Kto może wiedzieć, co w pierogu może siedzieć?

Musiałam w środku dnia zjeść coś w mieście. Wybrałam się do lokalu, którego nazwa sugeruje, że są takie tylko cztery. Nie wiadomo natomiast, czy w mieście, kraju czy w skali całego świata. Nie ma to zresztą znaczenia, bo przecież tak naprawdę jest ich więcej i nawet nie wiem ile, ale nie ma to znaczenia.

Zaczęło się całkiem przyjemnie, ludzie siedzieli głównie na zewnątrz, bo przecież jest piękna pogoda, ale ja wybrałam klimatyzowane albo przynajmniej wentylowane wnętrze – grunt, że było tam chłodniej niż na skwarze pod parasolami. Po kilku minutach pojawiła się kelnerka z pytaniem:

– Może chciałaby pani kartę?

No chciałam, bo jakoś tak w celu konsumpcji się tam pojawiłam, a nie w celu posiedzenia w przyjemnych okolicznościach przyrody. Kartę przyniosła, podała do góry nogami i opuściła mnie, bym spokojnie oddała sie lekturze. Zanim pojawiła sie ponownie, przeczytałam już nie tylko całą kartę, ale też kilka stron książki, którą na szczęście miałam ze sobą.
Ale dobrze, że wróciła i mogłam zamówić calzone z pieczarkami i papryką oraz napój pomarańczowy.

calzone 1
Napój pojawił się niemal natychmiast w szklance  lodem.  Znaczy napój był oddzielnie i sama go sobie nalałam, ale przecież jestem duża dziewczynką i w ogóle nie o to chodzi (jeśli ktoś w trakcie lektury uzna, że się czepiam, to szczerze przyznaje, że na początku w ogóle nie przywiązywałam wagi do takich pierdów, ale całokształt tej obsługi szczerze mnie zaskoczył). I gdy już miałam napój to najwidoczniej wszyscy dookoła stwierdzili, że już jest to dla mnie pełnia szczęścia, bo na zamówione danie przyszło mi sporo poczekać, ale że miałam książkę, nie cierpiałam jakoś okrutnie. Chociaż trochę byłam już głodna.  Ten czas oczekiwania jest o tyle interesujący, że zamówiłam to calzone z uwagi na fakt, że jest ono gotowe i należy je jedynie podgrzać. Uznałam, że otrzymam prawie od ręki. Ale widocznie nie znam zawiłości obsługi w tym lokalu.
Przybliżyła mi je trochę kolejna sytuacja, gdyż byłam świadkiem  dziwnych rozgrywek między kelnerkami. Posiłek w rezultacie przyniosła mi inna kelnerka, niż ta, u której go zamawiałam. Ta natomiast pojawiła sie chwilę później z sosami do calzone i z tekstem na ustach:

– No to ja biegnę, a koleżanka przyniosła?

I pretensja w jej głosie była na tyle wyczuwalna, że zrobiło mi się przykro, że tak je do biegania przymuszam. Chociaż w sumie nie widziałam, żeby tam którakolwiek biegała, a mnie było wszystko jedno, kto mi jedzenie przynosi, byle było w odpowiedniej temperaturze.

Tyle, że zaraz po rozpoczęciu jedzenia okazało się, że moje calzone nie zawiera pieczarek i papryki, tylko ser i szynkę. Ciężkie musi być życie weganina w takim momencie, bo ja już nie chciałam dłużej tracić czasu i postanowiłam zjeść, co dali, ale nie omieszkałam poinformować kelnerki o tej niezwykłej zamianie i o tym, że gdybym była weganką, to byłby to prawdziwy problem.

Jej jedynym komentarzem było:

– Oj to ja powiem, bo chyba są pomieszane.

No było w czym mieszać, bo gdy zawitałam do lokalu calzone były aż dwie – jedna zamówiona przeze mnie i jedna, którą otrzymałam. Ale że tą weganką jednak nie jestem to dość szybko zjadłam i zaspokoiłam głód.  Chociaż w trakcie konsumpcji umilały mi życie reklamy radiowe dochodzące do moich uszu z głośników, które objawiły sie bogactwem środków na grzybicę stóp oraz preparatów na kurzajki. Nie jest to wina lokalu ani pracowników tegoż, że takie durnoty radio puszcza, ale można przewidzieć, że skoro bloki reklamowe w radiach pełne są tego typu treści, to należy jakoś nad tym czuwać, bo pomiędzy jednym a drugim kęsem mało kto chce słyszeć o zmianach w obrębie paznokci, do których doprowadza grzybica. Dobrze, że nie jestem obrzydliwa, bo akompaniament do posiłku to dość niewdzięczny.

screwdriver

Miałam jeszcze picie w szklance, a lód nawet nie zaczął sie rozpuszczać. Wcale nie chciałam wychodzić, tym bardziej, że w lokalu nie było poza mną nikogo i nie poganiał mnie tłum wygłodniałych ludzi czekających na stolik i dobijających się do drzwi niczym zombie w czasie apokalipsy. Ale najwyraźniej kelnerka uznała, że to jest moment, w którym powinnam się rozliczyć i zakończyć moja przygodę w tym lokalu, bo przyniosła mi rachunek z tekstem:
– To ja już rachuneczek zawczasu przyniosę.

A w środku była kolejna niespodzianka, gdyż dostałam nie jeden, ale dwa rachunki. Jakoś tak sprytnie wymyślono, że można mi oddzielnie policzyć napój i oddzielnie calzone. A ja jako klientkę sobie to sprawnie przy stoliku zsumuje. Dobrze, że nie był to obiad dla kilku osób złożony z wielu potraw, bo pół lasu trzeba by było na te rachunki wyciąć. Kusiło mnie nawet, żeby za jedną z tych rzeczy zapłacić gotówką, a za drugą  – kartą. Może byłaby to jakaś rozrywka w najwyraźniej monotonnym- sądząc po minach-  życiu tych kelnerek.

Samo zsumowanie rachunków  też nie był jakiś wyczyn matematyczny i gotowa byłam nawet od razu zapłacić i szybko ten napój wypić, żeby nie nadużywać gościnności kelnerek w lokalu, ale … kelnerki zniknęły. Zarówno ta, która przyjmowała zamówienie, jak i ta, która je przyniosła. Może miały jakąś gremialna przerwę, o której nie poinformowały klientów? Po 10 minutach czekania ruszyłam do baru, tam sobie zapłaciłam u pani obsługującej kasę i wyszłam z przekonaniem, że do tego lokalu to ja nie wrócę.

Reklamy

One thought on “Kto może wiedzieć, co w pierogu może siedzieć?

  1. Też jadam na mieście i też nie wybieram wymyślnych i wymagających długiego czasu przygotowania potraw, bo jadam poza domem nie dlatego, że w przeciwnym razie w ogóle z tego domu bym nie wyszła, tylko dlatego, że brakuje mi zarówno czasu jak i ochoty na codzienne „pichcenie”, zwłaszcza jeśli wracam późno. I, niestety, zdarzają się podobne historie. Nie dość, że napój do posiłku przynoszony jest na kwadrans przed posiłkiem – zupełnie, jakby ktoś chciał sprawdzić czy aby na pewno jestem głodna, bo może akurat tylko pić mi się chciało i sama nie rozpoznałam swoich potrzeb – to po czasie oczekiwania (np. 20 minut na sałatkę, którą sama wykonałabym w 3 minuty), następnie jedzenia – trzeba jeszcze odczekać na rachunek. Pomimo sygnału, że chcę zapłacić. Nie wiem, na co czekają. Aż przebrnę przez cały proces trawienia? Panienki przynoszą rachunek i natychmiast znikają – też nie rozumiem czemu, skoro już sięgam po portfel. Może zdarzają się klienci, którzy nie tylko oszczędności ale i pieniądze na bieżące wydatki trzymają w skarpetkach, w dodatku tych na nogach i kelnerki nie chcą uczestniczyć w sięganiu po nie, ale chyba nie zdarza się to nagminnie. Czasem mam wrażenie, że ja i pani kelnerka mówimy różnymi językami. Bo jak wytłumaczyć, że proszę o coś nieskomplikowanego i szybko, bo na wszystko mam 30 minut, a potem muszę wyjść, po czym w 29-minucie dostaję posiłek? Coś powiedziałam niewyraźnie? W dodatku wyjść nie mogę, bo przecież wcześniej postawiono przede mną napój, który w oczekiwaniu jednak naruszyłam i tak czy inaczej muszę zaczekać na rachunek. Rozumiem, że restauracja to nie bar szybkiej obsługi, ale chyba jakieś proporcje należy zachować? Kanapki i termos nosić ze sobą czy jak? Na obrzydliwe reklamy płynące z radia na szczęście nie trafiłam, współczuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s