Uwielbiam czytać Clarksona

Uwielbiam czytać Jeremy’ego Clarksona. Nie dlatego, że się z nim zgadzam, bo bardzo często nie zgadzam się z nim zupełnie. Nie dlatego też, że jestem fanką motoryzacji i mnie ten nurt zachwyca, bo na samochodach się nie znam i znać się raczej nie będę (chociaż musze przyznać, że „Top Gear” uwielbiam, ale mam wrażenie, że to z tego samego powodu, dla którego uwielbiam czytać Jeremy’ego Clarksona). Nie chodzi bowiem o to, co on pisze, tylko JAK.

Te wszystkie jego aluzje i nawiązania, meandry dygresji i myśli osobistych, które prowadzą czytelnika w rejony, w które zaprowadzony być nie powinien, skoro czyta np. o motoryzacji, a ściślej – recenzje takiego czegoś, co się nazywa BMW 335i SE Coupe (brzmi to jak szyfr określający tajny projekt rządowy, wiec ja bym pewnie do tego nie wsiadła, bo może mnie w każdej chwili wystrzelić na orbitę okołoziemską, bo właśnie taki jest cel jego powstania). Z tych recenzji wyłania mi sie obraz życia Clarksona, zamiłowania jego żony, jego problemy codziennie i te niecodziennie, jego relacje z dziećmi i współpracownikami … dowiaduję się wszystkiego, poza tym, jakie są te samochody. No dobra, czasami jest tam coś o kontroli trakcji czy miękkości zawieszenia lub o napędzie na tylną oś, ale jest to ułamek całego tekstu.

Jeszcze bardziej lubię jego felietony, w których komentuje wszystko dookoła. I ponownie nie dlatego, żebym się jakoś z nim szczególnie zgadzała. Nie wyobrażam sobie postrzegania świata jako właściwego do podziwiania go zza okna samochodu pędzącego z zatrważającą prędkością, a mam wrażenie (przynajmniej taki obraz tegoż się wyłania z tekstów Clarksona), że on najchętniej tylko tak by ten świat oglądał. Ale to, z jakim humorem on różne sytuacje opisuje, jak trafnie spostrzega rzeczy, których inni nie zauważają – a jego analiza tych rzeczy jest wtedy drugorzędna, choć sposób jej wyrażania jest z całą pewnością pierwszorzędny.

IMG_8578

Dokładnie te same powodu nakłaniają mnie do tego, żeby zasiadać przed telewizorem i oglądać „Top Gear”, którego jestem wielką fanką, a do którego scenariusze pisze m.in. Clarkson. W życiu nie wpadłabym na to, że można testować zawieszenie samochodu poprzez jazdę nim z durszlakiem z jajkami podwieszonym pod sufitem. Nie wpadłabym też na to, że wytrzymałość samochodu mierzy się jego przetrwaniem na dachu wyburzanego wieżowca czy na plaży podczas przypływu. A oni wpadli, zrobili to i pokazali. W ogóle mnie oglądalność tego programu nie dziwi, bo ja się naprawdę na motoryzacji nie znam i często nie mam pojęcia o czym oni tam dokładnie mówią, ale oglądam z zachwytem i wyłapuje co pikantniejsze wypowiedzi. A już do obłędu doprowadza mnie to, ile kamer bierze w tym przedsięwzięciu udział. W różnych miejscach pracowałam, ale na stanie było chyba mniej sprzętu, niż oni mają przy jednej realizacji. Ja to liczę i mi jakieś 10-15 kamer wychodzi, a tedy płakać mi się chce, że nigdy takiego programu robić nie będę. Nie dlatego, ze jestem totalnie beznadziejna i pewnie nawet nie dlatego, że zupełnie na motoryzacji się nie znam, tylko dlatego, że nie pracuje w BBC. Ale Clarkson pracuje, program taki robi i robi to z takim specyficznym poczuciem humoru, niezwykłym stylem, że nie ma sobie równych. Chociaż musze przyznać, że towarzystwo ma tam przednie. Taki James May jest bardzo ważną postacią. Jednak gdyby to on nadawał tempo programowi motoryzacyjnemu, w którym tyle jest różnych wątków, to pewnie program ten trwałby jakieś 4 do pięciu godzin. No i jest jeszcze Richard Hammond zwany Chomikiem (chociaż zupełnie nie wiem dlaczego, bo jest fantastyczny i cudowny i raz mi się śnił i nie był to sen całkiem niewinny… już nic nie piszę), ale jest ta niewielki, że gdyby tylko on prowadził ten program, to można by było uznać, że właściwie program prowadzi się sam.

I nie wiem, czy oni mieliby takie oderwane od rzeczywistości pomysły, jakie przejawia Clarkson. A dokładnie to mnie do niego przyciąga– to mówienie o czymś poprzez mówienie o czymś zupełnie innym i tak daleko idące aluzje, że tylko wytrawny czytelnik lub najzwyczajniej w świecie doskonale obyty ze stylem Clarksona, jest w stanie stwierdzić, co autor ma na myśli.

Teraz przeczytałam jego recenzję pewnego samochodu ( i nawet nie wiem, jakiego samochodu, takie istotne ma to dla mnie znaczenie). Była ona ze wszech miar motoryzacyjne – było w niej o przemieszczaniu sie autostradą i innymi drogami, było o korkach, w których można ugrzęznąć po 17 (skąd ja to znam – a nawet nie jestem kierowcą), było o złym oznakowaniu dróg, co może sprawić ,że zamiast do celu pojedziemy w piękne rejony, w których będziemy mogli podziwiać cudowny krajobraz, ale zdecydowanie nie odpocząć ulubionym fotelu. Recenzja ta miała wszelkie znamiona tekstu motoryzacyjnego, ale nigdzie nie mogłam znaleźć ani słowa o samochodzie. Jednak byłam dzielna, bo znam styl Clarksona na tyle dobrze, że wiem, że tam czasem na końcu znajduje się objawienie. I tym razem również się znalazło – odwołanie do recenzowanego samochodu składało się z całych dwóch obszernych zdań, które zajęły 3 linijki. I chyba bardzo dobrze dla tego samochodu. Bo gdyby było o nim coś więcej, to już chyba nikt nigdy nie zbliżyłby się nie tylko do tego modelu (którego oczywiście nie pamiętam) ale do całej marki (o której oczywiście nie mam pojęcia).
I właśnie dlatego uwielbiam czytać Clarksona.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s