Bywalcy

Ludzie ci budzą we mnie różne uczucia. Najczęściej jest to jednak wstyd. Nie jest on niczym uzasadniony, bo ani za nich nie odpowiadam, a nie mam z nimi żadnych związków, ani nie ma potrzeby, żebym cokolwiek w ich imieniu odczuwała. A jednak za nich się wstydzę. Tak po ludzku i całkiem bez własnej woli. Mam wrażenie, że skoro oni nie odczuwają z powodu swojego zachowania żadnego zażenowanie, to ktoś chyba powinien. Jakoś czasem tak sie składa, że jestem to ja.

Myśl, żeby o nich napisać, pojawiała sie już wielokrotnie. Ale zawsze coś mnie powstrzymywało. Bo niby po co?  Dlaczego miałabym o nich pisać? Dlatego, że niemal codziennie doświadczam wstydu spowodowanego ich zachowaniem? Że przez lata wryli mi się w pamięć i potrafię dokładnie określić, kto należy do grupy zwanej Bywalcami?  Niemal bezbłędnie potrafię powiedzieć, kto i jak się zachowa?

Wchodzą na wernisaż i ich zainteresowanie, pęd do sztuki i potrzeba obcowania z kulturą kończy się w miejscu wystawienia stołu. To jego zawartość potrafią studiować bardzo wnikliwie, a nie zawartość reszty galerii. Doskonale też orientują się w tym, czego w danej instytucji można się spodziewać. Gdzie jest wino, a gdzie można liczyć jedynie na sok. Jakie przekąski na której wystawię są wystawiane. Gdzie się można napić, a gdzie najeść do syta. Wymieniają sie tymi informacjami między sobą z wielką nabożnością. Toż to sens ich życia. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie. I mogłabym wzruszyć ramionami, bo przecież generują publiczność na wszelkich wystawach, wiec co mi z tego, że wypijają wino i zjadają wszystko do ostatniego okruszka? Przecież ja tego wina i tak bym sama nie wypiła.

trzy-wina-lampki

Ale jednak ich zachowanie dalekie jest od tego, które można by było nazwać kulturalnym, czego wyraźny popis dali ostatnio powodując jeszcze większe poczucie zażenowanie. Niestety nie u siebie, ale u organizatorów i u mnie. To już nie było przelewanie zawartości dwóch kieliszków do jednego, żeby mieć więcej. To nie było wsypywanie chipsów do przygotowanej reklamówki (niektórzy bez reklamówki w ogóle na wernisaże nie przychodzą). Nie było to nasypywanie sobie do kieszeni słonych orzechów i pogryzanie ich nawet w trakcie rozmowy o niczym z artystą (tak dla zachowania pozorów chyba, może należałoby to pochwalić?)

Tym razem odbyła się regularna obraza majestatu, bo … zostali wyproszeni. Przyznam, że czasem cieszę się, gdy skądś wyproszeni zostaną. Ich przepychanie się po trupach do celu, którym jest stół z winem, czasem generuje zamieszanie i utrudnia mi pracę.  Rzucanie się jak sępy na nową tacę z winem też nie jest czymś przyjemnym dla pozostałych uczestników wydarzenia. A o ile z instytucji publicznej wyprosić ich nie sposób, to jednak z prywatnych można. Tym razem tylko poproszono ich, żeby nie okupowali miejsca na pół godziny przed otwarciem, gdy co minuty na minutę przesuwali się w kierunku stołu z winem. Ponadto jeden pan wionął na odległość aromatem wypitego już tego dnia alkoholu. Nic dziwnego, był to piątek,  godzina zbliżała się do 21, więc miał szansę na kilku wernisażach już doświadczyć „sztuki”. I o ile ten pan w sumie dość grzecznie wyszedł, to pani zaczęła sie awanturować. Co to za przyjęcie? Jak można ją tak potraktować? Ona już tu nigdy nie wróci!!! Pewnie właściciele tego miejsca nie będą mogli tego odżałować, bo przecież taka postać wypijająca wino do ostatniego kieliszka to skarb, dzięki niej nic się nic zmarnuje.

Po pół godzinie pan wrócił, zasiadł na z góry upatrzonym strategicznym fotelu, który umożliwiał mu jak najszybsze dotarcie do najistotniejszego elementu wyposażenia wnętrza – stołu z winem, gdy tylko usłyszy hasło, że już można. Niestety wernisaż się opóźniał, czekać trzeba było jeszcze dłużej i skołatane i nieuspokojone alkoholem nerwy nie wytrzymały. Pan wstał i powiedział dość głośno, chociaż nie wykrzykując jak wcześniej jego towarzyszka: „No k***a ile można czekać?”

Takiego poczucia zażenowania nie wygenerował mi nigdy wcześniej. I na szczęście już nigdy później (póki co), bo następnego dnia miałam okazje spotkać go w innej galerii i zachowywał się dość spokojnie. Może dlatego, że nie było tam wina?

DSC_1270_smallZastanawiałam się na tym, co mi tak naprawdę przeszkadza, czemu to zażenowanie? Przecież ja też czasem na wernisażu napije się wina lub coś zjem. Jednak stół nie jest moim głównym punktem zainteresowania. Nie okupuje go tak długo, jak długo jeszcze cokolwiek na nim jest. Nie upycham ciasta zawiniętego w serwetki po kieszeniach i nie tworzę na talerzyku kopca, który zsuwa się z każdym ruchem niebezpiecznie. Na wernisaż idę przede wszystkim po to, żeby obejrzeć to, co proponują artyści czy kuratorzy. A ewentualny kieliszek jest jedynie dodatkiem. Bywalcom czasem brakuje zapału, by chociaż udawać, że cokolwiek poza kieliszkiem ich interesuje. Myślę, że nie mają pojęcia czy na ścianie wiszą obrazy czy grafiki, a może tym razem zdjęcia? Ale doskonale wiedzą jakie wino było i ile go rozlano.

W przypadku, gdy wina w ogóle nie ma, niektórzy zwyczajnie zaglądająco galerii i … wychodzą, zanim artysta powie chociaż trzy słowa. Nie ma po co zostawać, skoro napić się darmo nie można.

Chyba nie o taką promocję sztuki w społeczeństwie jednak chodzi.

Reklamy

2 thoughts on “Bywalcy

  1. Moja ulubiona bywalczyni poprosiła szatniarza o potrzymanie reklamówki, żeby mogła w tym czasie założyć płaszcz. W reklamówce było wino. Zlane z kieliszków LUZEM…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s