LALECZKA nie do zabawy

Absolutnie za każdym razem, gdy mam iść do teatru po jakiejś przerwie – i nieważne czy przerwa ta trwa rok, dwa lata czy 3 miesiące – mam te same obawy. Obawiam się, że środki teatralne od ostatniego razu zmieniły się tak diametralnie, że nie będę nadążać i niczego z danej sztuki nie zrozumiem. Podobne odczucia towarzyszyły mi przed pójściem na „Laleczkę” do Teatru Studyjnego. Ta sztuka Tennessee Williamsa została wyreżyserowana przez Jacka Poniedziałka i przez niego również przetłumaczona. A znając dorobek tego aktora i reżysera miałam obawy podwójne. Na szczęście – niesłusznie.

Jedyną rzeczą, która mnie wybijała z rytmu były projekcje. NO jakoś nie do końca mi podpasowały i chwilami mi się wydawało, że są za długie. Ale na szczęście inni widzowie (znani mi, bo nie biegałam po wszystkich, żeby to skonsultować) powiedzieli, że wcale nie, że w innych spektaklach chwyt ten jest wykorzystywany ponad miarę, a tutaj był zrównoważony i chyba im wierzę. Bo ja mam specyficzne odczucia w tym zakresie i mniej im dowierzam. Ale muszę coś skrytykować, bo nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła.
Poza tym  wsiąknęłam w historię całkowicie i pierwszy akt przeleciał mi tak szybko, że czułam wielkie rozczarowanie, gdy nagle okazało się, że trzeba wyjść na przerwę. Przeżyłam nawet wybuch, który rozrzucił pierze po całej widowni, a ja tradycyjnie siedziałam w pierwszym rzędzie, więc cała fala uderzeniowa znalazła się najpierw na mnie. I samo w sobie pierze przecież nie jest jakieś drastyczne, ale jak ktoś ma wielką alergię na nie, to może być to sztuka wysokiego ryzyka. W sumie nie tyle dla mnie co dla aktorów, bo jak bym w tym pierwszym rzędzie zaczęła kichać i smarkać, to mogłabym robić efekty, na których im na pewno nie zależało. Ale nic takiego nie miało miejsca, wiec mogłam jedynie śledzić to, co na scenie. Śledziłam i mam kilka przemyśleń.
LALECZKA fot. M.Siarek

Jak już sobie obiecałam nie raz – o aktorach i aktorstwie będę pisać głównie dobrze i na szczęście tym razem mogę sobie pisać do woli, bo jest o czym.

Będę się dyscyplinować. Wiadomo bowiem nie od dziś, że mam wyjątkową słabość do bardzo szczupłych, nonszalanckich męskich bohaterów na scenie. Ale nie. Zacznę od początku. Czyli od … Archiego granego przez Oskara Stoczyńskiego .
Niełatwe miał zadanie – zagrać  kogoś, kogo nikt nie ma prawa polubić, ale zagrać go tak, by widownia przynajmniej tej postaci nie znienawidziła, a może nawet spróbowała zrozumieć  i usprawiedliwić. Pomijam przygotowanie zewnętrzne, bo chociaż to prawdopodobnie są rzeczy najmniej pracochłonne- zapuszczanie włosów, brody czy tycie – to robią one największe, pierwsze wrażenie. Żeby podwoić liczbę lat w metryce trzeba było sobie dodać walorów wizualnych. A potem dogonić to wewnętrznie i aktorsko.
Patrząc początkowo na Oskara… miałam przed oczami cały czas Christiane Bale’a. Chyba w którymś Batmanie właśnie nabrał masy ale jeszcze nie skoncentrował się na rzeźbie, miał bujną brodę i grał z nutą szaleństwa. Tutaj na scenie miałam dokładnie to samo. Brutalny, wulgarny, prostacki nawet Archi budzi odrazę, ale zaraz potem litość. Zaczyna go być żal, bo nie miał szans w zaistniałych warunkach wykształcić w sobie innych emocji. Obudował się tymi, które były najłatwiej dostępne. Oddalającą się od niego z każdym dniem żonę mógłby może spróbować zwyczajnie zdobyć, jak mężczyzna kobietę (co nie było chyba takie trudne, bo innemu bohaterowi udało się dość szybko i wystarczyło kilka męskich sztuczek, ale o tym później), ale zabrakło mu finezji, pomysłu i chyba przede wszystkim sił. Łatwiej było ją szarpać i próbować przymuszać do tego, na co z całą pewnością nie miała ochoty. Bezradny w swej brutalności i brutalny w swej bezradności jest od początku do końca postacią tragiczną. Ale trzeba dać mu szanse, by się o tym przekonać. Nam – tak jak jemu- najłatwiej jest bowiem użyć najprostszych środków, posłużyć się stereotypem, rzucić hasłem „patologia” i zamknąć sprawę. Ale wystarczy popatrzeć chwilę dłużej, chwilę pomyśleć i można w nim i w każdym innym znaleźć pokłady problemów i zależności, które nawarstwiają się i ukazują efekt zupełnie nieprawdziwy i szkodliwy dla danej jednostki.
LALECZKA 2fot. M.Siarek

Druga męska postać to Silva Vacarro grana przez Krystiana Pestę. Tutaj uwidacznia się moja słabość i już naprawdę nie wiem, czy podoba mi się, bo jest dobrym aktorem czy wydaje mi się dobrym aktorem, bo mi się podoba. No ale muszę być uczciwa – słabość jedno, aktorstwo to drugie. Krystian buduje postać w taki sposób, że ja mu wierzę, że ja rozumiem Laleczkę, która mu ulega, ale też trochę się go boję niczym Archie. Wiem, że jeśli on mówi, że coś zrobi, to to zrobi. A wiarygodność na scenie to duży kawałek sukcesu.  Vacarro jest bezczelny, nie pozwala sobie na kompromisy i idzie po trupach do celu. Osiąga to, co sobie zakłada. Cena nie gra roli. I nie chodzi tylko o cenę w kwestii pieniędzy, choć tych ma wystarczająco, by rozdawać karty w całym miasteczku. Chodzi o cenę moralności i przyzwoitości. Dla biznesu – żadna nie jest zbyt wysoka. I choć na taką cenę decyduje się Silva, to jej koszty ponoszą wszyscy inni dookoła, tylko nie on.
Krystian oddał tę siłę i panowanie nad wszystkimi doskonale. A tym trudniejsze było jego zadanie aktorskie, że jednocześnie był asystentem reżysera. Musiał dzielić swoje siły i energię pomiędzy te dwie role życiowe. Na szczęścia żadna nie ucierpiała, a zadanie aktorskie zostało zrealizowane w sposób bardzo przekonujący.
LALECZKA 3 fot. M.Siarek

I na końcu wcale nie mniej głęboka postać, a nawet powiedziałabym, że wręcz przeciwnie – Laleczka, którą zagrała Magdalena Żak. Wydawać by się mogło, że dziewczyna obsadzona po warunkach i nie ma o czym pisać, bo żeby zagrać 17-latkę trzeba mieć świeżość tejże, a ta aktorka spokojnie mogłaby za nastolatkę uchodzić. W dodatku posiada odpowiednią dozę seksualności, z którą wie co robić na scenie. A dalej jest już tylko piękniej.

Dziewczyna, która była dziwnym towarem przetargowym w umowie pomiędzy jej ojcem i mężem wydaje się początkowo bezradna i uwikłana w to wszystko wbrew swej woli i bez szans na zmianę losu. Ale  Laleczka dorasta na naszych oczach. Pojawiają się pierwsze próby walki o siebie i swoją przyszłość. Może jeszcze nie jest kobietą, ale już na pewno nie jest dziewczynką. Wbrew wszystkiemu im bardziej jest przez mężczyzn wykorzystywana, tym bardziej zaczyna ich wykorzystywać. I może nawet na końcu jeszcze nie wie ile zyskała, ale na pewno coś straciła – naiwność i łatwowierność. Chociaż ona sama ma jeszcze resztki nadziei na to, że jakiś mężczyzna się nią zaopiekuje, że już za chwilę albo chociaż jutro po nią przyjdzie i ją przygarnie, to widzowie chyba już wiedzą, że nie ma to znaczenia. Jeśli żaden nie przyjdzie, to ona jakoś poradzi sobie sama. Bo z niebywałą skutecznością dostosowuje się do sytuacji, w której się  znajduje.
LALECZKA 1 fot. M.Siarek

Pozostali młodzi aktorzy na scenie robili tło. Mniej lub bardziej istotne. Ta trójka zdecydowanie prowadziła fabułę i prowadziła aktorsko. Może dlatego, że mieli co grać, a może dlatego, że mogli. Na razie nie powiem nic więcej. Nie ma co opowiadać. Najlepiej zobaczyć samemu.

*     *      *      *      *     *     *     *     *     *     *     *

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tekście: MICHAŁ SIAREK / SZKOŁA FILMOWA W ŁODZI

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s