Debata zamiast Dobranocki

Chodzę na debaty dotyczące ulicy Nowotargowej, w których ma brać udział pan Stępień, bo ciągle mam nadzieję, że jednak uda nam się na którejś z nich spotkać. Nie jest to takie oczywiste, bo fakt, że udział ma brać, nie oznacza jeszcze, że ten udział weźmie. Różnie to bywa, bo wiadomo, że obowiązków ma nielada, a z tą Nowotargową to całe zamieszanie od miesięcy i nijak się na debatę wyrwać nie da. Znaczy pewne było, że się nie da, jak myślał, że wszystko jest jasne i klarowne, Nowotargowa powstanie na pewno i nie ma co o tym gadać po próżnicy. Ale teraz radni stwierdzili, że tej pewności to mieć nie należało i pan Stępień doszedł do wniosku, że może jednak wypadałoby ludzi przekonać do tej Nowotargowej, wyjaśnić im czemu jest taka bardzo potrzebne, po co ma powstać, dlaczego musi… W tym celu zostały nawet wykonane alizy-eskpertyzy. A że naród nasz nie ma jakoś szczęścia do ekspertów, to się znowu hałas zrobił. Te ekspertyzy jakieś takie były jakby na zamówienie pisane, a liczba 47735 weszła na stałe do obiegu (dla niewiedzących to kwota zainkasowana za te analizy, które mnie o drżenie rąk przyprawia, bo w rok tyle nie zarobię, ale to ja, a ja ekspertem nie jestem, to co sie będę wychylać). W każdym razie doszłam do wniosku, że na kolejnej debacie to się pan Stępień na pewno pojawi, bo będzie te ekspertyzy referował. Tak dobrze zainwestowane pieniądze musza przynieść sławę i poklask, się społeczeństwo otrząśnie i projekt poprze. Czytaj dalej

Reklamy

Uwielbiam czytać Clarksona

Uwielbiam czytać Jeremy’ego Clarksona. Nie dlatego, że się z nim zgadzam, bo bardzo często nie zgadzam się z nim zupełnie. Nie dlatego też, że jestem fanką motoryzacji i mnie ten nurt zachwyca, bo na samochodach się nie znam i znać się raczej nie będę (chociaż musze przyznać, że „Top Gear” uwielbiam, ale mam wrażenie, że to z tego samego powodu, dla którego uwielbiam czytać Jeremy’ego Clarksona). Nie chodzi bowiem o to, co on pisze, tylko JAK. Czytaj dalej

W tym szaleństwie jest metoda

„Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawiona przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade” – trudny tytuł, który trudno zapamiętać, ale jestem przekonana, że warto.
Tym bardziej po przeżyciu jakie zaoferowano mi w sobotę w Teatrze Studyjnym za sprawą studentów IV roku. Od tego momentu chodzę z tym tekstem w głowie i z obrazami aktorów przed oczami i trawię, trawię, trawię i myśli coraz to nowe z tego trawienia wypływają. Zderzenie de Sade’a z Maratem, rewolucji z kontrrewolucją, obłędu z psychozą, pragnienia ze spełnieniem. Wszystko na raz, wszystko razem. Bogactwo i przepych. Dwóch autorów – Peter Weiss, który całość napisał i de Sade, który w sztuce jest wewnętrznym autorem tworzącym dzieło pośród obłąkania. Trzech reżyserów – Rudolf Zioło, któremu udało się wypracować wspaniały model współpracy z młodymi aktorami, ale też de Sade, który ustawia aktorów na scenie oraz Wywoływacz (Michał Barczak nareszcie miał szanse pograć i wiele razy w tym przedstawieniu udowodnił, że potrafi), który jest niejako prawą ręką de Sade’a.

Na początku szaleństwo wydaje się okiełznane. Zarówno to, które potrafi wybuchać w sposób absolutnie widoczny jak w przypadku Jakuba Roux (Patryk Pietrzak nie miał tyle do pogrania co w „Poskromieniu Złośnicy”, więc chociaż to, co do grania miał trafiało w punkt, to jednak jest pewien niedosyt i nie robi takiego wrażenia jak w tamtym przypadku), jak i to, które jedynie maluje się na twarzy świadcząc o tym, że w głowie dzieje się zbyt wiele- jak u markiza de Sade. Jednak później szaleństwo przejmuje kontrolę nad przedstawieniem i nikt nie wie, co jeszcze może się wydarzyć, nikt nie panuje nad atakiem ekspresji, który może pojawić się w każdej chwili. To myśl towarzysząca mi przez cały spektakl. Czytaj dalej

Byle tylko dzisiaj nie zwariować

Są takie dni, gdy nic mnie nie cieszy, nic mi się nie podoba i całe moje życie jest ponurym żartem spaczonego komika. Na co dzień kocham moją pracę. Naprawdę. Nie tylko ją lubię, ale kocham ją niezaprzeczalnie. Ale w takie dni mnie drażni, denerwuje, czuję się w niej niedoceniana, źle wynagradzana i w ogóle mam wrażenie, że mogłabym robić cokolwiek, a nic by się nie zmieniło. Traci ona dla mnie sens, nie widzę jej wartości i w związku z tym przestaje mi się całkiem podobać. A tu jeszcze jest piątkogeddon, czyli dzień, w którym wiele jest do zrobienia nie tylko spraw bieżących, ale też takich przyszłościowych. Jak sie dzisiaj nie zbiorę w sobie, to nie będę miała co robić przez cały kolejny tydzień, bo nie ustalę grafiku i … lipa totalna, pomroczność jasna i inne plagi. A im bardziej zdaję sobie sprawę z tego, ile jest do zrobienia, tym bardziej mi sie tego robić nie chce. Czytaj dalej

Rzecz o tym, jak pojechałam do Warszawy, by iść z cudzym kotem do weterynarza

Wszyscy wiedzą, że byłam w Warszawie. Rozpowiadam  na prawo i lewo, jakbym się tym chwaliła czy szczyciła, jakby była to wyprawa co najmniej do Paryża, a może i do Nowego Jorku. Ale w moich warunkach życiowych każdy wyjazd to jest niezwykły wysiłek logistyczny, więc zarówno przed nim jak i po nim przeżywam okrutni wszystko. Najpierw czy mi się uda, a potem, że się jednak udało, chociaż mogło nie …

Tym razem wizyta w Warszawie to była komedia pomyłek, gagów, przeoczeń, przypomnień i wszystkiego tego, czego absolutnie po tym miejscu spodziewać się nie mogłam, a nawet nie powinnam. Nic tego nie zapowiadało, wszystko szło bez problemów i chociaż nie znoszę się pakować, to spakowałam się na dwa dni unikając zabierania rzeczy zupełnie niepotrzebnych (poza czapką) i zapominając o rzeczach bardzo ważnych (poza pędzlem do  różu… ale różu też nie zabrałam, chociaż brak pędzla zdziwił mnie bardziej niż brak samego różu). Czytaj dalej

Moja wyprawa na trasie Łódź- Warszawa

Każdorazowo mój wyjazd do Warszawy to wielkie wakacje. A właściwie ucieczka. Uciekam od wszystkiego tego, co jest Łodzią do świata, w którym Łódź nie istnieje. Tam naprawdę można uwierzyć, że tego miasta wcale nie ma. Niemożliwością jest, by dwie tak różne rzeczywistości istniały w tym samym czasie i właściwie w tej samej przestrzeni. Bo co to jest dwie godziny podróży pociągiem (jeśli w PKP wszystko działa tak, jak powinno i nic się nie spóźni i nie staje w polu – ja mam szczęście) lub godzina autostradą (jeżeli ktoś ma samochód względnie ma kogoś, kto takowy posiada i ma czas i ochotę by do stolicy się wybrać). Uciekam do Warszawy od siebie samej. Od tego jaka jestem w mojej codzienności, w biegu miedzy przedszkolem mojego dziecka i moją pracą, która jest wszędzie po trochu i nigdy się nie kończy. Uciekam od ulic, które codziennie przemierzam na milion sposobów – pieszo, tramwajem, autobusem… Czytaj dalej

Zezwierzęcenie

Nie wiem jak to było w dzieciństwie. Zwyczajnie nie pamiętam. Widocznie wyprawy do ZOO nie robiły na mnie takiego wrażenia, jak inne atrakcje, które fundowano mi w tamtym czasie. Przedstawienia teatralne zarówno na mniejszych jak i większych scenach pamiętam przynajmniej we fragmentach, Podobnie rzecz się ma z wyprawami do kina i tym, co w tym przybytku widziałam.  Jakoś ZOO zupełnie nie zapisało się w mojej pamięci.

Im bardziej dorastałam, tym bardziej było dla mnie oczywiste, że ZOO mnie nie interesuje. Nie widziałam najmniejszej potrzeby oglądania pozamykanych zwierząt i coraz słabiej przemawiały do mnie argumenty dotyczące tego, ze należy w takich miejscach trzymać gatunki zagrożone, by wspomóc ich rozmnażanie. Bo niby dzięki komu one są zagrożone? Nie przez człowieka? I jak ma mnie przekonać to, że w zamknięciu, bez naturalnego środowiska i bez przyrodzonych sobie zachowań zwierzęta będą sie rozmnażać łatwiej i chętniej niż na wolności? Czytaj dalej