Moja wyprawa na trasie Łódź- Warszawa

Każdorazowo mój wyjazd do Warszawy to wielkie wakacje. A właściwie ucieczka. Uciekam od wszystkiego tego, co jest Łodzią do świata, w którym Łódź nie istnieje. Tam naprawdę można uwierzyć, że tego miasta wcale nie ma. Niemożliwością jest, by dwie tak różne rzeczywistości istniały w tym samym czasie i właściwie w tej samej przestrzeni. Bo co to jest dwie godziny podróży pociągiem (jeśli w PKP wszystko działa tak, jak powinno i nic się nie spóźni i nie staje w polu – ja mam szczęście) lub godzina autostradą (jeżeli ktoś ma samochód względnie ma kogoś, kto takowy posiada i ma czas i ochotę by do stolicy się wybrać). Uciekam do Warszawy od siebie samej. Od tego jaka jestem w mojej codzienności, w biegu miedzy przedszkolem mojego dziecka i moją pracą, która jest wszędzie po trochu i nigdy się nie kończy. Uciekam od ulic, które codziennie przemierzam na milion sposobów – pieszo, tramwajem, autobusem…

Dlatego jadę do Warszawy, żeby oderwać się od klimatu Łodzi. Chodzę po tych obcych ulicach, które właściwie są takie same jak łódzkie, ale jednak zupełnie inne. To pewnie dlatego, że w Warszawie nigdzie się nie spieszę. Nie mam obowiązków, zobowiązań, zmagań i wymagań.
Nie mam tam pracy. Chociaż właściwie prace bym tam mieć mogła. Nie byłoby problemu, żebym swój zawód wykonywała w tamtym mieście. Wręcz przeciwnie, jest tam nawet więcej możliwości, więcej wyzwań i pewnie więcej pieniędzy. Jednak ja pracuję w Łodzi i w Warszawie nie mam żadnej pracy, do której musze biec z wywieszonym językiem, żeby zdążyć, żeby dać radę. Nigdzie nie pędzę, nie załatwiam tysięcy spraw, mogę iść spokojnie, bardzo wolno jak na moje standardy nawet. Uwielbiam chodzić po Nowym Świecie. Ta ulica wydaje mi się nierealna, nierzeczywistą, wymyślona i wstawiona w świat zastany. Nowy Świat. Wystylizowane cukiernie, drogerie i sklepy. Wysmakowane do granic możliwości. A tuż obok tkanka miasta, od której nie ma ucieczki. Przed Wojewódzkim Urzędem Ochrony Zabytków stoi pani z receptą w ręku i zbiera na jej wykupienie pieniądz, bo najwyraźniej z jej emerytury czy renty na wykupienie leków już brakło. Może akurat w tym miesiącu musiała gdzieś mieszkać, na czymś gotować czy jeść. Przechodnie dają tyle, ile mogą. Ta pani na pewno nie zje ciastka pysznie upozowanego na wystawie pobliskiej cukierni.

W bramie kolejna pani sprzedaje sznurówki i inne produkty pierwszej potrzeby – tyle niezbędne co tanie.
A zaraz potem skręcam w ulicę Foksal i tam stoi taka kamienica, której rozpad obserwuję od lat. Za każdym razem jest mi tak samo przykro. Jak się zaczęła sypać, to założono siatkę ochronną i sypie sie dalej. A nawet odpada całymi kawałami. Zaczęłam zastanawiać się, jaką wytrzymałość ma taka siatka, bo leżał na niej spory fragment jednego z balkonów i wybrzuszał ją ku dołowi. A pod spodem stał samochód z idealną i połyskującą karoserią. Czy parkowanie w tym miejscu to akt odwagi czy tylko przyzwyczajenie, bo skoro od lat się sypie, to dlaczego akurat dziś miałoby się sypnąć bardziej? Nie ma dla tej kamienicy ratunku. Najwyraźniej Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Warszawie jest bardzo daleko i nikt z tegoż urzędu nie jest w stanie dotrzeć do tej kamienicy i się nią zainteresować. A szkoda…

800px-Kamienica,_ul._Foksal_15,_Warszawa,_dz._Śródmieście,_Mart2*

Chodzę po tej Warszawie niespiesznie i obserwuję, przyglądam się, porównuję nawet. Tak wiele mnie fascynuje, zajmuje, sprawia, że przystaję (kalosze za 200zł sprawiły, że zatrzymałam się na dłuższą chwilę i wpatrywałam w nie w nadziei zobaczenia tam czegoś, co te cenę usprawiedliwia). Mam wrażenie, że lepiej oddycham, łatwiej mi sie żyje i w ogóle staję się spokojniejsza i bardziej zrelaksowana (o ironio w mieście, które akurat ze spokojem i relaksem nijak mi się nie kojarzy). Te problemy, które zauważam w Warszawie jakoś inaczej mnie dotyczą. Nie są do końca moje. Mam wrażenie, że są ode mnie oddalone. Nie dotykają mnie tak głęboko, jak te łódzkie.

Ale już drugiego dnia pobytu Warszawa zaczyna mnie uwierać. I właściwie nie wiem, co jest tego powodem, ale czuje to podskórnie. Nie chcę być po warszawsku energetyczna poprzez napompowanie napojem (nomen omen) energetycznym. Chcę być po łódzku depresyjna i ten nastrój zapijać kawą. Przeszkadzają mi te obce-takie same ulice. Miejsca, które jeszcze poprzedniego dnia mnie fascynowały, dzisiaj w ogóle mnie nie interesują i nie mam ochoty w nie zaglądać i poznawać. Męczy mnie ten świat i tęsknię za tym, który jest mi bliski.
Dlatego jadę pociągiem trasy Warszawa – Łódź aż do ostatniej stacji. Jeszcze nie tej pięknej, nowoczesnej w środku miasta, której nie ma, ale która niebawem rozedrze podziemnym tunelem całe jego istnienie. Na razie do tej na Chojnach. Skoro dworzec  jest aktywny i pociąg tam przystaje, to należy z tego skorzystać. Tym bardziej, że mam z niego tak blisko, że idę pieszo. Wysiadam w miejscu, w którym niczego nie znam, nie bywam i się nie odnajduję. W pierwszej chwili nie mam nawet pojęcia, w którą stronę się udać, jak z tego dworca wyjść. Jednak odkrywam bardzo ważne przeznaczenie budynków kościelnych – górująca nad otoczeniem kościelna wieża pozwala mi określić mój kierunek podróży i idę. Już czuję znajomy zapach, znajomy klimat i moje własne podwórko. Idę objuczona torbami i już wiem-  Jestem w DOMU.

*Źródo: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Kamienica,_ul._Foksal_15,_Warszawa,_dz._%C5%9Ar%C3%B3dmie%C5%9Bcie,_Mart2.JPG

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s