Leonce, Leonce … a potem długo nic

Kolejny dyplom w Teatrze Studyjnym. Jeszcze przed – myślę sobie, że może tym razem jeden aktor nie zdominuje mi całości przedstawienia, że może będę mogła skupić się na kimś innym, a on tym razem nie ściągnie sporego kawałka mojej uwagi. I zastanawiam się, czy nawet jeśli tak się nie stanie, to nie powinnam ciągle pisać o nim w samych superlatywach, że już dość, że już wystarczy.
A potem patrzę na niego na scenie i oczu nie mogę oderwać. Wiem, że na nic te moje przewidywania, zarzekania i obietnice, bo znowu pokazuje w pięknej formie to, czym jest teatr. Każdym słowem, gestem, a nade wszystko mimiką.

Paweł Dobek został w pewnym momencie tagiem na moim blogu i za każdym razem, gdy widzę go na scenie, za każdym razem, gdy o nim pisze, wiem, że nie mogło stać sie inaczej.

Jasne, że przedstawienie „Leonce i Lena” to nie tylko Paweł Dobek, bo aktorzy naprawdę dobrze to grają, bawią się na scenie doskonale i przekłada się to na publiczność, która bawi się jeszcze lepiej, bo jest tam dla rozrywki, a nie w pracy. Reżyser – Łukasz Fijał wykonał doskonała pracę podobnie jak scenografką – Ewelina Pietrowiak i wszystkie tryby tego przedsięwzięcia współgrają ze sobą.
Oczywiście standardowo najtrudniej mają kobiety – aktorki. Nie tylko dlatego, że jest ich mniej i jak już pojawiają się na scenie, to od razu są na cenzurowanym i muszą udowodnić, że przebiją się w tym męskim świecie. A chociaż nie ma tutaj dużego wyboru, to muszę przyznać, że na mnie dużo większe wrażenie zrobiła Anna Wysocka. Już w chwili, w której pojawiła się jako Rosetta. Przywodzi na myśl Ritę Hayworth i ma ten sam poziom nienarzucającego się, ale obezwładniającego seksapilu. Spod którego przebija treść. I nawet poubieranie jej później w tony ciuchów i narzucenie ciężaru postaci znacznie starszej – nie zmienia uwodzenia scenicznego, chociaż zupełnie innymi narzędziami. Jak zwykle mnie aktorzy kupują mimiką (patrz- > Paweł Dobek) i ona też mnie tym kupiła.

998459_284578345035491_879968080_n

fot. M.Zacharow

Tym razem zadziwił mnie Jacek Knap, którego przecież widziałam w „Poskromieniu złośnicy”, ale aż trudno mi tu uwierzyć, że to ten sam człowiek. A to dla aktora chyba komplement. Zupełnie inna rola i zupełnie inny styl gry, a ja musze przyznać, że ten mi zdecydowanie bardziej odpowiada. Całość jest lżejsza, a przez to jego głęboki głos unosi widza ponad kolejnymi dialogami.
Przekleństwem Jakuba Kryształa jest to, że zawsze jest dobry. Nie ma skoków i nagłych zmian i zaskoczeń. Tutaj również był w roli od początku do końca jak w „Próbach” czy „Maracie/Sadzie”. I właśnie dlatego nigdy nie mogę napisać, że mnie zaskoczył albo rozczarował. Utrzymuje stały poziom i jest to dobry poziom.

Bardzo zaskoczyła mnie natomiast rola Mariusza Krakowiaka. A właściwie nie rola tylko to, co z nią zrobił. Jest moim absolutnym zaskoczeniem tego spektaklu, być może dlatego, że wcześniej jakoś nie miałam okazji go obserwować. I chociaż bardzo sprawnie dzieli się rolą z Patrykiem Palusińskim, to jest w jego wykonaniu dużo bardziej wielobarwna niż w wykonaniu kolegi. Ale ten przecież miał dodatkowy ciężar w postaci Pawła Dobka z nim grającego.

Zastanawia mnie, czy nie lepiej by było, żeby tym razem z Pawłem Dobkiem zagrał właśnie Mariusz Krakowiak, a Patryk Palusiński mógłby grać w parze z Michałem Barczakiem. Ale to jedynie moje gdybania i nie należy wchodzić w kompetencje reżysera. Postanowił, że jednak Palusiński zmierzy się w parze z Dobkiem  – podobnie jak w przedstawieniu „Marat/Sade”.

Trud jaki to niesie widać w drugim akcie, w którym obaj są na scenie.

10155680_284578245035501_401500161_n

fot. M.Zacharow

Nie mogę powiedzieć, żeby Patrykowi Palusińskiemu, który gra w tej chwili na środku sceny, czegokolwiek brakowało. Absolutnie nie. Wszystko ma odpowiedni wyraz, wartość i energię. Jego tekst jest ekspresyjny i całość dobrze zagrana. A jednak po raz kolejny wzrok przyciąga Paweł Dobek, na którego twarzy dzieje się teatr.
To niesprawiedliwie, bo on ma coś , czego nie mają inni. Nie chodzi o talent, bo tego trudno odmówić wielu młodym aktorom Teatru Studyjnego. To jakaś wartość naddana. Dodatek do telentu.
Wie się, co on gra – od początku do końca. Nie tylko z uwagi na talent i to coś, ale też dlatego, ze nie bazuje on wyłącznie na tym, co ma w sposób przyrodzony, ale podchodzi do każdej roli intelektualnie. Rozpracowuje ją, rozgryza, przedziera się przez nią, by na koniec stworzyć bardzo spójną i czytelną całość.

Wszyscy włożyli dużo pracy w to przedstawienie, co widać na każdym kroku.
Wspomniany już Patryk Palusiński tutaj podoba mi się znacznie bardziej niż w Maracie. Gra ciekawiej i bardziej wielowymiarowo. Tamta wanna wyraźnie go spłycała.
Bardzo podoba mi sie też Michał Barczak, którego plastyczność ruchów jest niebywała. Nie sposób nie zauważyć jego przygotowania baletowego, które widoczne jest w każdym ruchu nóg. Ale jego gra to zdecydowanie więcej i radość bijąca z twarzy w różnych momentach wywołuje mimowolny uśmiech.

I ja to wszystko widzę i doceniam. Podoba mi się to i złego słowa na Teatr Studyjny nie powiem, bo pokochałam to miejsce i ekipę tam pracującą. Jednak to Paweł Dobek przyciąga mnie najbardziej i magnetyzuje wszystkim tym, co robi na scenie (poza sceną też go uwielbiam, bo każda rozmowa z nim jest niesamowitym zderzeniem talentu ze skromnością i pokorą, co nieustannie mnie zadziwia).

10152408_284588918367767_1741465514_n

fot. M.Zacharow

I napiszę tutaj coś, co napiszę tylko raz i nie powtórzę tego na pewno bardzo długo. Paweł Dobek daje mi w teatrze ten poziom ekspresji i taką dawkę emocji, jaką pamiętam z czasów, w których chodziłam do teatru na Bronisława Wrocławskiego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s