Dostojewski przez kobietę zdominowany

Ze spektaklem „Szkice z Dostojewskiego” na podstawie „Idioty” i „Braci Karamazow” Dostojewskiego w reżyserii Mai Komorowskiej i wykonaniu studentów Akademii Teatralnej w Warszawie mam problem, bo nie tylko formalnie jest to podzielone na dwie części, ale w mojej świadomości to są właściwie dwa oddzielnie przedstawienia. Odmienne i nierówne pod każdym względem. I właściwie należałoby każde z nich opisać w osobnym tekście. Ale postaram się zespolić je jakoś i znaleźć jedno podsumowanie, które będzie właściwe dla obu. A jest to wyzwanie niczym dostanie się na sam spektakl.

Zacząć należy bowiem od tego, że choć przedstawienie grane było na Dużej Scenie Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi, to na tej scenie działo sie wszystko – była i scena, i widownia. Pewnie zadecydowały o tym jakieś względy techniczne, ale ze strony publiczności wyglądała ta sprawa nieciekawie. Przede wszystkim było znacznie więcej chętnych osób do obejrzenia spektaklu, niż miejsc na tejże widowni. Ludzie byli usadzani kolejno na krzesłach, schodach (bardzo twardych i niewygodnych, bo jeden przypadł mi w udziale i odcisnął piętno na moim ciele – skutki trwająco teraz), siedziskach, aż wreszcie na podłodze. Padło nawet hasło, żeby siadać jak sardynki, bo wtedy większa ilość osób będzie mogła przedstawienie zobaczyć. No i siadali ci ludzie jak sardynki, a bardzo zdeterminowani to nawet zdecydowali się stać, co przy założeniu 3,5 godziny trwania całości nie prezentowało się zachęcająco. Ale czego się nie robi dla sztuki? Ja podczas pierwszych dwóch godzin dowiedziałam się, co to znaczy dla sztuki cierpieć, ale stwierdzam, że było warto.

10314549_699670703424742_6248609210181452967_n

Pierwsza część bazowała na „Idiocie” Dostojewskiego. Najpierw na scenie pojawili się panowie, którzy nawet grali, jedni lepiej, drudzy gorzej, dało się to obejrzeć bez bólu duszy (bo ciało na schodach cierpiało). Ale naprawdę porwała mnie dopiero scena, w której pojawiła się Małgorzata Mikołajczak (Nastazja) – aktorka absolutna. Charyzmą i magnetyzmem mogłaby obdzieli dwie lub trzy osoby. Pojawia się na scenie i wszystko inne krąży wokół niej niczym planety wokół Słońca. I nie tylko dlatego, że akurat wiedzie prym w samej sztuce, czego dowodem było jej pojawienie się na chwilę w drugiej części spektaklu, gdzie właściwie tylko tańczy i ogania się od absztyfikantów, ale robi to tak, że nie sposób oderwać od niej oczu.

10250142_699670743424738_780778131933900256_nPanowie przy niej wypadali blado, cokolwiek mieli do zagrania. Jedynie  Ewa Jakubowicz  była partnerką, która  jako Agłaja w scenie szermierki słownej z Nastazją mogła dorównać  jej kroku. Chociaż nadal całej rozmowie tonu nadawała zarówno w sztuce, jak i na scenie, Nastazja. Właściwie nie wiedziałam, czy oglądam na scenie aktorkę grającą daną rolę, czy żywą Nastazje, która zeszła ze stron tekstu. Aktorstwo totalne. Dominowała bez cienia wątpliwości, porywała i to w jej rytmie płynęło całe przedstawienie i można było nawet cierpieć męki fizyczne, ale wartości duchowe pozwalały je przetrwać bez szemrania.

10330459_699670870091392_4629443011716717767_n Po przerwie wszystko sie zmieniło. Przede wszystkim Małgorzata Mikołajczak w drugiej części nie grała (poza tą jedną chwilą, w której przemknęła przez scenę pozostawiając po sobie wielki niedosyt) i nikt nie był w stanie powtórzyć tego, co zrobiła ona. Druga część to była ekwilibrystyka scenograficzna. Ciągle tylko wnoszono i wynoszono stoły, krzesła, ławy, kanapy … I pozwolę sobie więcej nie pisać, bo i po co? A chociaż mnie nikt nie porwał i nie przykuł mojej uwagi, to jednak daleka byłam od chrapania, co czynił jeden z widzów (drugi na szczęście spał w ciszy i tylko jego opadająca co chwilę głowa wskazywała na to, że inne wizja niż sceniczne ma przed oczami).
I na koniec wisienka na torcie – drabina. Bo naprawdę nikt sienie będzie zagłębiał w symbolikę drabiny i wyłaniał jej z przestrzeni dziejów, gdy jest jedynie rekwizytem scenicznym i oczekuje się od niej tego, że zagra.  W spektaklu nie miała ona żadnego zakotwiczenia. Wspinanie się na nią było o tyle dziwaczne, co niepotrzebne i niczego nie wnosiło. A ta drabina trwała niezmiennie na scenie sugerując, że jest ważna… nie była.

10329122_699670763424736_7774003866190909151_n
Bardzo żałuję, że „Szkice z Dostojewskiego” nie zakończyły się na pierwszej części. Nie dlatego, że 3,5 godziny w teatrze to sporo czasu, bo chętnie bym poświęciła i więcej (co nawet dzisiaj uczynię), żeby chłonąć sztukę. Zwyczajnie w drugiej części nie czułam, że cokolwiek chłonę. A po pierwszej byłam absolutnie kupiona, zachwycona, porwana i uwiedziona,  choć obolała. Zdecydowanie wolę takie cierpienie fizyczne, jakie zafundowała mi część pierwsza wraz z możliwością oglądania brawurowego aktorstwa Małgorzaty Mikołajczak.

***
Fotografie:  Bartek Warzecha / www.bartekwarzecha.com

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s