Próbując PRÓB

Nie miałam pisać recenzji, bo powtórzę to jeszcze raz- nie znam się, nie umiem, nie potrafię, więc się nie zabieram. Ale nie o recenzję po raz kolejny chodzi, a jedynie o napisanie tego, co napisać trzeba, bo im się należy, bo na to zasługują i trzeba o nich mówić jak najwięcej i jak najgłośniej. Chodzi o studentów Łódzkiej Szkoły Filmowej, którzy po raz kolejny zmierzyli się ze sztuką na deskach Teatru Studyjnego i wyszli z tej potyczki zwycięsko. Przynajmniej w moich oczach. Mało tego – chociaż podobało mi się przedstawienie POSKROMIENIE ZŁOŚNICY, to jednak PRÓBY wyprzedzają je o całą długość. Tam widziałam jeszcze chwile zwątpienia u aktorów, zawahania, niedociągnięcia wynikające z młodości i braku doświadczenia. Tu nie sposób cokolwiek z tego odnaleźć. Wszystko za sprawą piątki z nich: Anny Fatygi, Mileny Staszuk, Pawła Dobka, Jakuba Kryształa i Bartosza Szpaka.

I teraz przyznam szczerze jaki jest główny powód tego, ze to żadną miarą nie może być recenzja. Ja bowiem nie zamierzam tutaj w najmniejszym stopniu być obiektywna i rzeczowa. Całą sobą pragnę być subiektywna i emocjonalna. Bo tak podchodzę do teatru i nie zamierzam tego w sobie uśpić. A skoro już o tych emocjach mowa, to muszę powiedzieć, że na „Próby” poszłam głównie dlatego, że jedną ról gra tam Paweł Dobek. No przepraszam bardzo, ale to jest moja aktorska miłość od pierwszego wejrzenia i nic z tym nie zrobię. Jak zwykle mnie nie zawiódł. Wręcz przeciwnie, rozwinął przede mną jeszcze obszerniejszy wachlarz swojej gry, interpretacji a nade wszystko mimiki, a ja kocham to jego aktorstwo jeszcze bardziej (napisałabym, że kocham jego, ale wtedy zostałabym na pewno źle zrozumiana, bo ja go kocham na scenie, a poza sceną to go najwyżej lubię). Zdecydowanie chociaż ta miłość od pierwszego wejrzenia była spora, to teraz jest jeszcze większa i jeszcze bardziej niecierpliwie oczekuję MARATA/ SADE’A w tymże Teatrze Studyjnym, gdzie ponownie na scenie objawi mi się Paweł Dobek z całym dobrodziejstwem inwentarza.

1545998_264153003744692_1969174875_n

Paweł Dobek, fot.M. Zacharow

Ale jednak w trakcie przedstawienia i to juz dość szybko, nastąpiło kolejne objawienie i może jeszcze nie miłość aktorska, ale zauroczenie dobrze rokujące. Mówię o Bartoszu Szpaku i jego dwóch monologach, podczas których nie oddychałam, żeby szumem powietrza żadnego słowa nie zakłócić.
W pierwszy z nich, który był rozmowa telefoniczną, zachwycił mnie niesamowitym opanowanie tego wszystkiego, co tam wyszczekiwał do aparatu. I przywiódł na myśl film „Oscar”, w którym również mafiozo musi dać sobie radę z totalnym zamieszaniem wokół niego i dziesiątkami osób, które mająco niego sprawę, a poleceń jakoś zgodnie z ich brzmieniem nijak nie chcą wykonywać (w filmie w wersji francuskiej grał Louis De Funes, który wiadomo jak zachowuje Siena ekranie, ale w amerykańskiej wersji pojawiło się zaskoczenie, bo rola przypadła w udziale Sylvestrowi Stallone i poradził z nią sobie nad wyraz dobrze. Mnie się przez chwilę zamarzyło zobaczenie w niej Bartosza Szpaka, a jeśli ja w głowie wynajduje dla aktora jakieś role, to znaczy, że trafił do mojej wyobraźni i trochę tam posiedzi. Dokładnie tak samo było przy pierwszym zetknięciu z Pawłem Dobkiem).
Drugi monolog był po szkocku. No dobra – jak dla mnie było jednak zbyt wyraźnie, bo prawdziwy Szkot nie splamiłby sie takim użyciem języka, żeby ktokolwiek poza najbliższą rodziną go zrozumiał, ale jednak było to bardzo w klimacie i stylu. A ja ponownie nie oddychałam nie tylko dlatego, że chciałam wszystko dokładnie zrozumieć, ale też dlatego, że każdy akcent i słowo analizowałam i porównywałam do prawdziwych Szkotów i wypadło nad wyraz dobrze.

1656388_265992503560742_1747476683_n

Bartosz Szpak,  fot. M. Zacharow

Wszystko pięknie, ładnie, ale we dwóch nie daliby rady utrzymać mnie dwie godziny na widowni z poczuciem, że minęło chyba z 15 minut. Cała piątka wykonała niewiarygodną pracę, żeby to, co na scenie, było tak wciągające, by nawet na chwilę nie pomyśleć o czymś innym. Dzieje się wiele i akcja wymaga udziału w niej widowni. Jeśli nie fizycznego, to na pewno mentalnego, bo chwila nieuwagi może sprawić, że wiele stracimy.

Widać, że aktorzy doskonale bawią się na scenie i to przenosi się na widownie – ona również bawi się doskonale. Chociaż chwilami trudno wyrwać ją z typowo teatralne konwencji, gdzie po jednej stronie są aktorzy starający sie przedstawić jakąś historię, a po drugiej stronie jest widownia, która ukryta w mroku jedynie siedzi i odbiera. Tutaj nie jest zwolniona z czynnego doświadczania teatru. Aktorzy nie odpuszczają i nie pozwalają zapominać, że to nie kino, nie oddzielone świata na przedstawiających i oglądających, ale teatralna jedność czasu, miejsca i akcji (jak ja lubię swoje metaforyczne podróże po mózgu). A udaje im się to doskonale, bo zarażają tym, co w nich najcenniejsze – młodzi, energiczni, pełni zapału i świeżości, pozbawieni natomiast zmanierowania wielkimi scenami i zmęczenia zawodem, jakie czasem  widuje się u starszych kolegów. Pokazują teatr takim, jakim chcieliby go widzieć. I wciągają w tę zabawę publiczność.

Po raz kolejny studenci na deskach Teatru Studyjnego udowodnili, że nie tylko w teatrze, ale też teatrem doskonale można sie bawić. I warto tego spróbować.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s