Tydzień Zrównoważonego Transportu

Wielkie wydarzenie – Tydzień Zrównoważonego Transportu.

W świecie doskonałym nie byłoby czegoś takiego jak Tydzień Zrównoważonego Transportu. Nie byłoby takiej potrzeby. Zrównoważony transport byłby czymś oczywistym i naturalnym. Nikt nie zwróciłby uwagi na taki tydzień, bo pozostałe tygodnie w roku wyglądałyby dokładnie tak samo.  Nie byłoby potrzeby, żeby zachęcać ludzi do świadomego korzystania z dróg, bo wszyscy dawno korzystaliby z nich bardzo świadomi i kierowaliby się tylko i wyłącznie swoimi bieżącymi potrzebami, a nie obmyślali sposoby przechytrzenia dziwnego transportu drogowego zafundowanego im przez władze.

W doskonałym świecie każdy mógłby wybrać czym chce jechać i wiedzieć, że dojedzie – lub dojdzie- na miejsce cało i bezpiecznie, nie będzie po drodze musiał rozwiązywać zagadek ani pokonywać toru przeszkód.  W doskonałym świecie nie trzeba by było zachęcać ludzi do pozostawiania samochodów pod domem czy za miastem poprzez darmowe przejazdy czy – OZ GROZO!- darmowe parkingi. No jeśli darmowe parkowanie w mieście ma zachęcić do nieprzyjechania do miasta samochodem, to chyba komuś się coś pomyliło.  I ten darmowy przejazd MKP też nikogo nie zachęci, jeśli będzie miał świadomość, że od ostatniego razu, gdy jechał tramwajem, nic się nie zmieniło albo zmieniło się na gorsze. Czekał 15 minut, to teraz będzie czekał 20 albo i 40. Nikt  nie zrezygnuje z podróży w dogodnej dla siebie chwili  dla podróży w czasie skrupulatnie zaplanowanym z rozkładem jazdy tramwajowo-autobusowym i mapą pokazującą możliwe opcje przesiadek. Nie jest to ani wygodne ani sensowne i nie dziwię się, że wielu już woli wsiąść do samochodu i najwyżej postać w korku, ale nie zastanawiać się, czy aby na pewno stoi na dobrym przystanku i coś tu w ogóle kiedyś przyjedzie. A czekając 40 minut można takie pytanie zadać sobie wiele razy.
tydzien 1

W doskonałym świecie kierowcy, pasażerowie komunikacji miejskiej, piesi i rowerzyści mieliby wybór. I nie byłby on podyktowany idiotyzmami komunikacyjnymi czy na przeciwnym biegunie – samozaparciem w wierze w słuszność wyboru. Byłby on wygodny.

W doskonałym świecie światła dla pieszych uruchamiane przyciskiem zmieniałyby się w 5 sekund po naciśnięciu tego przycisku. Nie zależałoby to od tego, czy osoba naciśnie przycisk w odpowiednim czasie przed cyklem zmiany świateł, żeby miała szansę na zielone. A poza tym – co ja mówię, w doskonałym świecie takiego idiotyzmu by nie było. Światła zmieniałyby się w identycznych odstępach czasowych w jedną i druga stronę. Toż to skrajny idiotyzm, że światło dla samochodów w danym kierunku jest zielone, a piesi stoją jak posągi, bo zapomnieli wysłać podanie do Zarządu Dróg i Transportu, że chcieliby przejść. Może to trochę przerysowane, ale te przyciski z takimi podaniami mi sie kojarzą. Trzeba zgłosić potrzebę przejścia Szkoda, ze nie trzeba abonamentu na przejścia w danym miesiącu wykupić, w których trzeba oszacować ilość przejść, z których będzie siew danym okresie rozliczeniowym korzystać. I wtedy można by było dostać mandat za nieuprawnione skorzystanie z zebry. Jeśli jeszcze jakaś w ogóle zostanie.

Przecież to nie może być takie trudne, żeby te światła na przejściach z tymi przy jezdni zsynchronizować. To się musi dać zrobić. Skoro kierowcy nie muszą niczego naciskać czy chociażby najeżdżać . Ach jakie by to było sprytne, gdyby kierowca musiał najechać na taki specjalny przycisk. A jak nie trafi, to musi wycofać i próbować od nowa, do skutku.  Prawie tak jak piesi, którzy próbują tę sygnalizację uruchomić, a ona jakaś taka nieczuła. W dodatku jeśli świeci słońce, to za nic nie widać, czy już zareagowała, czy może jeszcze nie i maca się ją w każdy możliwy sposób. Głaszcze, poklepuje, pociera. Pieszczota uliczna.  W dodatku nijak w rękawiczkach się tego zrobić nie da, więc zimą jest akcja rękawiczki zdjąć, nacisnąć, założyć i powtórzyć kilka metrów dalej, bo do tego czasu już się wyłączy, a akurat trafiło się przejście podwójna z metrem chodnika pomiędzy jezdniami, co gwarantuje postój na tym metrze pomiędzy śmigającymi tirami.
Piesi nie mają łatwo.

10387316_10152496850062239_4337142537094391154_n
Ale tacy rowerzyści też nie mają idealnie. Pojawiają się ścieżki rowerowe, ale często zaczynają i kończą się dokładnie nigdzie. Nie wiadomo co z czym komunikują. Kończy się taka ścieżka znakiem, że sorry, ale dalej się nie pojedzie i rowerzysta musi rozwiązać dylemat – co dalej? Dalej może wybrać albo chodnik – gdzie jest intruzem i wiele przykrych słów usłyszy. NO w sumie nic dziwnego, bo pieszy na chodniku powinien czuć się bezpiecznie i nie mieć obawy, ze nagle go coś najedzie, a w przypadku roweru istnieje takie niebezpieczeństwo. Ale druga opcja dla rowerzysty jest równie nieciekawa – może wybrać jezdnię. I niby zgodzimy się, że tam wszyscy jadą, więc to mógłby być wybór oczywisty. Ale rowerzysta na jezdni też traktowany jest jak intruz. Kierowcy bardzo często dają mu to odczuć. I tu włącza się kalkulacja osobista – w zderzeniu z samochodem rowerzysta nie ma szans, w zderzeniu z pieszym – szanse ma. I wybiera chodnik. Problem gotowy. A wystarczyłoby po zakończeniu tej specjalnie powstałej, europejsko sfinansowanej i dokładnie zaplanowanej Drogi Dla Rowerów (bo nazwa „ścieżka rowerowa” jest nienowoczesna) wyznaczyć pas na jezdni, po którym mogą przemieszczać  się właśnie rowery. Tak jak wyznacza się pas, po którym mogą przemieszczać sie tylko autobusy.
Poza tym komunikacja miejska powinna mieć swoje linie i trasy. Ja już nie mówię, że powinna jeździć po trasach i z częstotliwością, która nie wymaga od pasażerów posiadania komputera z dostępem do Internetu i każdorazowego planowania podróży z systemem podpowiedzi i wykresów. To wydaje się tak oczywiste, że trudno o tym wciąż mówić. Poza tym autobusy i tramwaje wszędzie, gdzie to tylko możliwe powinny mieć swoje linie przemieszczania się – wydzielone z pasa jezdni, nie dzielone z kierowcami samochodów osobowych, ciężarowych, dostawczych, podawczych …

etzt_foto_porownawcze A jeśli teraz podniosą się krzyki i lamenty kierowców, to znaczy, że są oni uczestnikami dróg nieświadomymi. Są oni nieświadomymi obywatelami. Nie rozumieją, że na zrównoważonym transporcie korzystają wszyscy. Ale jak to możliwe? – odezwie się jeden z drugim.- Buspasy zabierają nam cenne centymetry jezdni, po której moglibyśmy śmigać jak szaleni. Nie zauważyłam, żeby np. na Kopcińskiego w Łodzi przed wprowadzeniem bus pasów nie było korków. Naprawdę to nie wydzielenie pasu dla autobusów wywołało korki, tylko zbyt duża liczba samochodów na drodze. I mówię to poważnie i biorę odpowiedzialność za moje słowa. Skąd ta pewność? Bo na innych ulicach, na których nie ma bus pasów, jest podobnie. Oj runęła argumentacja zrzucająca winę za korki na wszystkich innych z wyjątkiem tych, którzy je tworzą – kierowców.

Ale ale miało być o korzyściach dla nich. Ja wiem, że są ludzie, którzy samochodem jechać MUSZĄ. I nie jest to opcja „niedasię”. Mieszkają np. za miastem i muszą dojeżdżać, w pracy przewożą bardzo dużo bardzo różnych rzeczy i nie muszą to być drabiny, mogą to być różne papiery, których do tramwaju nie będą upychać, bo to głupie i niewłaściwe. Przyjmuje te argumenty. Ale wiele jest osób, które przesiadły się do samochodu, bo dosyć miały stania na przystankach po 20 minut w oczekiwaniu na tramwaj, który przyjedzie albo nie. Dla nich nawet stanie w korku to iluzja podróży w zawrotnym tempie w porównaniu to tego nieprzemieszczającego się przystanku. Ale gdyby ci wszyscy ludzie jeżdżący samochodami w pojedynkę, bo MPK nie spełnia ich oczekiwać, dowiedzieli się, że MPK te oczekiwania juz spełnia, bo tramwaj jeździ co 10 minut i zawsze przyjeżdża, a potem mknie wydzielonym szlakiem, bo autobus omija korki bus pasami, bo tak jest szybciej, to … wysiedliby z tych samochodów i wsiedli w coś innego. Naprawdę wiele jest takich osób, znam je i z nimi o tym rozmawiam. I wtedy stałby się cud. Okazałoby się, że chociaż więcej autobusów jeździ bus pasami i więcej tych bus pasów jest w mieście, to jednocześnie mniej jest samochodów na pozostałych pasach i mniej jest przez to korków. BO tak – budulcem korka są samochody w nim. Każdy kierowca denerwujący się na korek jest jego elementem – sam tworzy ten korek, na który sie denerwuje.

W świecie doskonałym nie byłoby takich problemów.
Nasz świat daleki jest od doskonałości …

Advertisements

One thought on “Tydzień Zrównoważonego Transportu

  1. Postuluję, aby wszystkie osoby decyzyjne w naszym kochanym ZDiT, a także H.Z. oraz R.S., udały się na miesięczną wizytę studyjną do Holandii. Nawet nie chodzi o zbiorkom i rowery; chodzi o gospodarkę przestrzenną i spójność całej sieci transportowej. Holandia ma najbardziej zarąbiste autostrady w Europie, ale jest jeden haczyk: paliwo jest najdroższe, w miastach są wysokie opłaty za parkowanie i miejsc postojowych jest mało, część ulic jest całkowicie wyłączona dla pojazdów silnikowych, jest masa ulic jednokierunkowych z kontraruchem dla rowerów. Ludzie używają aut do podróżowania po kraju, a w mieście jeżdżą nimi jeśli trzeba – zabrać coś dużego/ciężkiego (o ile nie wejdzie na bakfiets, czyli rower towarowy), zabrać pasażerów, zrobić dostawę itd. A lokalne przemieszczenia, których Polacy nie wyobrażają sobie bez auta? Na dwóch albo trzech kółkach. Ludzie wożą dzieci na fotelikach (bywa, że zwykły miejski rower oprócz rodzica wiezie dwie albo trzy pociechy – można googlować hasło „moederfiets” lub „vaderfiets”), w dwu- lub trzykołowych rowerach towarowych (czyli bakfietsen), dużo rzadziej w przyczepkach, bo nie ma kontaktu między rodzicem a dzieckiem. Wożenie dużych zakupów, małych dostaw – rowerami towarowymi lub transportowymi z bagażnikiem z przodu (jak mój wożący nagłośnienie na Manifę). Materiały i narzędzia na robotę? Bakfiets.

    Podczas swojej wizyty rok temu miałem okazję poruszać się:
    -pieszo z walizką na kółkach. Dużo łatwiej niż w Łodzi. Święte Krowy zastawiające chodniki praktycznie nie występują, ponieważ wzdłuż krawężnika poustawiane są tzw. „amsterdammertjes” – ciężkie, żeliwne słupki, zapobiegające parkowaniu. Na dworcach i nie tylko są sprawne windy – jakże to ułatwia życie niepełnosprawnym oraz podróżnym z ciężkim bagażem! Ruchome schody również pomagają podróżnym.

    -rowerem – po Amsterdamie (i kawałek za) oraz po miasteczku Terneuzen, wsi Philippine niemal na granicy z Belgią, i okolicach. Byłem w raju i chcę więcej. Infrastruktura jest nieziemska, DDR są wszędzie, a jeśli nie ma możliwości zrobienia wydzielonej, to jest pas ruchu dla rowerów. Śluzy i kontrapasy są powszechne jak gołębie w Łodzi. Na niektórych skrzyżowaniach sygnalizacja świetlna ma wyświetlacze odliczające czas do zielonego. Jeżeli między jezdnią a DDR jest różnica poziomów, nie ma krawężnika – jest łagodna równia pochyła. Nawierzchnie z asfaltu, z cegieł (jak u nas na Roosevelta), płyt chodnikowych, a kostki prawie się nie spotyka. Podróżowanie między miejscowościami to fraszka, DDR są oznaczone drogowskazami, co i rusz są mapy tras. Często spotykane są skrzyżowania bezkolizyjne jezdni z DDR, np. w formie wewnętrznego ronda rowerowego, do którego wloty przebiegają przez tunele. Tymczasem Łódź nawet nie ma połączenia DDR ze Zgierzem, Pabianicami czy Konstantynowem…

    -tramwajem – w Amsterdamie. Matko, tamtejsze tramwaje są super! Jeśli nie zdążysz, to masz pewność, że za max 5min. będzie następny. Nie czekasz diabli wiedzą ile na skrzyżowaniach – tramwaj ma priorytet, sygnalizacja świetlna dopasowuje się do niego.
    -metrem – w Rotterdamie,
    -autokarem – jakoś tam trzeba było przyjechać i wrócić ;)
    -pociągiem – od Amsterdamu do Rotterdamu oraz do miasteczka Goes na południu Holandii (dalej pociąg nie dojedzie),
    -autobusem i mikrobusem – od miasteczka Goes do Terneuzen i Philippine,
    -promem – w Amsterdamie.

    Nie jeździłem prywatnym autem, nie latałem samolotem, nie pływałem żeglugą śródlądową (bardzo intensywnie wykorzystywana, gł. do przewozu towarów) ani nie pływałem łódką po „grachten” w Amsterdamie. Ani nie jeździłem motocyklem, skuterem, skuterem towarowym (znane jako „bakbrommer” lub „brombakfiets”), rowerem ze wspomaganiem elektrycznym, rowerem poziomym, velomobilem, tallbike’iem ani rowerem towarowym :).

    Dodam jeszcze, że samochody też są tam bardzo różne: od maleńkich smartów po wielgachne poSUVadła, luksusowe limuzyny oraz oldtimery z lat 50/60tych (a nawet i starsze). Nie ukrywam, lubię popatrzeć na pojazdy zabytkowe. U nas – wszystko na jedno kopyto.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s