D jak DYJAK

Byłam niedawno na koncercie Marka Dyjaka. Nie spodziewałam się tego, co się ze mną tam stało. Ale to dobrze. Kilka piosenek. Kilkadziesiąt minut muzyki i takie katharsis, jakiego już dawno nie przeżyłam i jakie każdemu od czasu do czasu się należy. Nie było łatwo… wysiedzieć, wyjść, przetrwać. I w sumie nie wiem, dlaczego dopiero teraz o tym piszę, ale jedynie się domyślam. Musiałam przetrawić i dojrzeć do tego, żeby cokolwiek napisać.

A przecież znałam te utwory. W wykonaniu innych albo i samego Dyjaka. Ale to nie to samo. Nigdy to nie jest to samo.
Pierwsza kwestia to śpiewanie utworów, które już ktoś inny wykonał, które w wykonaniu kogoś innego weszły do świadomości ludzi, do ich uszu albo i serc.
Dyjak robi jedną, rewelacyjną rzeczy – śpiewa tak, jakby to była ostatnia rzecz, jaką robi  przed śmiercią. Jakby po tym śpiewaniu już nic dalej nie było. I rozwala wszystkich dookoła takim ładunkiem emocjonalnym, że trudno się po tym pozbierać i do rzeczywistość wraca się całą drogę do domu… a może jeszcze dłużej.
Tylko „Na zakręcie” jest dla mnie nieodwołalnie piosenkę, którą powinna wykonywać Krystyna Janda. W jej interpretacji dotarła do mnie najmocniej i nawet Dyjak nie sięgnął głębiej.
Ale reszta stanowiła niesamowity przykład tego, że zawsze można jeszcze lepiej. I nawet te piosenki, które się zna, objawiają się nowo, gdy ktoś ma pomysł i potrafi go zrealizować.

A co z tymi utworami, które słyszałam w wykonaniu samego Dyjaka wcześniej? Przecież są dostępne, każdy może sie zanurzyć w ten świat dźwięków.
Tylko na koncercie ten wykonawca przyciska jeszcze bardziej. Wyciska jeszcze więcej emocji z każdej emocji. Naddaje znaczenia słowom, które wyśpiewuje. Jest to jakieś sprzężenie zwrotne, bo publiczność emocje oddaje. A na styku tego wszystkiego powstaje wielka moc.

I przez to, po kolejnych piosenkach, które docierały coraz głębiej i sprawiały, że rosła we mnie wielka gula… no właśnie nie wiem czego… żalu? Potrzeby? Tęsknoty?
W końcu pękła.
Nie, nie wstydzę sie tego, że w którymś momencie pojawiły się łzy. I powoli spływały po mojej twarzy przynosząc ulgę i ukojenie.

Chociaż prawdę mówiąc trudno mi jednoznacznie stwierdzić, dlaczego akurat przy tym utworze:

Marek Dyjak – Jednym szeptemmoje-fado-b-iext6247587

Tylko mam wrażenie, że Marek Dyjak takim śpiewaniem nie tylko rozwala na łopatki słuchaczy. Przede wszystkim rozwala siebie. W trakcie koncertu widać, że gdzieś brakuje sił. Ale nie chodzi o to, że wysiada gardło czy struny głosowe. To dusza nie daje rady. Przy takim śpiewaniu trzeba ją drzeć na kawałki i wyrzucać z siebie z każdym dźwiękiem. Co jest bardzo piękne. I bardzo niebezpieczne.

Marek Dyjak – Nie będziesz
moje-fado-b-iext6247587

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s