„Kamień”… z serca

Każdy, kto mnie zna lub kto czytał to, co pisałam na blogu i w innych miejscach o teatrze wie, że byłam i jestem totalnie zakochana w poprzedniej ekipie Teatru Studyjnego. Chodziłam na ich spektakle namiętnie i bez opamiętania, bo niektóre potrafiłam obejrzeć trzy razy (Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade spotkał taki zaszczyt)

Z wielką zatem obawą postanowiłam wybrać się na pokaz przedpremierowy spektaklu nowego roku IV Szkoły Filmowej w Łodzi. Pierwszy dyplom, pierwsze spotkania z prawdziwą publicznością (miałam długą rozmowę na temat tego specyficznego określenia publiczności jako prawdziwej, bo właśnie w teatrze dopiero taką aktorzy spotykają; w szkole publiczność złożona jest z tych, którzy sami zajmują się teatrem a oni patrzą na tych młodych aktorów zupełnie inaczej) i to przy wypełnionej sali. Cztery przedpremierowe wieczory i za każdym razem brakowało miejsc, bo chętnych do obejrzenia tych młodych ludzi było więcej, niż możliwości Teatru Studyjnego. Mnie się udało.

Wejście na tę dobrze znaną widownię i wszystko inne. Tej scenografii nie znam, tych rekwizytów jeszcze nie widziałam, a wokół ich pełno – walizki, krzesła, fotele…
Walczący o młodych aktorów reżyser wydający się niektórym zbyt ostry, ale we mnie budzący ciepłe emocje. Bo ja wiem, jak ważny dla młodych ludzi jest dobry reżyser, który o nich powalczy, który nie pozwoli im wejść na głowę nawet publiczności.
Zapalają się światła i …
Staje się teatr. Ja się teatrem staje. Po kilku kwestiach ze sceny napięcie we mnie opada i z każdym kolejnym przekonują mnie do siebie bardziej. Już się nie boję, nie obawiam i zaczynam wierzyć, że ten rok aktorski również mogę pokochać. Choć jeszcze nie wiem, czy znajdę tam kogoś, kogo darzyć będę takim uwielbieniem jak w poprzednim roku jednego z aktorów. Ale wiem, że będę miała po co do nich przychodzić, że wprowadzą mnie w inne światy.

Tym razem na scenie przedstawiono „Kamień” według Mariusa von Mayenburga w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego. Dramat trudny, bo rozgrywający się niechronologicznie i przeplatający między sobą daty i zdarzenia. Czas widzom dookreślały daty wyświetlane z tyłu sceny. Wydarzenia widzom przybliżało pięć kobiet, młodych aktorek (Alicja Juszkiewicz, Paulina Nadel, Anita Tomczak, Kaja Walden i Barbara Wypych) oraz jeden aktor – Maciej Miszczak, który musiał odnaleźć się w tym żeńskim spojrzeniu na historie kraju i własnej rodziny. Sztuka jest kolejnym dowodem na ciągłą potrzebę rozliczania się z II wojną światową artystów niemieckich. Ale świeżości temu rozliczeniu nadaje fakt, że wszystko opisane jest z perspektywy kobiet – ich emocjami, przeżyciami i sposobami radzenia sobie z trudną sytuacją. Aktorki doskonale udźwignęły ciężar tej opowieści lekko przeprowadzając przez nią widzów.

Największe wrażenie zrobiła na mnie Alicja Juszkiewicz jako Mieze. Wyniosła i zdystansowana, chłodna ale jak się okazało także nieobliczalna, gdy w wąskiej sukni i szpilkach zaczęła wymachiwać siekierą rąbiąc fortepian. Ale nie to w jej wykonaniu zrobiło na mnie największe wrażenie. Dużo w sztuce jest policzkowania i za każdym razem wydawało mi się ono nazbyt ostrożne i delikatne. Gdy Alicja policzkuje Barbarę Wypych grającą Withe – klaśnięcie jakie to wywołuje roznosi się po sali echem i w końcu wywołuje (przynajmniej we mnie) reakcje, jaką taki gest powinien wywołać.

 

Jednak nie mogę powiedzieć, że tylko ona na mnie wrażenie zrobiła, bo w niczym nie ustępowały jej Barbara Wypych płynnie przechodząca przez trzy etapy życia swojej bohaterki czy Anita Tomczak jako Heidrun raz za razem powołująca do istnienia ciążę za pomocą kilku gestów przy bluzce (kostiumy grają w tym spektaklu doskonale, chociaż właściwie trudno na pierwszy rzut oka tego się po nich spodziewać). Dziewczyny grają w tym przedstawieniu w sposób niezwykły – bardzo oszczędnie, na emocjach, wszystko blisko ciała, ale trafiając doskonale w postać i moment sceniczny. Porywają subtelnie i totalnie. Nawet nie zdążyłam się zorientować, kiedy minęło ponad półtorej godziny, zgasło światło i trzeba było się pożegnać. Nagradzając te młode aktorki wcześniej gromkimi brawami, na co niewątpliwie zasłużyły.

 

I chociaż wiem, że to dopiero pierwsze spektakle przed publicznością, a może właśnie dlatego, jestem pod wielkim wrażeniem i czekam na więcej. I muszę przyznać, że wraz z „Kamieniem” mnie samej kamień spadł z serca.

 

P.S. Niestety zdjęcia musiałam usunąć, co zubożyło tekst, ale sprzeciw ze strony Teatru Studyjnego nie pozwalał na żadne kompromisy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s