Jezus też miał dwóch ojców

Jest wiele tematów, które do mnie powracają wraz z kolejnymi dyskusjami i postaciami interlokutorów (uwielbiam to słowo). Za każdym razem, gdy mówię to samo po raz piąty czy ósmy, zastanawiam się, czy nie lepiej napisać raz wszystko w tekście na blogu i mieć z głowy. Można wtedy w dyskusji internetowej podlinkować, a w dyskusji prowadzonej w cztery oczy też można do tego odesłać. Chyba takim tematem jest to, ilu ojców miał Jezus, jakie znaczenie w jego wychowaniu miał Józef, kto jest, a kto nie jest ojcem i inne zawiłości świętej rodziny, które obdzieliłyby niejeden scenariusz serialowy.

Postaram się jakoś szczególnie złośliwie nie obrażać osób szczerze wierzących w dogmaty, jak również we wszelkie nauki kościelne. Jednak oczekuję z drugiej strony niezaprzeczaniu prawom biologii i logiki, na które się będę powoływać. Oraz o szczere spojrzenie na rzeczywistość, w której tej jak i innym religiom przyszło funkcjonować.
Jednak jeśli ktoś jest wyjątkowo na punkcie swojej wiary i religii przewrażliwiony i nie jest gotowy spojrzeć na to wszystko z lekkim dystansem – nie powinien czytać dalej. Ani ja nie mam ochoty na doprowadzenie go do skraju rozpaczy, ani ten ktoś na pewno nie chciałby być na ten skraj zawiedziony. Przeto uprasza się o zastanowienie przed dalszą lekturą. Czytaj dalej

Reklamy

Złośnica ocalona

Chociaż to właśnie na „Poskromieniu złośnicy” dostrzegłam niebywały potencjał w młodych aktorach Teatru Studyjnego i  rozpoczął się w ten sposób mój powrót do teatru, to jednak z perspektywy było to moim zdaniem najsłabsze ich przedstawienie. Tym bardziej zaskakiwały mnie głosy innych, którzy widzieli je później, że właśnie bardzo dobre, bardzo sprawnie opowiadające całą historię i ogólnie utrzymane w klimacie. Gdy taki pogląd wyraziła badaczka Szekspira i nawet stwierdziłam, że przedstawienie to jest lepsze niż takie grane w innym łódzkim teatrze – zawodowym, postanowiłam sprawdzić to organoleptycznie i ponownie „Poskromienie złośnicy” obejrzeć. Czytaj dalej

Mobilizujące kompleksy

Podobno, żeby nie pogrążać się w kompleksach, należy przestać otaczać się ludźmi zdolnymi i potrafiącymi tyle, że pięciu by obdzielił, a nie jednego.  Mnie jakoś nie jest dane, bo ciągle wokół mnie ludzie zdolni i pracowici, pomysłowi i sprawnie realizujący swoje nawet najbardziej zwariowane pomysły, a ja staram sie nadążyć i nadrabiam zaległości, bo ciągle mi się wydaje, że skoro oni mogą, to ja też mogę więcej i lepiej.

Ale im bardziej się staram tym bardziej widzę, że niektórych nijak nie dogonię i to z różnych powodów. Jednak te moje „kompleksy” to nie jest jakieś totalne załamanie, tylko kolejny kopniak, który mi się każe znowu postarać, nawet jeśli to oznacza, że będę kompulsywnie pisać kolejne teksty na bloga czy w jakiś inne miejsca.  Poza tym nie zazdroszczę im niczego, bo przecież oni okupują te swoje sukcesy swoją własną praca i wysiłkiem, przez co musze uczciwie stwierdzić, że jakby ja postarała się bardziej (albo czasem po prostu inaczej), to bliżej nich bym sie znaleźć mogła. Czytaj dalej

Skandynawski bajkopisarz

W dzieciństwie przeczytałam wszystkie baśnie Hansa Christiana Andersena pełne okrucieństwa i koszmarów. Nikt inny nie dorównuje temu duńskiemu pisarzowi w opisywani horrorów, nawet bracia Grimm. Ja miałam intensywny weekend z tym bogactwem skrzywionej wyobraźni, której nie powstydziłby się sam markiz de Sade i chociaż nigdy już do tych baśni nie wróciłam, to zrobiły na mnie tak piorunujące wrażenie, że pamiętam to do dziś.

W dorosłym życiu znalazłam dla siebie innego bajkopisarza, który tworzy krwawe i okrutne historie, ale nie są one pozbawione baśniowej prawidłowości – dobro zawsze zwycięża, choćby przez większość czasu było tłamszone i ranione, a czytelnik ma wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. Jednak tak samo jak od Andersena nie wymagamy, by wszystko było realistyczne i wierzymy w syreny śpiewające pod wodą, w samo tańczące pantofle i inne dziwi, tak samo od tego pisarza nie powinniśmy wymagać, by wszystkie postaci były realne i nawet podoba mi się to ,że wyposaża je w nadprzyrodzone moce. Przez to historia niby ogólnie dość realna zaczyna być baśnią, w której dobro jest dobrem, zło złem, a moralność związana jest z tym, co trzeba robić i co się robić powinno. Czytaj dalej

Panie Adamek – zaczyna się punktowanie

Tomasz Adamek był bokserem. W ryj dać umiał dać i odnosił w tym sporcie sukcesy. Piszę był nie dlatego, że ucięło mu ręce i nigdy w życiu nikogo już nie uderzy, ale dlatego, że najwyraźniej uznał, że kariera sportowa jest mu już niepotrzebna, bo teraz się zajmie polityką. Pewnych rzeczy się nie robi i wszyscy o tym powinni wiedzieć, ale najwyraźniej nie wszyscy wiedzą. Adamek był szanowany, przynajmniej w kręgach boksem zainteresowanych i był doceniany przez kibiców. Teraz jest brany pod lupę z każdej strony. A ż pod lupa wszystko widać lepiej, to i dopatrują się z jednej i drugiej strony czegoś w jego przeszłości, co raczej stawia go w świetle gorszym niż lepszym. Jako boksera mało go to mogło obchodzić. Jako polityka musi go to obchodzić bardzo, bo w celu dyskredytacji wygrzebie mu się każdy życiowy błąd, dokopie się do niego, bo polityk musi być nieskazitelny. Jasne, że jedynie na papierze i w idealistycznych wyobrażeniach, ale jednak jest takie pojecie ogólne i aż ręce świerzbią, żeby udowodnić, że ktoś pretendujący do tytułu polityka taki nieskazitelny nie jest i znokautować go już po pierwszym dzwonku. Czytaj dalej

Słoikowa hi(p)steria

O hipsterach niczego już pisać nie trzeba, bo o ich wyglądzie i zwyczajach napisano już wszystko na poważnie i z zacięciem humorystycznym, a nawet tworzono o nich filmy jako przewodniki wizualne pozwalające poznać bliżej tę jakże niepoznawalną subkulturę. Kiedyś było zdecydowanie łatwiej, bo hippisi nie zmienili się nijak od momentu powstania i nawet ich ubrania wyglądają dokładnie tak samo na przestrzeni lat. Podobnie jest ze skinami czy grunge’owcami (chociaż teraz mają łatwiej, bo wielu projektantów postanowiło produkować fabrycznie dziurawe spodnie, a w latach 90. Wymagało to godzin spędzonych na artystycznym dziurawieniu ich i wyciąganiu odpowiedniej ilości nitek, by wyglądało to na efekt przypadkowy powstały po przechodzeniu przez płot; chociaż może bardziej na skutek pielgrzymki na Jasną Górę, bo jednak większość tych dziur pojawiała się w okolicach kolan). Czytaj dalej

Króliki, dzieci i klauni

Powinno być coś o jajkach, babkach, kurczaczkach i barankach, ale jakoś żaden z tych elementów specjalnie mnie nie pobudza intelektualnie, bo niby w jaki sposób mógłby to robić? Wszystkiemu temu najbliżej do bloga kulinarnego, a mój takim blogiem w żaden sposób nie jest. Uznałam nawet niedawno, że mam najmniej apetyczny dział kulinarny, bo ostatnio jak już o jakimś jedzeniu piszę, to jest to jedzenie niesmaczne – chociażby szpitalne.

Ale na szczęście nie samą chrześcijańską symboliką i ekscesami kulinarnymi Wielkanoc stoi, bo jednak coś tam to święto przejęło ze spuścizny wierzeń poprzednich i tak obok kurczaczka i baranka hasa sobie swawolnie w koszyczkach zajączek czy też króliczek – zdania są podzielone. Jak mi ktoś wyjaśni jaki związek ma zajączek ze zmartwychwstaniem, bo będę bardzo wdzięczna, bo zgrzyt tu jest okrutny, ale wystarczy pogrzebać trochę głębiej, a sens się wyłania. Przejęcie przez Wielkanoc terminu świętowania odrodzenia życia po zimie i płodności wszelakiej nie przebiegło  bezobjawowo i ten króliczek został. Co ma z płodnością wspólnego to chyba nikomu tłumaczyć nie trzeba, a jak ktoś ma wątpliwości to niech sobie kupi parkę królików i sprawdzi, jak szybko będzie musiał szukać większego mieszkania. Czytaj dalej