Mój list

W obliczu coraz większej ilości artykułów odnoszących się to tzw. „umów śmieciowych”, oskarżających tych, którzy są za nie odpowiedzialni, ale także wskazujących tych, którzy na więcej nie zasługują. W obliczu tonami przysyłanymi do różnych redakcji listów, w których każdy pragnie opisać własne doświadczenie, najczęściej jasno określające kto i na co może liczyć i dlaczego spychani na umowę o dzieło sami sobie są winni, bo się nie starają, nie są wartościowi i nie potrafią zadbać o swoje. W obliczu tego wszystkiego i ja postanowiłam list napisać. Sama do siebie, chociaż możliwości poczty elektronicznej, bezpłatnej i gwarantującej dostarczenie listu do adresata, mogłabym wysyłać to do redakcji wszelakich, które na pewno by to opublikowały, bo przecież sezon ogórkowy rządzi sie swoimi prawami, a temat chwytliwy jak żaden inny w ostatnim czasie. Ale ja sama sobie i do siebie to napiszę, sama sobie przeczytam i opublikuję. Bo potrafię. Bo nie musze liczy cna kogoś, kto za mnie to zrobić. Bo takie czasy, że jak sam się swoim losem nie zainteresujesz, to nie masz co liczyć, że zainteresuje się nim ktoś inny. I nie masz tego prawa wymagać.

Ja się sobą zainteresowałam od najmłodszych lat. Wybrałam sobie szkołę z aspiracjami a nie jakąś zwykła podstawówkę. Musiałam dojeżdżać, ale co tam, liczy się przyszłość i inwestowanie w nią. Dlatego codzienna jazda przez pół miasta była moją inwestycją i nie postrzegałam jej jako wyrzeczenie. Zresztą był to jedynie wstęp do prawdziwego życia i nie było powodu do narzekania, bo przecież ciągle jeszcze byłam dzieckiem i miałam dzieciństwo, a brak zabaw w piaskownicy czy na huśtawkach niczego tu nie zmienia. Takie życie, że coś za coś i skoro wybrałam szkołę specjalistyczną, to musiałam sie liczyć z konsekwencjami takiej decyzji.

Po 6 klasie było jeszcze ciekawiej, bo nareszcie zaczęło się prawdziwe działanie. 6 dni w tygodniu mogłam robić to, co lubiłam, a nawet kochałam. Zajęcia od 8 do 17 rozwijały mnie na wielu płaszczyznach i pozwalały mi poznać świat i ludzi, doświadczać tego, czego nigdy nie doświadczyłabym w tradycyjnym systemie edukacji. To wtedy nauczyłam się, że nie ma czegoś takiego jak weekend i nie potrzeba go wcale, bo wystarczy jeden wolny dzień na regeneracje sił jeśli robi się to, co sie uwielbia. Zwyczajnie wtedy praca nie męczy i można ja wykonywać w trybie ciągłym, co robię do dziś.

Acha, bo jest jakieś dziś. Ja nie rozumiem tego szumu wokół umowy o pracę, która zmusza ludzi do odsiadywania w jednym miejscu durnych dupogodzin, które niczego nie dają i nikomu do niczego nie są potrzebne. Poza tym siedzenie w jednym miejscu jest nudne i świadomy pracownik nie potrzebuje takich regulacji, żeby wiedział co i kiedy ma robić. Umowa zlecenie daje dużo większe pole do popisu. Nie trzeba siedzieć w określonym miejscu, nie trzeba niczym w pierwszej klasie podstawówki wykonywać poleceń nauczycielki, w tym wypadku pracodawcy, który odtąd dotąd wyznacza nam co mamy robić. Przy zleceniu mamy określone jakieś zadanie i możemy je sobie wykonać jak sobie chcemy. Jak  ktoś jest sprawny i zdolny, to zrobi je szybko i  później będzie miał wolne, a kasę i tak dostanie. W dodatku prawdziwie obrotni nie ograniczają się do jednej umowy, tylko zdobywają ich więcej, dzięki czemu maja więcej pieniędzy. A wcale nie spędza jaw pracy więcej czasu niż tacy na umowie o pracę. Wręcz przeciwnie. Nie marnują oni czasu na niepotrzebne klikanie w komputer czy kolejne przeglądanie papierów, które tego przeglądania nie wymagają. W czasie tych 8 godzin potrafią wykonywać 3 zlecenia jednocześnie, czyli pracują trzy razy bardziej wydajnie niż taki zwykły pracownik. To jasno pokazuje ile czasu marnują pracujący na umowie o prace i jakie to niepotrzebne. To generuje pracodawcy zbędne koszty, których nijak nie da się potem rozliczyć i trzeba wpisać je w straty.  Pracujący na umowie zleceniu nie generuje takich kosztów, dlatego z przyczyn oczywistych jest bardziej pożądany, co znowu skutkuje tym, że więcej pracodawców oferuje mu taką umowę jaka jest obopólnie najlepsza (zlecenie lub o dzieło) i nie interesuje takiego pracodawcę ile takich umów już ma i ile jeszcze mieć będzie. Jeśli wywiązuje się z obowiązków i wykonuje prace na czas, to wszystko jest w porządku.

Dlatego nie rozumiem jazgoczących pracowników, którzy na siłę domagają się umowy o pracę zupełnie nie mając takich podstaw i nie mając takiej potrzeby. Pewnie chodzi im o starą zasadę: Czy się stoi czy się leże pensja sie należy. Bo gdyby nie chodziło jedynie o przewegetowanie w danym miejscu pracy tych 8 godzin dziennie, które najczęściej są zupełnie bezproduktywne, to woleliby sami umowy zlecenie czy o dzieło, które pozwoliłyby im bardziej elastycznie zarządzać swoim czasem i swoimi finansami. Dzięki temu ludzie zdolni i pracowici osiągają sukces bez narażania pracodawcy na niepotrzebne koszty, a sami generując taki zysk, że wszyscy są zadowoleni.

* List zawiera lokowanie ironii. Czytanie go bez takiego założenia może powodować niezrozumienie i frustracje.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s