Wpis prawie motoryzacyjny

Zastanawiam się nad tym, kto wymyśla nazwy dla samochodów (tak – nadal czytuję sobie Clarksona piszącego o motoryzacji). Nie chodzi mi tu o nazwy założycielskie jak Ford czy Mercedes, bo ich geneza jest prosta i klarowna. Chodzi mi o to, co dzieje sie dalej, o całe zestawy liter i cyfr, obcych słów i zestawów brzmień, które  może i stanowią jakieś dookreślenie modelu, ale mam wrażenie, że tylko  ludzie bardzo wtajemniczeni, znający wszystkie odpowiednie szyfry wiedzą, co to znaczy.

Przykład? Proszę bardzo: Volkswagen Transporter T30 TDI 174 Sportline (samochód wyglądający jak stara dobra Nysa, tylko z nieco nowoczesnym designem) albo Megane Ranaultsport 230 F1 Team R26. Jak to wpisać do dowodu rejestracji? Jest tam tyle miejsca czy trzeba dokleić pasek papieru, żeby to się zmieściło?

IMG_8718

Naprawdę nie rozumiem, po co te wszystkie samochody mają tak wymyślne nazwy.  Jak normalny, przeciętny człowiek ma się zorientować, co to znaczy, z czym to się wiąże i czy na pewno tego potrzebuje w swoim życiu. Powinien zapisać się na jakieś kursy i szkolenia? Nie sądzę bowiem, żeby w ramach zwykłego kursu na prawo jazdy możliwe było jeszcze zapoznanie się z tym, co dzieje się w świecie motoryzacji i czym potem będziemy jeździć z wykorzystaniem swoich nowonabytych  umiejętności.

Samochody powinny się nazywać tak, żeby każdy wiedział, czy jest nimi zainteresowany i czy ich potrzebuje.
„Porządny i solidny samochód dla tych, którzy lubią nim jeździć, a nie się nim opiekować”
„Seksowne autko dla mężczyzny po czterdziestce, który siwieje/łysieje i zaczyna wątpić w swoją męskość”                                                                                                               „Pakowny samochód dla kogoś, kto po wyprzedażach wyjeżdża z połową asortymentu w danym sklepie”

IMG_8720

To by było jasne i klarowne. To by coś znaczyło, a nie wymagało użycia kalkulatora i słownika  jak Ferrari 599 GTB Fiorano czy Lexus GS 450h SE-L. Naprawdę takie nazwy istnieją (jak ktoś nie wierzy to może sobie sprawdzić). Ja wiem, że te nazwy są też długie, ale jest to jakoś uzasadnione w przeciwieństwie do tych, które stosowane są obecnie.
Wtedy wiedziałbyś, że nie potrzebujesz „Dużego terenowego samochodu dl rodziny z trójką dzieci i dużym psem mieszkającej za miastem” skoro jesteś singlem mieszkającym w centrum miasta i pracującym w tym samym miejscu. Wtedy nie potrzebujesz żadnego samochodu, bo jest komunikacja miejska, która umożliwiłaby ci przemieszczanie się po mieście i nie wymuszałaby od ciebie zarobienia w każdym miesiącu tysiąca złotych na benzynę i drugiego tysiąca na parkowanie w mieście.

Ale jakimś dziwnym trafem uparłeś się, żeby go kupić, więc kupujesz sobie „Mały, zwinny samochodzik dla singla do jazdy po mieście”.  I jeździsz nim dlatego, że twoja praca mieści się całe 10 kilometrów od twojego domu i nie masz pojęcia jak mógłbyś się tam dostać bez posiadania samochodu. Dlatego wsiadasz do niego każdego dnia i stoisz godzinek korku, przez co masz czas, żeby zastanowić się na swoim życiem. A ze okoliczności tego zastanawiania są takie, jakie są, to stwierdzasz, że twoje życie jest totalnie nudne i bezproduktywne. Zaczynasz zastanawiać się ,gdzie popełniłeś błąd, co zrobiłeś nie tak. Przecież jesteś wykształconym, mądrym członkiem, który kupił sobie wspaniały, dostosowany do swoich potrzeb samochód. Niezależnie od tego, czy nazywa się od „Mały, zwinny samochodzik dla singla do jazdy po mieście” czy Mercedes Smart (może on i jest smart, ale zdecydowanie nie jest beauty, gdyż wygląda jak reszta z Fiata Panda po jakimś wypadku).

I siedzisz tak, i jedziesz w tempie 10 metrów na minutę. Samochody jadą coraz wolniej, twoje myśli biegną coraz szybciej. Widocznie dla kontrastu albo dlatego, że skoro już masz samochód, to coś, cokolwiek w twoim życiu powinno być szybkie. Ale nie jest. I dopada cie frustracja.

I w końcu robisz to, co Michael Dauglas w filmie „Upadek”. A to nie jest dobre.

Reklamy

3 thoughts on “Wpis prawie motoryzacyjny

  1. Dlatego jeżdżę tramwajem :) Ba nawet prawka nie mam, choć faktycznie w dzisiejszym świecie jestem dziwolągiem, ba nawet kilka ofert pracy mi przez to przeszło koło nosa ;/

    Bardzo fajny blog :)

    • Bardzo się cieszę, że blog się podoba.

      Ja też nie mam prawa jazdy, ale mam za to trzymiesięczną migawkę i naprawdę daję radę żyć, pracować i wychowywać dziecko bez samochodu :)

  2. Fajny post. Czego to marketingowcy nie wymyślą…
    Swoją drogą, autorzy reklam aut NIGDY nie pokażą Wam aut na zakorkowanych ulicach (gdzie obok na rowerach pomykają sobie fajne dziewczyny i chłopaki). Droga w reklamie zawsze jest pusta, a podróż – niczym niezakłócona. Matrix? Otóż to. Nie byłoby złym pomysłem nakręcić i emitować reklamę społeczną, która przedstawiałaby autokalipsę. Kongestię i korki, zanieczyszczenie powietrza, wypadki, koszty zajmowanej przestrzeni (i oszpecenie miast), choroby wynikające z braku aktywności fizycznej oraz wykluczenie społeczne ludzi niezmotoryzowanych, którym odebrano lub ograniczono możliwość poruszania się (choćby likwidując zbiorkom).

    Polecam film pt. „Taken for a Ride” (pol. „Wpuszczeni w korek”) o tym, jak General Motors za pomocą spółki zależnej – National City Lines – doprowadził do upadku komunikacji tramwajowej w USA, a później sukcesywnie uzależniał społeczeństwo od prywatnej motoryzacji. Widać, kto na tym skorzystał, a kto stracił najbardziej.

    Prawo jazdy mam… kategorii R (na rowery), RT2 (rowery towarowe dwukołowe) i RT3 (trójkołowe). I chyba będę wpisywać sobie w CV ;)
    W kwietniu 2010r. kupiłem pierwszego holendra i zaraz mi stuknie 5 lat codziennej jazdy. Zima czy lato, słońce czy deszcz. Pożegnałem się z migawką, choć nie z tramwajami. Wsiadam, jeśli zaskoczy mnie ulewa lub awaria… możliwość przewozu roweru w MPK za darmo to definitywny plus.
    Woziłem takie rzeczy, że autoholikom nie śniłoby się przewieźć ich inaczej niż pierdzipuszką. Cotygodniowe zakupy czy dwie zgrzewki mineralnej – to standard. Z ciekawszych rzeczy: nagłośnienie na Manifę, wielgachny kosz ze szpargałami po porządkach w piwnicy u Izy D., 30kg złomu miedzi i mosiądzu, wór kartofli albo trzy ziemi do kwiatków, choinka, serwer, inny rower, jakieś kable i narzędzia… Tym trójkołowym wiozłem rowery, jabłka (staliśmy z Hubertem na woonerfie i rozdawaliśmy rowerzystom), złom, a nawet trzyczęściową drabinę, choć dystans był raptem 100m.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s