Festiwal cierpliwości

Z przyczyn niezależnych ode mnie miałam na Festiwal Dobrego Smaku jeden dzień. Niektóre z tych przyczyn były też niezależne od samego festiwalu, jak to w przypadku urodzin mojego brata ma miejsce, gdyż nikt z ekipy festiwalowej nie brał udziału w przyjściu mojego brata na świat akurat 9 czerwca i ja musze zmagać się z faktem, że urodziny obchodzi sie akurat wtedy, gdy przypadają, niezależnie od funkcjonowania przy okazji jakiegoś festiwalu. Jednak już nawarstwienie się festiwali, jakie ma miejsce w tym tygodniu, jest trochę od organizatorów zależne. Impact Fest, który wydarzył się w Warszawie, jakoś im wybaczam, bo to mój wybór, że tam jechałam i spędziłam tam dwa dni wracając w czwartek ledwo żywa. Ale w Łodzi akurat w czwartek rozpoczęły się dwa festiwale i jednym był Festiwal Dobrego Smaku, a Drugim Fotofestiwal i nijak pogodzić tego nie umiałam.

Dlatego uznałam, że sobota , wolna akurat od pracy, będzie doskonałym dniem, żeby sprawdzić ten smak festiwalowy i przetestować restauracje i kawiarnie biorące w wydarzeniu udział.

Nauczona facebookowym doświadczeniem ostatnich dni rozpoczęłam przygodę dość wcześnie, bo w pierwszej restauracji pojawiłam się już po 13. Miało to też znaczenie dla rozkładu dnia mojego dziecka, z którym po wszystkim lokalach biegałam, a które zwyczajowy obiad jada około 13 i wtedy też postanowiłam jej jakieś jedzenie dostarczyć.

Niemniejszy wpływ na godzinę miał fakt, że Tari Bari, które poszło na pierwszy ogień od początku festiwalu informuje klientów, że posiada jedynie 100 porcji dania festiwalowego każdego dnia, więcej nie wydaje, bo nie da rady. Oczywiście z tego tytułu obrywa codziennie, bo nie wypada, żeby nie mieć, bo trzeba mieć, bo to wstyd brać udział a nie zarżnąć się dla klientów… tu przypomina mi się moja niedawna rozmowa tablicowa z pewnym dziennikarzem o tym (wrażenia z niej opisywałam tu:https://przerwanakawe.wordpress.com/2013/05/08/nasz-klient-nasz-pan/ ), czego klient ma prawo wymagać i nadal będę twierdzić, że trochę empatii by ludziom nie zaszkodziło, a nawet mogłoby im pomóc. Nie tylko w sytuacjach restauracyjnych, ale także życiowych.

Ratatuj w Tari Bari podane było przede wszystkim szybko. Zdecydowanie byłą to najszybsza obsługa ze wszystkich, których doświadczyłam. Pewnie znaczenie miał fakt, że jako bistro Tari Bari przerzuca na klienta decyzyjność o momencie zamówienia przy barze i nie trzeba czekać na kelnera czy kelnerkę przy stoliku, co czasem trwa równie długo jak później oczekiwanie na potrawę. Ratatuj jak to ratatuj, warzywa dobre, tylko niestety nie były jakoś szczególnie ciepłe i jako przystawkę niby ok, ale jako danie wolałabym coś o temperaturze wyższej. Trochę mnie to rozczarowało, bo moja słabość do Tari Bari jest znana, nie raz umierałam tam z przejedzenia a i tak nie mogłam przestać jeść i uznawałam, że ewentualna śmierć z tego powodu byłaby piękna. Mam tam swoich faworytów jedzeniowych, ale ciągle próbuje tego, co proponują z nowości i do tej pory może raz nie byłam jakoś szczególnie zadowolona. Przeważnie jeśli nie mam orgazmu gębowego (określenie pożyczone), to przynajmniej jestem bardzo usatysfakcjonowana.

Kolejnym miejscem na kulinarnej mapie był Piotrkowska Klub Zieliński i Syn, gdyż to miejsce z uwagi na swój wyjątkowy ogródek od dawna fascynuje moje dziecko i obiecałam, ze kiedyś tam pójdziemy. Poszłyśmy. Nawet miałyśmy od razu stolik, przy którym zajęłyśmy miejsce w oczekiwaniu na kelnera. Nie pojawił się natychmiast, ale jednak nie spędziłyśmy tak wielu godzin w oczekiwaniu, a na danie też nie musiałyśmy czekać zbyt długo, dlatego uznaję, że obsługa w tym miejscu jest sprawna. Samo danie było smaczne. Tym razem Ratatouille avec du poulet miało zdecydowanie wysoką temperaturę, placki ziemniaczane podawane do niego były i miękkie, i chrupiące, a moje dziecko najbardziej ucieszyło się na widok dwóch kawałków mięsa wieńczących dzieło. Jak stwierdziła moja córka, jest ona „mięsowym żarłokiem” dlatego dane mi było jedynie uszczknąć odrobinę z tej części potrawy, bo latorośli pochłonęła resztę z radością. Interesuje mnie natomiast adnotacja „WEGE” przy tym daniu, no ale pewnie dlatego, ze mięso można zwyczajnie z dania zdjąć i zapomnieć o jego istnieniu.

Kolejna była Pozytywka, która kusiła lasagnią i to jeszcze z przydomkiem „Garfielda”, co sugerowało ucztę nie lada. Wolny stolik przywitał mnie już przy drzwiach, zasiadłam przy nim i … to by było na tyle. Okazało się, że bezpośrednie sąsiedztwo ze stanowiskiem kelnerek niczego nie gwarantuje, bo zauważono nas dopiero po 10 minutach (przekleństwo zegara umieszczonego przede mną objawiło się w tym wypadku w całej okazałości). Na szczęście nie potrzebowałam karty, wiedziałam co chcę zjeść, zamówiłam i … nadal nic. Na danie czekałam 30 minut i nawet by mnie to nie poruszyło, gdyby nie fakt, że zaczęto tę lasagnię podawac osobom, które pojawiły się w przybytku po mnie. Dopiero interwencja u kelnerek sprawiła, że danie na moim stole pojawiło się w ciągu 2 minut. Podejrzewam, że kelnerki zwyczajnie o mnie zapomniały, bo byłam upchnięta przecież w kąt i nie przechodziły obok mnie 80 razy w tym czasie. Ale teraz będzie już przyjemniej – to co zjadłam w Pozytywce było najlepsze z dzisiejszych dań. Mogę nawet uznać, że warto było tych 40 w sumie minut czekać. Chociaż mam nadzieję, że przy następnej wizycie nie będę musiała się domagać zainteresowania ze strony personelu, bo mnie było głupio się czepiać a obsługującej mnie kelnerce było potem głupio przepraszać mnie chyba 4 razy. Nie wyszłam niezadowolona, więc chwała kucharzom za to.

Powróciłam do OFF Piotrkowska w okolicy godziny 17, gdyż wtedy właśnie odbył się wernisaż wystawy w ramach Fotofestiwalu. W Drukarni Składzie Chleba i Wina prezentowano prace Marty Rożej wykonane w ramach projektu Promised Łódź. Tutaj od razu powiem, że widziałam zdjęcia wcześniej na jednej z wystaw i ponowne z nimi zetknięcie tylko pogłębiło moje wrażenia na ten temat – z uwagi na zdjęcia warto do tego przybytku zajrzeć. Ale tylko dlatego. W ramach Festiwalu Dobrego Smaku nie jest dobrze. Znaczy właściwie nie wiem jak jest, bo o godzinie 17 dania festiwalowego nie było, chociaż wydawano je od 14, czyli widocznie było duże zainteresowanie i zniknęło w mgnieniu oka. Zmęczona już całym tym bieganiem postanowiłam niejako przy okazji zjeść burgera, bo jeszcze tam nie jadłam, a byłam ciekawa. Czekałam na niego godzinę. Może i nie byłoby to strasznie uciążliwe, ale byłam tam z dzieckiem, które niemalże zaczęło chodzić po ścianach. Ja rozumiem, że oni najpierw odpowiednie zwierzęta ubijają na zapleczu, bo niemożliwością jest, żeby tyle to trwało bez tego elementu całego procesu. No i jakość mnie nie powaliła na łopatki, więc raczej nie wrócę. Chociaż może to wynikało z działań około festiwalowych, że z jakości innych dań spuszczają, ale przecież tych festiwalowych dań już też nie było… sama nie wiem.

Oprócz tego zajrzałam do Pani Cupcakes, gdzie moje dziecko uraczone zostało „Cupcake Sernikowym Brownie w wiśniowym dressingu”, co mnie nie kusiło, bo za wiśniowymi dodatkami nie przepadam, ale osobniczka płci żeńskiej w wieku lat 4 zjadła ze smakiem. Ja ze smakiem wypiłam zestawową kawę. Wszystko podane natychmiast i w sumie dobrej jakości, ale nie powala, więc nie ma o czym mówić.

W Foto Cafe 102 w kolejce po malinowe tiramisu spędziłam kilkadziesiąt minut i … musiałam miejsce opuścić niepocieszona i nienakarmiona, bo czas przeznaczony na ten lokal mi się skończył (wernisaż o 17 był tego powodem)

Przez przypadek udało mi się też wcześniej zjeść w Zaraz Wracam jedno z tres gazpachos. Przypadło mi w udziale to, które nie zalicza się do kategorii „WEGE” czyli Porra Antequerana i nie zachwyciło mnie. Miałam wrażenie, że powinno to być albo mniej tłuste albo cieplejsze, no ale gaz pacho to raczej nie ciepłe, wiec pewnie mniej tłuste … i w takim stanie niezdecydowania nie dojadłam, chociaż wielkie nie było. Co mojej miłości do tego miejsca nie zaburzy, bo nadal będę wielbić tamtejsze tarty i sałatę z sosem miodowo-musztardowym, który jest najlepszy w Łodzi (przynajmniej z tych, które jadłam).

W podsumowaniu mogę stwierdzić, że nadal będę na mieście jadać, że wrócę do odwiedzonych miejsc, bo w niefestiwalowym klimacie funkcjonują trochę inaczej i dopiero wtedy widać ich prawdziwy potencjał. Ale niektóre z nich będę obserwować bardziej a inne mniej przychylnym okiem.
A ten festiwal był dla mnie i mojego dziecka przede wszystkim momentem rozwinięcia cierpliwości i doprowadzenia jej do perfekcji, bo zdecydowanie więcej czekałyśmy niż konsumowałyśmy.
Uff…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s