Nie jestem niezniszczalna

Bardzo powoli przekonuję się, że nie jestem niezniszczalną, że nie przetrwam wszystkiego i czasem powinnam się zatrzymać i przyjrzeć temu, co się ze mną dzieje. A może nie tyle ze mną co z moim organizmem, bo młodsza się nie robię i nawet nie potrafię zatrzymać swojego wieku i siły przetrwania na danym poziomie, tylko ulegam jakimś tam degradacjom. A mój organizm krzyczy już, że po 30 powinnam zadbać o siebie i przestać biec szybciej i dalej, bo to nie na tym polega życie. I niby to wszystko wiem, ale jednak nie do końca. Bo dopiero choroba, która zatrzymuje mnie w łóżku każe mi sie zastanowić nad tym, co mogę tracić każdego dnia.

Zawsze wierzyłam, że niezniszczalna jestem. NO bo jak nie ja, to kto? Ile razy ja to słyszałam. Ile razy stawiało mnie to do pionu, gdy marzyłam jedynie o pozycji poziomej. Tak bardzo uwierzyłam w to, że wszystko można osiągnąć siłą woli, a że tę mam silną, to nie ma rzeczy niemożliwych. I całym swoim życiem udowadniałam tę tezę.
Twierdziłam, że jedynie jelitówka odzierając mnie z godności i całkowicie odbierając mi panowanie nad własnym ciałem i jego odruchami powstrzymuje mnie przed pójściem do pracy. Nawet kiedyś uniemożliwiła mi odebranie dziecka z przedszkola, co nie znaczy, że zostało tam na noc, bo załatwiłam zastępstwo na tę czynność, ale czułam sie naprawdę sponiewierana przez okoliczności. Nic innego mnie nie powstrzymywało przed praca i aktywnością. Pamiętam nawet nagranie, które robiłam z 40 stopniami gorączki i lekką chrypą. Niby było trudno i ostrość widzenia mi lekko siadała, ale przecież nie ja miałam mieć ostrość tylko kamera, więc nijak ta moja temperatura nie przeszkadzała w niczym. A że chrypę potrafię obejść wiem od programu studniówkowego, na którym pomimo zapalenia gardła i początków anginy zagrałam bez mikrofonu i ostatnie rzędy mnie słyszały. Dlatego wszelkie przeziębienia a nawet choroby stanowiły jedynie dodatek do mojego codziennego życia matczyno-zawodowego.

Poza tym nie potrafię odpoczywać, zwalniać tempa i wszelkie unieruchomienia wywołują u mnie wyrzuty sumienia. Jakiś dzień wolnego to jest zawsze dla mnie powód do tłumaczenia. Zostało mi to pewnie z czasów szkoły (muzycznej), gdy to lekcje 6 dni w tygodniu były uzupełniane niedzielnym ćwiczeniem i przygotowanie do kolejnego tygodnia pracy. Bo tak taką szkołę nazwać trzeba. I od czasu do czasu było mi jeszcze mało, więc dokładałam sobie zajęcia nieobowiązkowe typu emisja głosu czy zespół wokalno-aktorski. Żeby wszystko robić jeszcze bardziej intensywnie.
W życiu zawodowym mi to zostało. Czasem miałam nawet 3 prace, które wymagały ode mnie gotowości bojowej 19 godzin na dobę. I jak łatwo policzyć – sypiałam wtedy po 5 godzin. Długo tak się nie dało wytrzymać, bo w końcu organizm (ta cholera niezależna ode mnie) kazał mi spać godzin 12 jednym ciągiem. Miałam też chwilę, w której mi się organizm całkiem zresetował i padł (dosłownie) po wejściu do domu, przez co spędziłam na podłodze w przedpokoju dobrych 15 minut zanim ruszyłam dalej. Na chwilę mnie to zatrzymało. Na chwilę ,czyli na jeden dzień. Ale nie na dłużej.
grypa3

Jednak ostatnio mój organizm domaga się zrozumienia, którego u mnie wobec niego brak. Zwala mnie z nóg, żeby zwrócić na siebie uwagę. A ja to nadal w strasznie głupi sposób ignorowałam. Dzień przykuta do łóżka i zaczynam forsować resztki zdrowia, żeby wrócić do pracy i innych czynności codziennych. Niestety takie niedoleczone infekcje lubią wracać i przypominać, że nie dopełniłam obowiązków wobec organizmu a tego nie interesuje, że to był koszt dopełnienia obowiązków wobec pracodawcy, córki i jeszcze pewnie grona innych osób.
Tak ja NIDGY nie spałam w dzień, chyba że byłam totalnie chora to jakaś godzina snu wtedy mnie również obowiązywała, tak obecnie mi się to przytrafia. I chyba z dwa razy w ciągu ostatniego roku nie dlatego, ze byłam jakaś chora, ale tylko dlatego, że byłam przemęczona, niedospana i wycieńczona forsowaniem się w imię nie wiadomo czego. Za każdym razem totalnie mnie to dziwiło i nie mogłam się z szoku otrząsnąć. Bo przecież ja się nie poddaję takim słabościom!!!
z15598584Q
A dzisiaj, pisząc to leżę drugi dzień w łóżku. I naprawdę lezę. Naprawdę choroba, która mnie dopadła nie jest jedynie wyjaśnieniem, dlaczego nie wychodzę z domu, ale każe mi wracać do łóżka, gdy tylko postanawiam je na trochę opuścić.
No dobra – zrobiłam wczoraj pranie i obiad. Dzisiaj pewnie będzie podobnie. Ale oprócz tego leżę. Oczywiście wywołuje to moje wyrzuty sumienia. Bo okazuję się totalnym leniem. Bo nie jestem w stanie wykonywać nawet części obowiązków służbowych w tym czasie, bo każdy większy wysiłek fizyczny czy psychiczny wymaga ode mnie natychmiastowego odpoczynku i jakiejś chociaż próby regeneracji. Nawet wczoraj pozwoliłam sobie zasnąć w środku dnia. A dzisiaj do słabości doszły problemy z głosem, bo prawie nie mówię i przez to także telefoniczne załatwianie czegokolwiek jest wyczynem.
No i okazuje się, że czy mi się to podoba czy nie, to nie jestem niezniszczalna. Organizm w końcu upomniał się o swoje. I miesiąc pracy 7 dni w tygodniu kazał mu upomnieć się już. Bo skoro do tej pory, pomimo drobnych sygnałów, nie zrozumiałam, to może walnięcie obuchem w łeb coś mi uświadomi.
I prawdę mówiąc – też mam taka nadzieję.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s