Czy feministka może mieć szczęśliwe dziecko?

Po raz kolejny w moim życiu zrobiłam sobie krzywdę biorąc udział w dyskusji dotyczącej aborcji, ale jakoś nie mogę się powstrzymać, gdy inni ( szczególnie mężczyźni) postanawiają uświadomić kobiety jakież to są dla nich konsekwencje uprawiania seksu i że ciąże jeśli sie pojawi, donosić powinny pod karą chłosty i spalenia na stosie. Dyskusja jak to dyskusja – oponujący za przyznaniem kobiecie prawa do decydowania o swoim życiu i swojej rozrodczości pozostawiają wybór kobiecie, przeciwnicy takiej postawy pozostawiają wybór sobie, bo kobiety nie są w stanie o sobie decydować, a oni wiedzą lepiej, to im powiedzą, nakażą i wszystko będzie doskonale. Oczywiście w ich mniemaniu, bo już w odczuciu tejże kobiety niekoniecznie.

Standardowo najwięcej do powiedzenia o zakazie aborcji mają mężczyźni, bo jak wiemy ich to żywo dotyczy. Dziwne, że podobnie ochoczo nie wypowiadają się o mechanicznej kastracji gwałcicieli, co powinno w ich mniemaniu być bardzo potrzebne społeczeństwu i być wykonywane ze szczególną skrupulatnością . Ale po co dyskutować o jądrach, które się ma, jak można dyskutować o macicy, której się nie ma i wszelkie decyzje jej dotyczące, a właśnie podejmowane, nas samych nigdy w życiu nie dotkną.

Jednak nie to było w tej dyskusji najciekawsze, bo jakby te elementy w podobnych dyskusjach się stale powtarzają. Tutaj pojawił się inny element magiczny, a mianowicie argument, że DOBRZE, ŻE MOJA MATKA NIE BYŁA FEMINISTKĄ.

I tu mnie zmroziło. Cóż to za okropne potwory te feministki, że nie powinny być matkami, że gwarantem szczęścia dziecka jest odżegnywanie sie matki od wszelkiego feminizmu i jemu pokrewnych?

Tylko że jak feministka mogłaby być matką, jeśli wiadomo nie od dziś, ze one wszystkie skrobią się na potęgę. Ciągle w kółko i na okrągło. Chcą tej legalizacji aborcji, no bo przecież jest to podstawa ich bytu. Tego In vitro to też one chcą, bo wtedy mogłyby bezkarnie ciągle się zapładniać In vitro i potem dokonywać aborcji w poczuciu dobrze spełnionego feministycznego obowiązku. Jeśli to, co tutaj napisała wydaje się absurdalne, to dlatego ,ze dokładnie tak jest . Ale właśnie takie obraz wyłania się z opowieści ludzi, którzy są bardzo przeciwko aborcji i przeciwko feministkom, bo te czasem są za aborcją. Już nawet nie chodzi o to, że nie wszystkie, ale każda feministka, która za prawem do decydowania o własnej macicy jest, jest przykładem tego, że te feministki tylko by się poddawały tym zabiegom na prawo i lewo. A poza tym przecież na dziecko nie mają czasu, bo golą się trzy razy dziennie, a w przeciwnym wypadku pokazywać mogą się jedynie w cyrku. Ponadto te staniki palą na każdym skrzyżowaniu i wcale ich nie noszą, ale i tak nie potrzebują, bo każda jedna ma męską klatę, z którą obnosi się po świecie. Gdzież by taka miała być matką?

Jakby takiej się nie udało usunąć i by to dziecko urodziła, to już koniec świata by nastąpił, to dziecko byłoby skazane na wieczne męki, życia by zwyczajnie nie miało, a matka- feministka by mu reszty jestestwa obrzydziła.

I tu pojawia sie problem. Otóż JESTEM FEMINISTKĄ. I jakoś tak w wolnej chwili pomiędzy tym goleniem i palenie zaszłam sobie w ciążę, donosiłam i urodziłam. Nie umniejszyło to mojemu feminizmowi. Oj. Jakoś posiadanie czy nieposiadanie dziecka nigdy nie było częścią definicji mojego feminizmu. Moje dziecko też nie wygląda na nieszczęśliwe z tego powodu, że mamusia jest feministką. Nie boi się przyszłości, nie patrzy z nią z przerażeniem, nie ma problemu z tym, że jestem osobą tolerancyjną i wyjaśniam jej świat takim, jaki jest, a nie przedstawiam moja własną nierealną tegoż świata wersję. W dodatku nie dość, że jestem feministką, to jeszcze wyraźnie lewicuje, angażuje się społecznie i robie milion innych rzeczy. To jakoś też mojemu dziecku snu z powiek nie spędza.

Moja córka potrafi w dyskusji o małżeństwach wyrazić opinię, że małżeństwem może być też pan z panem lub pani z panią. Potrafi powiedzieć, że różna jest miłość między ludźmi. A jeśli ktoś zapyta ją, kim będzie w przyszłości i zaproponuje:
– Może lekarzem?
To odpowie:
– Ja to najwyżej mogę być lekarką.

Taką ma świadomość swojej płci i potrzebę jej zaznaczenia. Przy okazji nie ma poczucia, ze jest gorsza, mniej zdolna od kogokolwiek, a na pewnie nie od kogoś tylko dlatego, ze ten ktoś jest chłopcem. Nikt jej nie mówi, że nie może czymś albo w coś się bawić, bo jest dziewczynką. Wybiera zajęcia, w których chce uczestniczyć według własnych potrzeb, a nie aspiracji mamusi.

W żaden sposób ten mój feminizm jej nie przeszkadza i nie jest dla niej uciążliwy, a wydaje mi się, że czasem dość pomocny. I szczęśliwa jest niezależnie od niego. Skąd to wiem? Bo mi o tym mówi. Potrafi dojść do mnie i nagle powiedzieć:

– Szczęśliwe dziecko mamusiu urodziłaś.

A skoro ona to mówi, to tak jest.

Advertisements

2 thoughts on “Czy feministka może mieć szczęśliwe dziecko?

  1. Bardzo fajny wpis, z chęcią przeczytałam. Jak tylko w towarzystwie owe tematy zostają poruszone, ja natychmiast wychodzę lub szukam sobie jakiegoś zajęcia. No chyba , że chcą ze mną walczyć:)

  2. „Tego In vitro to też one chcą, bo wtedy mogłyby bezkarnie ciągle się zapładniać In vitro i potem dokonywać aborcji w poczuciu dobrze spełnionego feministycznego obowiązku.” :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s