Opowieść wigilijna

Ta historia mogła się wydarzyć naprawdę. Albo coś takiego nigdy się nie wydarzyło.  Ale historia lubi się powtarzać. I choć to niby pusto brzmiący slogan, to jednak takie sprawdzają się najczęściej. A zatem jeśli przyjmiemy, że gdzieś tam w otchłani wieków coś takiego mogło się ludzkości przytrafić, to pewnie przytrafi się znowu.
Nasi bohaterowie to para – ona i on. Tak dość standardowo, ale niech i tak będzie. Nazwijmy ich Ahmed i Miriam. Moglibyśmy nazwać ich różnie, ale przecież ich imiona nie mają tak naprawdę żadnego znaczenia. Ważniejszy jest ich kolor skóry.  Bo chociaż wiemy, że nie definiuje on ludzi, to przecież często lubimy sobie o tym zapomnieć i oceniać kogoś jedynie przez pryzmat tego, jakiego koloru jest jego skóra. A jest koloru strasznego, najgorszego z możliwych, najtrudniejszego do zdefiniowania i przez to przerażającego. Niby jeszcze nie czarny, ale już zdecydowanie nie biały. Nie wiadomo jakiego. Tacy jacyś CIAPACI. O TAK. Ta nazwa do nich przylgnęła najściślej.
Nasi bohaterowie są w podróży. Nie jest to wypad na wakacje do tropików, bo niby po co im taka wyprawa, skoro z ciepłych stron pochodzą. Oni uciekają. Przed złem, przed nienawiścią, przed problemami. Nie jest im łatwo i chyba nawet nie oczekują, że będzie. Chcą, żeby było bezpieczniej.
Powiedzmy, że w tej ucieczce wybrali się do Polski. Tak, wiem, że mogli wszędzie indziej. Do Turcji – bo bliżej, do Niemiec – bo bogaciej, do Francji – bo ciekawiej. Ale z uwagi na to, że ja jestem w Polsce, to tak sobie wymyśliłam, że przecież mogliby się do Polski wybrać. Miejsce dobre jak każde inne. A  może raczej jak każde inne złe.
Bohaterowie mogli być chrześcijanami, wyznawcami judaizmu czy islamu. Nie ma to większego znaczenia, bo przecież przy pierwszym zetknięciu nikt ich o wiarę nie pyta, tylko ocenia ich po wyglądzie i nie ma dalszej dyskusji. Szczególnie jeśli do tej pięknej Polski trafili, gdzie jest to oczywiste.
Żeby było jeszcze trudniej, to Miriam jest w ciąży. I to w zaawansowanej. Coraz trudniej jej się idzie, a końca drogi nie widać, bo przecież sami nie wiedzą, dokąd uciekają. Wiedzą tylko przed czym. Trafiają do tej Polski w okresie największego miłosierdzia i miłości bliźniego – w Wigilię. Ach to piękny czas. Wszyscy sie kochają, sobie pomagają, nawet tradycyjnie pozostawiają jedno dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, dla kogoś, kto w ten wieczór zapuka do ich drzwi. Żeby usiadł z nimi, razem jadł, pił, śpiewał i się radował. Tradycja taka.
I właśnie wtedy Ahmed i Miriam do takich drzwi pukają.
PUK, PUK
Drzwi otwierają się powoli.
-Kto tam?
– Szukamy schronienia, bo noc sie zbliża.
I wtedy twarz w drzwiach się wykrzywia w grymasie obrzydzenia, bo zauważa ten dziwaczny kolor przybyłych
– Spieprzać uchodźcy. Wracać do siebie. Won mi stąd.
– My tylko potrzebujemy noclegu. Na jedną noc.
– Wynocha brudasy.
– Ale proszę. Moja żona jest w ciąży. W każdej chwili może zacząć rodzić.
– Mnożycie się jak wszy bez opamiętania! Zaraza jedna. Trzeba było wcześniej myśleć, a nie robić sobie kolejne dzieciary i co? Teraz ja mam was utrzymywać?
– Ale my tylko…
12391120_10208251779598794_6241688791400571962_n

Ahmed nie zdążył dokończyć, bo drzwi zatrzasnęły się z hukiem przed jego nosem. Podobne rozmowy odbył jeszcze przy innych drzwiach.  Czasem szczuto ich psami, czasem straszono policją, a czasem te drzwi zatrzaskiwano dużo wcześniej, zanim do uszu Ahmeda i Miriam dotarł stek wyzwisk. Może gdzieś tam w rodzinnym gronie obrzucano ich mocnymi słowami, ale oni już nie słyszeli. W każdym razie nikt ich do swojego domu nie wpuścił. Kto miałby głowę przy wigilijnym stole, pośród rozpakowywania prezentów i delektowania się wigilijnymi potrawami przejmować parą uchodźców, którzy nie wiadomo czego chcą i po co przyleźli.
I tak nocleg znaleźli w jakiejś opuszczonej szopie. Właściwie mogła być kiedyś garażem, ale było to dawno temu, zanim dach zaczął przeciekać. Nikt przecież nie naraziłby swojego samochodu na spędzanie nocy w takich warunkach. Na szczęście dla Ahmeda i Miriam. Bo może nie było tam ciepło czy przytulnie, ale Miriam dostała bóle porodowe i nie było sensu szukać czegoś lepszego.
I w tej szopie, tej nocy Miriam urodziła syna. Nie pojechali do szpitala, bo nie mieli ubezpieczenia zdrowotnego, karty stałego pobytu ani żadnych innych dokumentów, bo gdy wyjeżdżali z miejsca, z którego wyjeżdżali, nie było ani czasu ani możliwości, żeby zebrać całą swoją dokumentację. Najważniejsze było dla nich zabrać siebie nawzajem i swoje życie.
A teraz pojawiło się nowe. I możemy uznać, że nazwali je Jozue.

W mojej historii nie będzie już ciągu dalszego. Ograniczę swoją fantazję. Nie będzie też pielgrzymek do tej szopy, którym drogę oświetli mrugający żwawo neon. Nie pojawią się pracownice nocnych sklepów ani kierowcy MPK, którzy przejeżdżali obok i zainteresowali się, co też w tej szopie się dzieje. Nie będzie również trzech Kulczyków, Petru czy Balcerowiczów, którzy przybiegną, by wręczyć plan kredytowy na 25 lat, który pozwoli małemu Jozuemu uzyskać odpowiednie wykształcenie na odpowiedniej uczelni, dzięki czemu nie będzie w  przyszłości darmozjadem na socjalu, tylko prawdziwie wartościowym przedsiębiorcą.
Ja zostawię tę trójkę – Ahmeda, Miriam i Jozuego – w starej szopie samych. Gdzieś tam w środku Polski. Kto wie, może właśnie tam siedzą.
12310435_10204522893145061_3272275317563011580_n

Wszystkim Białym, Czarnym, Żółtym, Czerwonym, Zielonym a nawet Brunatnym życzę w tym świątecznym okresie – ale też w każdym innym – spokoju sumienia i wiele miłości w sercu, która rozlewać się będzie na bliźnich. Niezależnie czy wierzą w historię Jozuego czy też Jezusa, czy obchodzą Boże Narodzenie, Chanukę czy  Iid-ul-Adha.
Bo wszyscy zasługujemy na to samo.

Advertisements

3 thoughts on “Opowieść wigilijna

  1. Od jakiegoś czasu zastanawiało mnie, jak to frapujące zjawisko
    geopolityczne odbije się na współczesnej literaturze. Oto jeden
    z pierwszych przykładów.
    Bardzo podoba mi się ten pomysł, znajduję go błyskotliwym,
    tyle tylko, że nie lubię narracji z określonym stanowiskiem.
    Tutaj wszystko jest jasne i proste. Nawet jeśli jestem podobnego
    zdania, nie lubię, kiedy autor sugeruje mi gotową konkluzję,
    szczególnie względem zjawisk złożonych i dyskusyjnych.
    Pozdrawiam

    • Taki miałam pomysł na opowiadanie z subiektywnym punktem widzenia. Zawsze przy narracji pierwszoosobowej to się jakoś nasuwa i ja temu uległam.
      Ale cieszę się, że ogólnie pomysł się podobał.
      Wesołych świąt ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s