Wiele hałasu o Samobójcę

Inauguracja 32. Festiwalu Szkół Teatralnych zwieńczona była przedstawieniem „Samobójca” według  Nikołaja Erdmana w wykonaniu studentów PWST Kraków. Całość reżyserował Jerzy Trela i chociażby to kazało mieć spore oczekiwania do przedsięwzięcia. Tym bardziej, ze poprzednim razem biorąc na warsztat tę sztukę, osiągnął wraz ze studentami spory sukces. W 1998 roku w ramach 16. Festiwalu Szkół Teatralnych za rolę główną w „Samobójcy”- Podsiekalnikowa – Dariusz Toczek otrzymał Grand Prix, natomiast pierwszą nagrodę za rolę Serafiny zdobyła Sonia Bohosiewicz.
W tym roku byli też tacy, którzy przeglądając program festiwalowy uznawali, że to jedyny tytuł warty obejrzenia i zainwestowania swojego czasu.

Nie wiem czy z uwagi na te wszystkie przesłanki, czy z prostego powodu, że spektakl był niejako doklejony do inauguracji festiwalu, na której i tak byłam z powodów zawodowych, „samobójcę” obejrzałam od początku do końca. A było to nie lada wyzwanie, bo trwa 2 godziny i 45 minut.

Musze przyznać, że były to prawie trzy godziny zmagań z materią sztuki. Bardzo dobrą materią, bo tekstowi Erdmana niczego nie można zarzucić. Najlepsze momenty (oczywiście według mnie) wynikały z dobrze napisanego tekstu, którego humor trafiało mnie bezbłędnie. Niestety do czasu, bo w trakcie zaczęło mnie to wszystko zwyczajnie męczyć.

Mam wrażenie, że aktorzy nie do końca  wiedzieli co i jak chcą grać. Nerwowo rzucali się po scenie i wyrzucali z siebie coraz głośniej i głośniej tekst, krzycząc niejako do widowni czy na widownie. Jakby mocą wykrzykiwanych słów chcieli nadrobić niemoc ich interpretacji. Wszystko słychać było doskonale, tylko nic z tego nie można było usłyszeć.

10245317_693980937327052_683150708314868877_n

fot. E. Chrapusta

Apogeum osiągnęła Anna Paruszyńska  jako Kleopatra Maksimowna, która w pewnej chwili odgrywała na scenie ekstazę erotyczną. To miało być coś na kształt orgazmu bez samego stosunku (czego się bardziej domyśliłam, niż to zobaczyłam), ale histeryczne zachłystywanie się co i rusz powietrzem sprawiało wrażenie scenicznego ataku astmy i bardzo żałowałam, że nie mam pod ręką inhalatora.
W tym wszystkim wyróżniał się zdecydowanie Dominik Rybiałek jako główny bohater – Siemion Siemionowicz Podsiekalnikow. On jeden z całą pewnością wiedział co ma grać i właśnie to robił. Przede wszystkim nie krzyczał przez cały czas, tylko mówił, co niezwykle wyróżniało go spośród kolegów na scenie. I nie był przez to mniej zrozumiały, a wręcz przeciwnie. Cokolwiek mówił i robił, miało to swój wyraz i swoje znaczenie i było osadzone w roli. A gdy już krzyczał, bo ekspresja tego wymagała, to robiło to odpowiednie wrażenie, a nie niknęło w potoku innych kwestii. Natomiast w scenach zbiorowych, nawet gdy przez dłuższy czas milczał, jego twarz nie byłą nieruchomą maską, tylko cały czas wyrażała emocje odpowiednie dla danej chwili w życiu Podsiekalnikowa.

Był oazą aktorstwa pomiędzy kabaretem prezentowanym przez pozostałych ( no dobrze, musze być sprawiedliwa i stwierdzić, że jeszcze Magdalena Koleśnik jako Maria Łukianowna Podsiekolnikow nie przerażała mnie swoja sceniczną kreacją czy też jej brakiem, ale od zachwytów nad jej rolą jestem daleka). Dowodem na to, że mniej znaczy więcej. Wcale bowiem głośniej i bardziej nerwowo nie znaczyło lepiej. A nawet wywoływało we mnie chwilami poczucie zażenowania niczym u zgromadzonych na scenicznym bankiecie w trakcie (oczywiście coraz głośniejszego) opowiadania przez popa fragmentów anegdoty o Puszkinie w łaźni.

To było dobrze pomyślane przedstawienie, w którym widać zamysł reżyserski. Jednak osoba reżysera z jakąś wizja nie wystarcza, jeśli nie ma kto tej wizji podchwycić i nie ma umiejętności, by ją zrealizować. Nie tylko całość się bowiem liczy, ale też każda pojedyncza postać, która powinna być przeanalizowana prze aktora i naznaczona jego osobistą interpretacją, a dopiero potem złożone wszystkie w spójną całość. Tu czegoś brakło. Widocznie o ile zły reżyser jest w stanie popsuć spektakl nawet pracując z uzdolnioną ekipą, to w drugą stronę nie działa to w tak oczywisty sposób. Jeden człowiek nie zagra za wszystkich.

fot Ewelina Chrapusta

fot. E. Chrapusta

I dlatego chociaż dużo się działo i wiele mądrych słów było w tym przedstawieniu, to pomimo bogactwa na scenie niewiele z tego wynikało. Dużo więcej wynikało (z przydługiej jak dla mnie, ale bardzo sensownej) sceny finałowej, w której samotny  Podsiekolnikow konsumował pasztetówkę. Ale za to JAK.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s