Rzecz o tym, jak pojechałam do Warszawy, by iść z cudzym kotem do weterynarza

Wszyscy wiedzą, że byłam w Warszawie. Rozpowiadam  na prawo i lewo, jakbym się tym chwaliła czy szczyciła, jakby była to wyprawa co najmniej do Paryża, a może i do Nowego Jorku. Ale w moich warunkach życiowych każdy wyjazd to jest niezwykły wysiłek logistyczny, więc zarówno przed nim jak i po nim przeżywam okrutni wszystko. Najpierw czy mi się uda, a potem, że się jednak udało, chociaż mogło nie …

Tym razem wizyta w Warszawie to była komedia pomyłek, gagów, przeoczeń, przypomnień i wszystkiego tego, czego absolutnie po tym miejscu spodziewać się nie mogłam, a nawet nie powinnam. Nic tego nie zapowiadało, wszystko szło bez problemów i chociaż nie znoszę się pakować, to spakowałam się na dwa dni unikając zabierania rzeczy zupełnie niepotrzebnych (poza czapką) i zapominając o rzeczach bardzo ważnych (poza pędzlem do  różu… ale różu też nie zabrałam, chociaż brak pędzla zdziwił mnie bardziej niż brak samego różu).

Gdy już zrobiłam to, co zrobić musiałam, odbyłam spotkanie, na które jechałam, nastąpił mój czas absolutnie wolny i swawolny.

Tym razem oprócz moich typowych podróży po ulicach centrum Warszawy, nie było szczególnego zwiedzania. Chyba, że liczyć odwiedzenie wszystkich monopolowych i innych sklepów, w którym  istniała realna szansa zakupu Martini Dry. A tak drodzy Państwo – burżuazja i zamarzyło nam się picie Martini z oliwkami, niczym jakiś Bond czy ktoś tam. Nie wiem czy było wstrząśnięte, ja powoli byłam faktem, że w 5 kolejnych sklepach nie posiadali tego trunku. Byłam też zmieszana tym, jak na nas patrzono – jakbyśmy wchodziły do sklepu ALKOHOLE 24h, gdzie wiadomo, że tylko wóda i piwo i pytały o najlepsze roczniki wina. Ale dla odreagowania tych karcących spojrzeń zza lady wdałam siew  dyskusje z pewnym panem, który kupował piwo w plastikowej butelce, chociaż jego stan wskazywał na nasycenie alkoholem. Było coś o tym, że szukamy wymyślnego napitki i nic dziwnego, że tego nie ma. Na co odpowiedziałam:
– Wie pan, bo tam w tygodniu to my pijemy Parkową, a w weekend taka fanaberia i nam się zachciało Martini wytrawnego.
W jego oczach widziałam zrozumienie. Chociaż tyle…
Historia zakończyła się szczęśliwie i Martini zostało kupione, ale była już desperacja i próba wymyślenia, czym je zastąpić (pomysłów brak – jeśli ktoś ma pomysł, czym można zastąpić wytrawne Martini, to chętnie go poznam, bo przy kolejnej wizycie w Warszawie może się przydać)

Teraz już mogę przejść do tematu kota, który był jakby najistotniejszym z tematów tego mojego wyjazdu. Działo się tak przede wszystkim dlatego, że w mieszkaniu, w którym nocowałam od pewnego czasu mieszka kot, a właściwie kotka, a ja odkąd pamiętam mam potworne uczulenie na koty. Objawia się ono  bardzo szerokim wachlarzem utrudnień w funkcjonowaniu. Przede wszystkim cieknę ze wszystkich otworów w obrębie twarzy. Zalewam się łzami wypływającymi z zapuchniętych i czerwonych oczu, a podobny strumień wypływa z mojego nosa, który dodatkowo swędzi mnie tak, że najchętniej bym go sobie urwała. Tak samo swędzą mnie też uszy i podniebienie. Kto tego nie przeżył, nie ma pojęcia, jak bardzo człowiek męczy się ze swędzącym podniebieniem, bo tego nijak nie da sie sensownie podrapać. W uszy najchętniej wsadziłabym wycior i przeciągnęła na drugą stronę. Ostatnim punktem programu przy ataku alergii jest powrót astmy, co oprócz kaszlu gwarantuje mi ścisk tchawicy i odcięcie dostępu powietrza.
Nie wdając się w dalsze szczegóły – należało tego uniknąć. I tu niespodzianka, bo udało mi się trafić leki, które nie tylko powstrzymały atak alergii, ale też nie powodowały senności, która sprawia, że zasypiam zanim zacznie się dobranocka. Egzystowałam wraz z kotem w tym samym mieszkaniu, a ograniczenie naszych interakcji spowodowało brak jakichkolwiek niegodziwości ze strony mojego organizmu względem mnie samej.

a3aaee6c-407b-48fe-a3a2-2f5953ff4724

Apogeum wyjazdu była wyprawa z tym kotem, na którego mam takie uczulenie, do weterynarza. Sama wyprawa to nic takiego, bo nawet nie ja trzymałam kota w trakcie zdejmowania szwów. Jednak poczekalnia weterynaryjna i rozmowy w niej prowadzone śmiało mogłyby tworzyć podstawy tekstu kabaretowego.
Byłam tam z koleżanką, która kota trzymała w transporterze. Obok siedziało dwóch braci (podobni BARDZO, wiec wątpliwości co do pokrewieństwa brak) z psem husky. Kręcił się ten pies i denerwował, a my w akcie dobrej woli przepuściłyśmy innego pana z psem, którego znalazł rano i chciał sprawdzić, czy jest on może zaczipowany. Panowie byli zdezorientowani i w końcu zaczęli pytać, kto z kim i z jakim zwierzęciem i w jakiej kolejności.

– To teraz która pani?

Na co moja koleżanka: My jesteśmy razem. – i po chwili – a to nawet nie jest nasz kot.

Wtedy dodałam ja: A ja to nawet nie jesteś z Warszawy, tylko z Łodzi przyjechałam, żeby z tym kotem iść do weterynarza.

Miny panów- bezcenne. Zastanawiałam się, czy wzięli nas za wariatki czy oszustki, bo kto przy zdrowych zmysłach jedzie z Łodzi do Warszawy, żeby z cudzym kotem po weterynarzach chodzić? I to jeszcze mając uczulenie na koty?

Wyprawa do Warszawy pełna pięknych sytuacji i niezwykłych zbiegów okoliczności, słów wypowiedzianych w doskonałym momencie albo właśnie w zupełnie niepotrzebnych okolicznościach.

W drodze powrotnej przytrafiło mi się piękne podsumowanie tego wszystkiego. Zawsze czytam książkę, gdy jadę pociągiem. Jednak tym razem mój wybór nie był chyba najwłaściwszy – postanowiłam czytać powieść Johna Godeya „Metro strachu”. Czytanie w pociągu o uprowadzeniu pociągu to dość nowatorska metoda umilenia sobie podróży. To coś jak filmy katastroficzne z samolotem w roli głównej wyświetlane podczas lotu. Najlepsza była chwila, w której spojrzałam na zegarek, była 14:12. Wróciłam do lektury i wtedy jeden z porywaczy powiedział:

– Teraz mamy 14:13. Okup ma być dostarczony w ciągu godziny albo zaczniemy zabijać pasażerów.
Nikt mnie nie zabił.

metro_strachu_10cm

P.S. Z dedykacją dla AGNIESZKI:
Skąd wiadomo, że koty nie jedzą ziemniaków? Ktoś kiedyś próbował im je dać? Nie przekonuje mnie to, że koty bytujące obok ziemniaków w skrzyni ich nie jedzą, bo może nie lubią surowych (kto lubi surowe ziemniaki?) tylko akurat gotowane. To jest wynikiem rozmowy z moją koleżanką, w której ona jako posiadaczka dwóch kotów twierdziła, że niemożliwością jest, by koty jadły ziemniaki. Ale jej kot lubi na przykład suszone banany. I skąd by wiedziała, że je lubi, gdyby któregoś razu nie dała kotu do spróbowania? Przecież w naturalnych warunkach, gdzie banany rosną, koty bananów nie jedzą. Ale na drzewach nie są suszone. Banany, nie koty…

Reklamy

3 thoughts on “Rzecz o tym, jak pojechałam do Warszawy, by iść z cudzym kotem do weterynarza

      • To bardzo możliwe, bo koty to mięsożercy i generalnie nie jedzą (a nawet nie trawią) takich rzeczy. Ja też ich ziemniakami nie karmię, ale nie sposób się odgonić jak wyczują na talerzu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s