Przyszłość puka do drzwi

Jedzenie w restauracji z dwoma złotymi łukami jest dla mnie zbrodnią na sztuce jedzenia dokonywaną z największym okrucieństwem. W ogóle nie wiem, jak te przybytki można nazywać restauracjami, bo jest to  moim pojęciu tak daleko od restauracji, jak to tylko możliwe. Nie jestem w stanie sie przekonać do tego jedzenia i nawet się jakoś przekonać nie próbuję, bo i po co?
Bułka, która smakuje jak zrobiona z waty (tak, kiedyś zjadłam, żeby wiedzieć i do dzisiaj żałuję). Kotlet trzeciej kategorii – pies mielony nie tylko razem z budą, ale pewnie jeszcze z właścicielem. Ser topiony, który rozprasowany jest na gładko, bo ma udawać ser żółty. Na środku jeden plasterek ogórka, co ma zapewne zagwarantować wymaganą jakimiś przepisami porcję warzyw. A przecież spokojnie taką porcję mógłby udawać ketchup, skoro sos pomidorowy dodawany do pizzy sprawia, że można jąkałą uznać za warzywo. Jeśli coś takiego z czystym sumieniem nazywa ktoś jedzeniem, to nie powinien nigdy jeść prawdziwego jedzenia i do końca dni swoich być na to COŚ skazany.

I jeszcze coś dziwnego w moim pojęciu, co nazywa się shake. Że niby od potrząsania, chociaż nie wiem kto i jak, a przede wszystkim – czym potrząsa przy wytwarzaniu tego. Wygląda to jak rozbełtane i rozpuszczone lody. Jakby ktoś zapomniał wstawicie do zamrażarki lub wystawił, gdyż właśnie ten sprzęt rozmraża i wpadł oto na pomysł, że przecież można to sprzedać na ciepło. Jak się to dobrze nazwie i odpowiednio opakuje, to ktoś to kupi. Kupuje wielu. Ja spróbowałam raz od koleżanki, bo sama nigdy nie byłabym w stanie kupić czegoś, co wygląda jak pozostałość po czymś innym. Jeden łyk upewnił mnie, że ta słodka i gęsta .. hmmm ciesz? Sprzedawana jako shake, to nie jest  coś, do czego będę tęsknić.

Czy nie ma tam nic dobrego? Ależ na pewno jest. Takie lody zanim ktoś je rozpuści, są całkiem niezłe. No chyba, że ktoś miał niewątpliwą przyjemność udać się na wycieczkę po wnętrzu przybytku z żółtymi króliczymi uszami jako logo (moja córka w wieku ponad 4 lat dowiedziała się, że to nie są królicze uszy, tylko symbol jadłodajni dla nie dbających o zdrowie – 4 lata szczęśliwego życia). Tam z wielkim zaangażowaniem przekonywano mnie, że ten proszek, z którego robi się lody, to jest najlepsza i najwłaściwsza forma dla lodów w transporcie. Potem równie ochoczo przekonywano mnie, że dziwnie wyglądająca i hermetycznie zapakowana sałata jest również najlepsza z możliwych, gdyż „na niej nie usiądzie żaden ślimak jak na sałacie kupowanej na rynku”. Spojrzałam na liście wyglądające jak wyprodukowane a nie wyhodowane, stworzone na drukarce 3D (których jeszcze nie było) – wtryskiwane z jakiejś matrycy i postanowiłam skomentować:
– Bo na tej sałacie żadne ślimak nie chciałby usiąść.
Pani oprowadzająca prawie zabiła mnie wzrokiem, ale słowa już padły i nijak nie dało się ich cofnąć.

Właściwie to wcale nie chcę koncentrować się na walorach smakowych tych wszystkich produktów, czy też może na brak u nich takowych walorów. Chodzi mi bardziej o określenie przybytku, który wdarł się głęboko w naszą codzienność i chociaż jego produkty pozostawiają wiele do życzenia, to jednak mnóstwo ludzi jada tam regularnie i są nawet gotowi bronić wartości odżywczych zawartych w sprasowanych ziemniakach wtryskiwanych w formy (nie, to nie jest kolejny mój głupi pomysł, tylko opis produkcji frytek), które następnie zanurzane są na dłuższy czas w oleju, żeby pięknie go wchłonęły mnożąc swoja wartość kaloryczną 1000- krotnie. I właśnie dla tych ludzi ostatnio możliwa jest kolejna usługa – dowóz do domu. Już nie trzeba ubrać się i wyjść, żeby pochłonąć miliard jednostek tłuszczu i miliard kalorii, teraz można to robić we własnym fotelu nie ruszając się sprzed telewizora. W czasach, gdy otyłość staje się coraz większym problemem, jest to doskonałe rozwiązanie dla wszystkich dietetyków. Mogą oni zapłakać Siena śmierć, bo nic już nie dadzą rady zrobić ze społeczeństwem.
I jak o tym myślę, to przed oczami widzę film „WALL E”, a zwłaszcza jego ostatnią część. Tę, w której pojawiają się ludzie.

Wall-E-2

Przyrośnięci niemalże do jeżdżących foteli (zaraz zaraz, coś podobnego widziałam w Anglii, gdzie wiele osób jeździło na elektrycznych  wózkach nie dlatego, że byli inwalidami z chorymi nogami, tylko dlatego, ze byli inwalidami z uwagi na otyłość, która uniemożliwiała im samodzielne poruszanie). Całą ich aktywnością było wpatrywanie siew monitory umieszczone na wysokości wzroku i pochłanianie kolejnych porcji jedzenia oraz czegoś, co mogę zidentyfikować jedynie jak przesycone cukrem napoje (czyżby shake’i?). Otłuszczone nogi nie nadają się do chodzenia, bo kości i stawy nie są w stanie udźwignąć ciężaru ciała. Jadą i jedzą, jedzą i jadą. Żywot wegetatywny.

Oglądając film patrzyłam z przerażeniem na to, jak może wyglądać nasza przyszłość. Po przeczytaniu wczorajszych doniesień z sieci fast foodów i o entuzjastycznych prognozach rozrastania się tej nowej i jakże potrzebnej usługi, stwierdziłam ,ze ta przyszłość nie jest wcale tak daleko. Przyszłość puka już do naszych drzwi. Wraz z dostawą cheeseburgera, frytek i shake’a.

Reklamy

2 thoughts on “Przyszłość puka do drzwi

  1. Sam nie jestem zwolennikiem szybkich jadłodajni, lecz autorka do tematu podchodzi zbyt infantylnie. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że akurat lokale McDonald’s stoją na jakimś poziomie – estetycznym i higienicznym. Może jedzenie nie zachwyca, ale widziałem w życiu przybytki, w których samo przebywanie przyprawiało o dreszcze. Więc przedstawiony w poście przypadek to z pewnością nie „tak daleko od restauracji, jak to tylko możliwe”.

    Kolejna sprawa to te zatrważające, futurystyczne wizje autorki. Pomijając to, jak bardzo są odkrywcze, przejdę od razu do sedna. Otóż: przykład. Film WALL·E nie jest, moim skromnym zdaniem, materiałem, który w ów można by przekuć. Ale mimo to autorce udało się popełnić błąd. Ja w prost uwielbiam takie błędy, gdyż ich wytykanie sprawia mi niesamowitą przyjemność. Ludzcy bohaterowie filmu wyglądali tak, jak wyglądali, głównie przez zmiany anatomiczne wynikające z przebywania w środowisku pozbawionym prawdziwej grawitacji. Owszem, zarzucili wszelką aktywność fizyczną na rzecz wygodnej wegetacji, ale ich kształt ich sylwetek ma głębszy wymiar.

    Konkluzja jest, niestety, smutna. Bo skoro dla autorki animowany film dla dzieci jest zbyt skomplikowany, to – niestety! – nie istnieje wiele niższych poziomów, na które mogłaby spaść. A może to najwyższy czas by odbić się od dna?

  2. Ludzie w Anglii zaczynają wyglądać dość podobnie jak ci z filmu – poruszają sie na elektrycznych wózkach ograniczając aktywnośćfizyczną do absolutnego minimum i spożywają wysoko przetworzoną żywność. O inne grawitacji w tym kraju nic mi nie wiadomo.
    Ale może i tutaj autor komentarza znajdzie błąd, którego wytknięcie sprawi mu niesamowitą przyjemność?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s