SMACZNEGO!

Myślałam, że w Anglii poznałam najdziwniejsze wybryki kulinarne z jakimi mogłam się spotkać. Naprawdę po frytkach polewanych octem albo chipsach, które łącza te dwie rzeczy od razu i ma się gotowe smażone ziemniaki z octem prosto z torebki – niewiele mogłam jeszcze oczekiwać. Ale przyszło mi także skosztować fasolki w sosie pomidorowym sprzedawanej w każdym sklepie w ilościach hurtowych. Jedno co mogę powiedzieć, to fasolka po bretońsku to nie jest. Jest to coś, ale nie wiem do końca co. Jest też oczywiście chleb, który przypomina wszystko tylko nie chleb, a najbardziej przypomina gąbkę, o czym dobitnie świadczy jego chłonięcie wilgoci. Nigdy się nie zeschnie, za to pleśnieje bardzo sprawnie.

I mogłabym uznać, że o najgorszej kuchni świata wiem już wszystko, gdyby nie fakt, że na pewnym etapie życia trafiłam do polskiego szpitala. A to, co tam podają do jedzenia, nadaje się do napisania poematu, do stworzenia niezwykłej galerii zdjęć, do akcji artystycznych i społecznych, w sumie do wszystkiego, tylko nie do jedzenia.

Przede wszystkim dla mnie największym przekrętem żywieniowym jest kwestia obiadu, który sie należy bądź nie. Osobie, która w danym dniu wypisywana jest ze szpitala obiad się bowiem nie należy nawet wtedy, gdy obiad jest o 13, a wypisy zaczynają się od 15. Nie wiem co w sytuacji, w której osoba dana jednak wypisu nie dostanie, ale podejrzewa, że proponuje jej sie dietę bez-obiadową. Przy czym z drugiej strony osoby, które tego dnia do szpitala są przyjmowana, również nie są w stanie załapać się na pełnowymiarowy obiad, gdyż może im przynależeć co najwyżej zupa (o czym za chwilę). Nie wiem jak to jest liczone i kalkulowane, ale skoro na miejsce kogoś, kto wyszedł, wchodzi ktoś nowy, to chyba bilans obiadowy pozostaje bez zmian. Jednak uznano, że nikomu się przy takiej roszadzie obiad nie należy i po kłopocie. Pierwszy dzień szpitala zaczynamy od głodówki. Prawdopodobnie dobrze to robi na żołądek, jelita i wszystko inne, chociaż nie wiem, czy na pewno. Zwłaszcza jeśli rzecz się dzieje na oddziale ciąży powikłanej, na który pacjentka została skierowana z uwagi na słaby przyrost masy płodu. Zdecydowanie głodówka jest najbardziej niepożądaną metodą leczenia tej przypadłości. Ale co tam, może nie należy się ciężarnej obiad cały, ale sama zupa już może jej się dostać.

I przechodzimy do opisu poszczególnych potraw, co jest bardzo barwne i malownicze, ale one same w sobie nie są zachęcające, więc jedyne, co można im poświęcić to słów kilka. Zupa jest prawdopodobnie ze zmywaka, a nade wszystko tak pachnie i wygląda. Przywodzi na myśl ciesz powstałą z zalania zmywaka – ściery takiej do blatów- wodą i wygotowania z niej tego, co się tam akurat w ostatnim czasie wytarło. Dzięki temu codziennie można w niej znaleźć nowy aromat równie niezachęcający jak poprzedni.

Drugie danie przedstawia sobą obraz rozpaczy tak atrakcyjny jak ta nieszczęsna zupa. Moim absolutnym ulubieńcem był ten, którego bazą była kasza. Może i pokarm zdrowy, ale na pewno nie w sytuacji, w której jest rozgotowany i wygotowany tak, że trudno jednoznacznie stwierdzić, czy ta kasza jest jaglana czy gryczana. Pewne jest tylko  to, że jeszcze jest to kasza, a nie chociażby ryż. Zalane to było czymś, co prawdopodobnie było sosem z mięsa. Znaczy wnioskowałam z brunatnego koloru, bo nie z zawartości mięsa, gdyż tego tam nie było i dlatego nie mogę nazwać tego sosem mięsnym, a jedynie sosem z mięsa. Konsystencja dziwna, lekko glutowata wskazywała na szczodre zagęszczenie przy pomocy mąki i aż bałam się domyślać, że może nawet kartoflanej. W sam środek tego zalanego kopca pacnięte było jabłko. Chciałabym napisać dorodne, ale tak nazwać się go nie dało żadną miarą. Było nieobrane i lekko obite, przez co wyglądało jakoś dziwnie na miejscu w tym zestawie. Ale nie mam pojęcie, według jakich wskazań dietetycznych został skomponowany ten zestaw.

A oprócz obiadu są przecież śniadania i kolacje. Tutaj króluje chleb. Naprawdę dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak chleboburger (na szczęście nie miałam przyjemności sprawdzać tego na własnym podniebieniu), który składa się z bułki z kromką chleba. Musi być to wyjątkowo urozmaicony posiłek. Ja  osobiście doświadczyłam zestawu, w którym były cztery kromki chleba zestawione z kawałkiem tłuszczu, który był prawdopodobnie margaryną, bo na masło nijak nie wyglądał, ale nie odważyłam sie tego konsumować. Do tego dołączone były 2! plasterki mortadeli. Jeśli ktokolwiek myślał, że odeszła ona w zapomnienie wraz z PRL-em, to powinien udać  się do  szpitala, gdzie ma zagwarantowaną podróż w czasie, przynajmniej kulinarną. Mortadela jest dla mnie wędliną najniższych lotów, zwłaszcza ta jej polska wersja, niżej jest jedynie salceson i kaszanka, ale najwyraźniej w szpitalu mają zupełnie inne zdanie na ten temat. Chociaż może fakt, że dają jej tak mało, to jednak podsumowanie moich spostrzeżeń? Nie ma co za dużo tego jeść, bo wiele z sobą ten pokarm nie niesie. Dlatego każda kromkę chleba można obdzielić jedynie połową plasterka. Można też stosować metodę na szczucie zęba – położyć cały plasterek wędliny i przy każdym kęsie tak go odsuwać, by jedynie jednym zębem o niego zahaczać. Przy tej metodzie plasterek może starczyć nie na dwie kromki, ale nawet na wszystkie cztery. A drugi plasterek zjadamy sobie sam. Ze smakiem.

Jak o tym pisze, to na myśl przychodzi mi pewien obrazek i nim się tutaj podzielę

1455179_691809844170975_2081855141_n

Oczywiście pojawiają sie też inne specjały w zestawach szpitalnych takie jak serek topiony, który jest ponownym biletem do PRL-u w jedną strona. Są też parówki najgorszego sortu. Aż chciałoby sie powiedzieć, że wegańskie, bo jest tam wszystko, tylko nie mięso. Generalnie chciałabym porozmawiać z dietetykiem, który zatwierdza takie menu i zapytać go, według jakich wytycznych to robi, bo jest to dla mnie odwieczną zagadką.

Tekst ten pierwotnie zamierzałam okrasić zdjęciami posiłków, które można zobaczyć na facebookowej stronie Posiłki w szpitalach. Ale uznałam, że byłoby to zbytnie okrucieństwo, by robić to bez ostrzeżenia. Każdy o silnych nerwach i jeszcze silniejszym żołądku może to zrobić sam na własne ryzyko. A jest co oglądać i co podziwiać, bo kreatywność ludzi odpowiadających za szpitalną dietę nigdy się nie kończy i wiecznie zaskakuje. Mnie też, chociaż wielu jej objawów doświadczyłam na własnej skórze, a właściwie żołądku.
W języku angielskim nie ma słowa „Smacznego”. Nikogo to nie dziwi, bo ich kuchnia nie zachęca do konsumpcji. W języku szpitalnym tego określenia też na pewno nie ma.

Advertisements

2 thoughts on “SMACZNEGO!

  1. Odnośnie szpitala – piszesz może o Barlickim? ;) Wczoraj czekałam na wypis babci przez 2h właśnie przed porą obiadową i też mnie rozwaliło, że niektórym przysługuje sama zupa. I, że sztućce trzeba mieć swoje..

    • Ja mam doświadczenie z Madurowicza i Rydygiera.
      A moja babcia wczoraj z Jonszera wyszła i kilka jeszcze HITÓW na świeżo dostałam ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s