Warszawa jednego aktora

Często w trakcie trwania Festiwalu Szkół Teatralnych mam taką myśl, żeby rzucić prace – obie, żeby porzucić własne dziecko i zamieszkać w teatrze. Tylko w ten sposób mogłaby obejrzeć absolutnie wszystko i mieć pełen ogląd tego, jak wyglądają poczynania aktorskie poszczególnych szkół. Niestety dziecka porzucić się nie da i przecież w głębi duszy tego nie chcę. Z porzuceniem tych prac też nie jest tak łatwo, bo festiwalowy tydzień się skończy, a rachunki nie przestaną przychodzić. Dlatego analizuje program festiwalowy i staram się znaleźć takie spektakle, które będę mogła obejrzeć bez wyrzutów sumienia. Staram się każdej z czterech szkół dać szansę i w ten oto sposób w tym roku wytypowałam dwa spektakle Akademii Teatralnej w Warszawie.

Od obu sztuk wiele oczekiwałam. Nie są to bowiem zupełnie nieznane mi teksty, które objawiły mi się dopiero teraz i wchodzę w nie jako czysta karta.
„Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki jest dla mnie klasyką tego, czego po czeskiej sztuce można się spodziewać. Bo jak Czesi coś napiszą, stworzą, zagrają czy nagrają, to jest i śmiesznie, i nostalgicznie. Śmiech przez łzy  czy łzy ze śmiechu, a potem z tych doświadczeń wypływają kolejne emocje.

I chociaż wiele się działo i momentami bywało zabawnie, to jednak przez cały czas czegoś mi brakowało. I w sumie nie wiem czego. Najłatwiej by było powiedzieć, że pomysłu na to JAK to zagrać. Jednak już wtedy pośród braków i niedociągnięć zwróciłam uwagę na jedną osobę, o której za chwilę, bo jest to dla mnie dominujący aktor w tym zestawieniu. Oprócz niego w pamięci zapisała mi się jakoś Justyna Kowalska grająca matkę. Miała ona jednak ułatwione zadania przez to, jak napisana jest jej rola. Matka jest wyjątkowo znerwicowana barwna, należało to jedynie oddać. I wnioski z tego, że na tym zapisywanie siew pamięci polegało wyciągam poprzez zestawienie z kolejną sztuką, w której zagrała, bo w niej już nie powtórzyła wrażenia. Ale o tym za chwilę. Generalnie „Opowieść o zwyczajnym szaleństwie: nie wywarła na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałam po tym tekście.
No i ta scenografia. Miałam wrażenie, że wszyscy siedzą w wielkiej macicy, do której od czasu do czasu dochodzą nowe postaci poprzez pochwy odpinane suwakiem. Nie przemówiło to do mnie nijak i chyba przeszkadzało mi w sumie najbardziej. Bo aktorzy, chociaż nie porywali, to jednak grali tekst poprawie i historia jakoś płynęła. Tylko nie wiem czy „jakoś” powinno być wyznacznikiem.
OPOWIESCI-O-ZWYCZAJNYM-5        fot. B.Warzecha

Drugi spektakl w wykonaniu studentów warszawski to była „Awantura w Chioggi” Carlo Goldoniego w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza.
Nie przeszkadzało mi uwspółcześnienie akcji, ale w niektórych momentach sam przebieg fabularny jakoś mi się rozmywał. Jakby siadała przyczynowo-skutkowość. Jakby coś nie zostało powiedziane, a wnioski jednak wyciągnięte. Brakowało mi czasem motywacji poszczególnych postaci, a nade wszystko brakowało mi wyrazistości tych postaci. Grono kobiet stanowiło bardzo piękną, idealnie ubraną (te sukienki mnie oczarowały, a bieganie w szpilkach przyprawiało o gęsią skórkę, bo niejednokrotnie bałam się, ze któraś z dziewczyn połamie nogi) wspólną masę, z której nikt się nie wyróżnia.
Brakowało też rekwizytów. Włoskie miasteczko, w którym wszyscy SA gotowi do walki, a tylko jeden delikwent wyjmuje nóż, który zaraz gdzieś tam upuszcza. Po brawurowych rekwizytach jakimi były absurdalne ryby, reszty jakże potrzebnych rekwizytów nie było.
Właściwie bardziej domyślałam  się, co tam miało być zagrane niż tego doświadczałam. To przeniesienie XVIII wieku do lat 50. wieku XX nawet miałoby sens. Temperamentne Włoszki kłóciłyby się bez taryfy ulgowej, a Włosi przywodziliby na myśl mafię rodem z Ojca chrzestnego. Ale jeśli to, co mnie się wydaje, było efektem zamierzonym, to nieosiągniętym.
Patrzyłam na Donne Liberę w wykonaniu Martyny Trawczyńskiej i nie mogłam pozbyć się z głowy natrętnej myśli: Czemu to nie jest Monica Bellucci? Ale nie była i nie jest, a całości nie wyreżyserował Giuseppe Tornatore, by stworzyć z tego klasyk włoski klimatu lat 50 jak „Sprzedawca marzeń” czy trochę wcześniejsza (a fabule), ale również klasyczną „Malenę”.
W tym całym poczuciu braku, niedopowiedzenia niewynikającego z potrzeby fabuły, błyszczał przemyślaną od początku do końca rolą Szymon Roszak. I tak, to na niego zwróciłam uwagę w „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie”. Od pierwszej chwili, w której wszedł na scenę jako Padron Fortunato był nim. Włochem w słusznym wieku. Z każdym krokiem, każdym gestem i każdym słowem. Aż się zastanawiałam, czy na ukłonach da radę z tej roli wyjść, bo wydawała się przyrośnięta do niego w sposób całkowity.

AWANTURA-W-CHIOGGI-5
fot. B.Warzecha

Poradził też sobie doskonale z brakiem rekwizytów typu nóż czy broń palna, gdy wyskoczył z domostwa z cygarem w ręku. Spokojnie byłam w stanie uwierzyć, że jest nim w stanie nawet zabić. Ale najpiękniejsza była jego mimika (tak, ja kocham jak ktoś twarzą jest w stanie zagrać więcej, niż inny całym ciałem), która wyrażała czasem tak wiele, że słowa były niepotrzebne. A gdy one padały… ja przecież wiem, ze on mówił po polsku, a jednak nie mogłam się częstokroć oprzeć wrażeniu, że to jednak jest po włosku. Już drobnych dowcipów i przytyków do Łodzi nie wspominając.
Mnie ten człowiek oczarował. I bardzo chętnie jeszcze kiedyś, gdzieś bym go na scenie zobaczyła.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s