W tym szaleństwie jest metoda

„Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawiona przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade” – trudny tytuł, który trudno zapamiętać, ale jestem przekonana, że warto.
Tym bardziej po przeżyciu jakie zaoferowano mi w sobotę w Teatrze Studyjnym za sprawą studentów IV roku. Od tego momentu chodzę z tym tekstem w głowie i z obrazami aktorów przed oczami i trawię, trawię, trawię i myśli coraz to nowe z tego trawienia wypływają. Zderzenie de Sade’a z Maratem, rewolucji z kontrrewolucją, obłędu z psychozą, pragnienia ze spełnieniem. Wszystko na raz, wszystko razem. Bogactwo i przepych. Dwóch autorów – Peter Weiss, który całość napisał i de Sade, który w sztuce jest wewnętrznym autorem tworzącym dzieło pośród obłąkania. Trzech reżyserów – Rudolf Zioło, któremu udało się wypracować wspaniały model współpracy z młodymi aktorami, ale też de Sade, który ustawia aktorów na scenie oraz Wywoływacz (Michał Barczak nareszcie miał szanse pograć i wiele razy w tym przedstawieniu udowodnił, że potrafi), który jest niejako prawą ręką de Sade’a.

Na początku szaleństwo wydaje się okiełznane. Zarówno to, które potrafi wybuchać w sposób absolutnie widoczny jak w przypadku Jakuba Roux (Patryk Pietrzak nie miał tyle do pogrania co w „Poskromieniu Złośnicy”, więc chociaż to, co do grania miał trafiało w punkt, to jednak jest pewien niedosyt i nie robi takiego wrażenia jak w tamtym przypadku), jak i to, które jedynie maluje się na twarzy świadcząc o tym, że w głowie dzieje się zbyt wiele- jak u markiza de Sade. Jednak później szaleństwo przejmuje kontrolę nad przedstawieniem i nikt nie wie, co jeszcze może się wydarzyć, nikt nie panuje nad atakiem ekspresji, który może pojawić się w każdej chwili. To myśl towarzysząca mi przez cały spektakl.

A teraz pozwolę sobie przejść od ogółu do szczegółu (by potem powtórzyć tę drogę w przeciwnym kierunku).
Totalnym objawieniem jest dla mnie kabaret przywodzący na myśl chór z dramatów greckich. Bez jego komentarza wiele sytuacji nie miałoby ostatecznego wydźwięku, a jest to tym bardziej zastanawiające, że obłąkani więcej wyją i się wiją, niż śpiewają. Ale to, co śpiewają, to prawda pozbawiona ozdobników konwenansów.

_1990331

fot.M. Zacharow

Poza tym dwoje aktorów z tej czwórki przyciągnęło moją uwagę. Pierwsza to Zuzanna Zazulin, której zdjęcie widziałam pewnego razu przeglądając ekipę Studyjnego i stwierdziłam, że bardzo chciałabym zobaczyć ją na scenie. Nie zawiodłam się, bo jest to postać bardzo charyzmatyczna, która skupia na sobie uwagę poprzez swoją sprężystością ruchów i wyraźne bycie w konkretnym miejscu i czasie. I dobrze śpiewa. A poza wszystkim ma bardzo interesująca twarz, która dla aktorki jest nie do przecenienia.
Druga z tych osób to Mateusz Mosiewicz. Nie wiem jak wyglądał proces decyzyjny i skąd taki pomysł na rolę, ale w ogóle mnie to nie obchodzi, bo dla mnie liczy się efekt.

Patrzę – Mateusz, myślę Gender. I nie ma tam mowy o przerysowaniu, to nie jest DragQueen. To jest mężczyzna z pomalowanymi na czerwono paznokciami i z czerwonymi butami na obcasie. Bardzo niejednoznaczny przez ten kostium i doskonale w nim się odnajdujący. Determinuje on całą jego grę, ruch bioder i wyraz postaci. Przyciąga uwagę, ale nie w sposób tandetny – facet z szpilkach wiadomo – tylko w jakiś drażniący sposób, fascynujący i niepokojący zarazem. I przynajmniej w moim przypadku nie dzieje się tak tylko dlatego, że nie widuję mężczyzny w kobiecym ubraniu kulturowym, bo mam taki przykład w życiu prywatnym, w życiu codziennym. Dzieje się tak dlatego, że jest to doskonale zespolone z postacią na scenie, jakby Weiss wyraźnie w didaskaliach określił kolor lakieru do paznokci i wysokość obcasów, zakładając konkretne zmiany w sylwetce i sposobie poruszania. A przecież wiem, że tak nie jest, że to wszystko zostało stworzone podczas pracy nad rolą. I tym bardziej mnie to zachwyca.

I znowu muszę napisać o kimś, o kim piszę zawsze, gdy jest na scenie, gdy przez nią przemknie, stanie na niej na chwilę – bo zawsze wtedy on GRA. O kimś, kto zagrał rolę, która była spełnieniem moich marzeń jeśli idzie o jego osobę i w nosie mam, że znowu chwalę, że sie zachwycam i wielbić już zaczęłam, bo TAK- jestem fanką i nie zapowiada się, żebym być nią przestała (tym bardziej, że poza sceną jest to nie tylko bardzo mądry, ale też skromny człowiek). Paweł Dobek – Markiz de Sade.

1900020_272877412872251_284038885_n

fot.M. Zacharow

Standardowo aktor ten gra w każdej sekundzie na scenie, nie wychodzi z roli, a na jego twarzy można obserwować cały wachlarz emocji i wariacji na ich temat. De Sade nie jest postacią łatwą, nie jest postacią prostą do zinterpretowania i rozpracowania. A on to robi. I choć sam twierdzi, że to dopiero początek drogi, to ja sie zastanawiam, co jeszcze w tym de Sadzie odnajdzie, czego się jeszcze w nim dogrzebie? Ile wrażeń zagwarantuje?

Za każdym razem też przeżywam wielkie zaskoczenie, gdy zmyje już makijaż, zdejmie kostium i stanie w swoim codziennym ubrania obok. Bo to jest taki skromny, młody mężczyzna, który na scenie staje się absolutnie wielki. Mam wrażenie, że jest wyższy i potężniejszy, chociaż przecież doskonale widzę, że fizycznie nie jest. Swoją grą obudowuje swoją fizyczną postać. I robi to wspaniale.

I z całego tego przeglądu aktorskiego, z zachwytów, z doświadczenia talentu i zaskoczeń tym, że tak młodzi ludzie potrafią tak świetnie budować swoje role – wypływa ogólna treść. Aktualność wydarzeń scenicznych jest zatrważającą. Nie tylko dlatego, że właściwie klasy społeczne i ucisk uboższych jest czymś stałym i niezmiennym, co zawsze pasuje i zawsze jest aktualne. Chodzi właściwie o przełożenie jeden do jednego tego, co oglądamy na scenie i tego, co oglądamy na co dzień w telewizji. W teatrze Francja, w telewizji Ukraina. I te same wątpliwości – komu służy rewolucja? Kto czerpać będzie zyski z przewrotu, w którym giną ludzie niewinni? Kto ma interes w takim zrywie historycznym?

Chciałoby się powiedzieć, że jest coś w tej sztuce z koncepcji obłędu Sartre’a, gdyż z całą pewnością można stwierdzić, że tylko szaleńcy mówią prawdę. Nadwyrężone chorobą zmysły zwiększają swoją ostrość odbierania świata. I mówią jak jest. Oceniają rewolucję bezwzględnie, oceniają przemiany społeczne z doskonałą precyzją, komentują przewroty polityczne bez posługiwania się polityczną nowomową. Ale jeśli ktoś chciałby prostego rozwiązania i jasnej, i klarownej odpowiedzi, czy przedstawienie jest pochwałą czy potępieniem czynu rewolucyjnego – to na próżno będzie go szukać. Jak mówi ze sceny sam de Sade – nie ma sensu mówić ostatniego słowa. Nie ma sensu stawiać kropki nad i. Bo nie można oczekiwać od szaleńców, że dadzą nam na talerzu wszystkie odpowiedzi. Oni tylko zadadzą nam bardzo niewygodne pytania.

Reklamy

2 thoughts on “W tym szaleństwie jest metoda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s