Hipokryzji mówię całą sobą: NIE

Chodzę sobie po świecie i zaciekawia mnie on coraz bardziej. Najbardziej zaciekawiają mnie ludzie, którzy zdają się występować w jakimś wiecznym serialu, w którym ktoś pisze im wygłaszane dialogi, a oni nijak nie mają na to wpływu. Scenarzysta raz każe im być taką, a raz inną postacią. Nie mają z tym problemu jako doskonali aktorzy i odnajdują się w każdej z ról z wielkim zapałem. Jakby sami byli wypranymi szmatkami, bez myślącego mózgu, bez własnych opinii czy poglądów. Mówią to, czego wymaga sytuacja i zupełnie nie odnoszą się do tego, co mówili dzień wcześniej w innej sytuacji, która najwyraźniej wymagała czegoś zgoła odmiennego.

Zastanawiając się nad tym i próbując postawić się na ich miejscu, doszłam do wniosku, że jestem chyba fizycznie niezdolna do hipokryzji. Nie wiem, może to wynik uszkodzenia mózgu lub niewykształcenia w nim jakiejś części, która pozwala mówić jedno i robić coś innego, albo w różnych  środowiskach i przy różnych okazjach mówić zupełnie coś innego … Ja nie potrafię. Może jest to też wynik lenistwa mentalnego jak w przypadku kłamstwa. Kłamać potrafię, bo sprawdziłam i doskonale mi to wychodzi. Jednak pod warunkiem, że jest to głupota, pierdoła, sprawa nieważna i jednorazowa. Na dłuższą metę kłamać nie tyle nie umiem, co nie chcę. To niewiarygodnie komplikuje życie i trzeba ciągle pamiętać komu co się nakłamało, a w dodatku wypadałoby dopilnować, by ludzie znający różne wersje jakiejś „prawdy” nigdy się nie spotkali … nie, zdecydowanie to nie dla mnie, codzienne życie generuje mi tyle atrakcji i sytuacji do zorganizowania i zaplanowania, że nie potrzebuję dodatkowych szarad.

I przez to staję przed światem zupełnie niezdolna do uczestniczenia w nim. Swoje poglądy i opinie traktuję bardzo poważnie i cokolwiek mówię i robię, mówię i robię w zgodzie z nimi. Oczywiście, że czasem sie mylę, popełniam błędy, ale ja je sama popełniam, a nie ktoś za mnie w moim imieniu. Są moje własne. Mogę z nich wyciągać wnioski i nie popełnia ich więcej, a mogę w totalnej głupocie popełniać je nadal. Zwłaszcza jeśli dotyczą emocji, bo jakoś w tym przypadku zdrowy rozsądek lubi sobie spać snem sprawiedliwym.  Oczywiście czasem zmieniam poglądy, dojrzewam do czegoś, cos analizuje i mi się nijak nie zgadza, więc zaczynam to rozpatrywać od innej strony. Ale wtedy nie udaję, że jest inaczej.

Przykład? W dzieciństwie chodziłam do kościoła. Czytałam biblie, uczyłam sie katechizmu. Robiłam to z dużo większym zaangażowaniem niż moi rówieśnicy. Niestety wypadałoby powiedzieć dzisiaj, bo jeśli ktoś sam czyta i szuka, dowiaduje się i analizuje, to może dochodzić do własnych, często niewygodnych wniosków. Moje pojawiły się, gdy miałam jakieś 12 lat. Wtedy zaczęłam zadawać trudne pytania. Odpowiedzi uzyskiwałam różne od różnych ludzi (księży, zakonnic, katechetów i katechetek, bo do nich z tymi pytaniami sie udawałam, nie mając w okolicy teologów i innych uczonych w piśmie). Ci, którzy odpowiadali z automatu i nie starali się żadnej wiedzy w tym zawrzenie przybliżali mnie do poznania, ale jednocześnie tracili mój szacunek i do nich po kolejne odpowiedzi nie przychodziłam.  Byli też tacy, którzy mój szacunek zyskiwali, wykazywali sie otwartością umysłu, chęcią dyskusji i umożliwieniem zrozumienia. Dzięki nim doszłam do punktu, w którym religia katolicka stała się dla mnie kłamliwym zbiorem wygodnych dla prominentów kościelnych opinii i wytycznych, których narzucając wiernym nijak sami nie zamierzają przestrzegać. Odkryłam hipokryzję, na którą jestem uczulona. Zrodził się we mnie bunt, bo siedziała i siedzi we mnie potrzeba sprawiedliwości społecznej, której tam nie znalazłam. Tak oto moje czytanie biblii i katechizmu się zakończyło wraz z odwiedzaniem kościoła. Chociaż nadal architektura sakralna mnie fascynuje i kościoły oglądam, ale w nabożeństwach nie uczestniczę.

Komuś takiemu jak ja nie jest dzisiaj łatwo. Wokół wielu kombinatorów, którzy patrzą jak wyrwać kawałek dla siebie, jak zabrać bliźniemu, by samemu się wzbogacić. Chciałam się tego nauczyć ,żeby przetrwać. Dostrzegałam tę prawidłowość świata i życia, więc uznałam, że muszę zdobyć takie umiejętności, bo inaczej zostanę zniszczona. Niestety jestem niezdolna. Fizycznie, psychicznie, mentalnie, emocjonalnie… Nie potrafię oszukiwać siebie, że jest w porządku coś, co w porządku nijak nie jest. Jak widzę zło, to nazywam je po imieniu Jeśli dostanie mi się rykoszetem, to widocznie zło było zbyt wielkie i potrzeba więcej osób takich jak ja, żeby je pokonać, a nie więcej osób, które staną po stronie zła, by je wspierać.  Tak samo nazywam po imieniu głupotę, nieprawidłowość, bezduszność i hipokryzję. Bo trzeba, bo wiem, że inaczej ten świat całkiem zdziczeje i zaczniemy sie rozszarpywać na strzępy niczym dzikie zwierzęta. Nie zamierzam tego tłumaczyć samej sobie i wyjaśniać, że widocznie tak trzeba, że ci ludzie musza chodzić na kompromisy, żeby osiągnąć wyższe, lepsze cele. Jeśli tak jest, to niech o tym mówią, niech mówią, że w drodze do lepszego społeczeństwa trzeba jakąś część tego społeczeństwa poświęcić. Proszę bardzo, wtedy można z czystym sumieniem oceniać ich postępowanie.  Ale niech nie udają zbawców narodów, jeśli jednocześnie w te narody uderzają.

Jasność i klarowność poglądów i działań zawsze dobrze robi kontaktom międzyludzkim. Zagrywki, aluzje i niewyjaśnione sytuacje, kombinatoryka stosowana w kontaktach międzyludzkich i zagarnianie pod siebie z pieśnią społeczną na ustach nie poprawia niczego. Szczerość wszystko ułatwia, chociaż sama w sobie nijak łatwa nie jest.

Reklamy

One thought on “Hipokryzji mówię całą sobą: NIE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s