pracuję czasem 3 a czasem 10 godzin w ciągu dnia. W domu również, na przykład teraz – odpowiedzi na Twoim blogu są „przerywnikiem” w pracy. Zarabianie normalne oznacza, że człowiek ma tyle, ile potrzebuje do życia. Jeden potrzebuje mniej, drugi więcej – wyłączając ubóstwo i nadmierną ekstrawagancję. Zeznania dochodów raczej sie nie spodziewaj.

    • Ale rozumiem, że dawałaś sobie rade z odebraniem dziecka do godziny 16 z przedszkola sama, bo tak miałaś prace ustaloną. Świetnie, bo teraz coraz mniej takich prac jest.
      A moja mama pracowała na przykład do godziny 18 w PRLu i albo odbierał mnie tata, albo moja babcia, bo jakoś panie przedszkolanki nie chciały do 19 zostać i czekać na nią.

      • Nie zawsze zdążałam. Wtedy płaciłam jednej pani za odebranie dziecka, zaprowadzenie do domu i zaczekanie do mojego powrotu. 2 razy w tygodniu to było, bo nie o godziny pracy przedszkola chodziło, tylko o to, żebym mogła jak najwięcej czasu spędzić z dzieckiem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s