PUNK IS DEAD

Mówią, że punk narodził się w Anglii. Ja natomiast twierdzę, że w Anglii umarł, o czym miałam się okazję niedawno przekonać podczas jednego zimnego, listopadowego weekendu. Co było tym bardziej dotkliwe, że miało miejsce w Anglii. Znaczy, chodzi o zimno, a nie o listopad, który sam w sobie jest największym szkaradziejstwem pośród 12 miesięcy. W Anglii oprócz tego, że jest  zimno, to jeszcze jest wilgotno, a ta mieszanka przenika przez wszelkie warstwy ubrania i wnika głęboko w skórę i ciało, skąd już w żaden sposób nie można jej przegonić.  Do tego mieszkańcy Wielkiej Brytanii mają niezwykła manierę przykręcania ogrzewania nawet do minimum, czyli właściwie regularnego wyłączania go. Nie wiem, czy jest to wynikiem wielkiej oszczędności, która rozlała się poza Szkocję, czy może uwielbieniem dla temperatur, w których pingwinom szczękają zęby. W każdym razie poprzez te działania temperatura w mieszkaniach osiąga zawrotne 17 stopni i nijak nie pomaga się rozgrzać przed ponownym wyjściem na zimno i wilgotność zewnętrzną.  Maniera ta dotyczy zarówno rodowitych Brytyjczyków jak i tych przyjezdnych chociażby z Polski, więc wszyscy mają zimno po równo.

Ale ja nie o urokach brytyjskiej pogody pisać chciałam, tylko o tym nieszczęsnym punku, który na wyspach skonał.
W Anglii bowiem miałam tę przyjemność, że pojawiłam się na dwóch punkowych koncertach, na których grały zespoły zarówno lokalne jak i przyjezdne. I nawet zainteresowanie było spore, chętni do posłuchania ściany hałasu dopisali, tylko w obydwu przypadkach coś dziwnego stało się z organizatorami, którzy  najwyraźniej nie mieli pojęcia czym jest punk, skąd się wywodzi, jakie wartości ze sobą niesie i w ogóle chyba myśleli, że to popowe przygrywajki, plumkanie na mandolinie i flażolety na flecie. I przy takim założeniu zupełnie zrozumiałe jest, że gdy pojawiła się muzyka głośniejsza to nagle kwestią nadrzędną było zakończenie koncertu wcześniej, niż jakikolwiek punkowiec by to przypuszczał.  Londyński koncert uszanował coś takiego jak „cisza nocna” i wszystkie zespoły musiały zakończyć swoje występy do godziny 22. Naprawdę. Zupełnie poważnie to mówię, bo tak właśnie było. I pewnie gdybym tego nie widziała, to bym nie uwierzyła.
1d716e78709c682295829a3905ea4d5f
A jeśli myśleliśmy, że to nas zaskoczyło ostatecznie, to byliśmy w wielkim błędzie, bo następnego dnia było koncert w Bristolu i tam nie było bardziej punkowo. Znaczy od strony organizatorów, bo zespoły dawały radę.
Wszystko było pięknie i fajnie, chociaż opóźnienie spowodowane problemami technicznymi już powinno być złą wróżbą.  Coś tam nie tak ze sprzętem, coś tam nie tak z głośnikami, coś tam generujące godzinna obsuwę… ale w końcu to jest punk, a nie msza, więc  jakieś tam opóźnienie nikogo nie powinno dziwić. Tylko  gdy się rozkręciło, fani punka osiągnęli apogeum, a zegar wybił godzinę 1 w nocy – koncert się zakończył dużo bardziej nagle niż sie zaczął. I ponownie moja relacja jest zupełnie poważna i autentyczna, bo się okazało, że w Bristolu nie można grać punka po 1 w nocy. Przyszedł właściciel lokalu i nie zważając na to, że zespół, który właśnie stoi na scenie i jest gotowy do dalszego występu rozpoczął 8 minut wcześniej, oświadczył, że to  koniec grania. Zrobił awanturę o to, że na koncercie, na który się przecież  zgodził, jest za głośno. Należy zatem całe to granie natychmiast skończyć, a jak nie, to już nigdy w jego lokalu żadnego koncertu nie będzie, a już najpewniej koncertu punkowego.
Muzycy na scenie stali oniemiali, ale nie dlatego, że nie mieli nic do powiedzenia, bo pewnie dużo dopowiedzenia, zagrania i zaśpiewania jeszcze mieli, ale wszystkie suwaki zostały sprowadzone do parteru i mikrofony oraz wzmacniacze milczały. I może gdyby w całym lokalu panowała cisza, to mogliby się wypowiedzieć, ale w sali obok z głośników dudniła muzyka, więc nie było szans. Jakoś to dudnienie nie przeszkadzało najwyraźniej tym, którym bardzo przeszkadzałby koncert punkowy.

punk_is_not_dead_by_gearbluesrevolver-d3b8j03

Byłam w szoku wtedy i jestem w szoku do teraz.  Anglia, podobno kolebka punka, okazała się być grajdołem nieporadności i niezrozumienia dla tej muzyki.
Na koniec mogłabym jedynie napisać, ze modlę się o zmartwychwstanie brytyjskiego punka. Tylko że ja nie wierzę. Ani w moc modlitwy, ani w to zmartwychwstanie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s