Kobieta, której na imię namiętność. Kobieta, której na imię władza.

„Maria Stuart” była ostatnim spektaklem granym w ramach Festiwalu Szkół Teatralnych w tym roku. A mnie było totalnie wstyd, ze wcześniej tego nie widziałam. Słyszałam wiele dobrego, kilka osób mnie zachęcało, ale mnie się jakoś nie złożyło. Tak wstyd wielki. I właściwie na ostatniej prostej, gdy już byłam pod teatrem dowiedziałam się, że może mnie to ominąć. Liczba chętnych bowiem przekraczała możliwości małej Sali Teatru Studyjnego, na której ten spektakl grano już przy pierwszym pokazie i wszystko wskazywało na to, ze przy drugim będzie podobnie. Jednak dzięki dobrym, życzliwym ludziom udało mi się trafić na salę. Na całe szczęście. Bo bez tego moja obecność na całym festiwalu byłaby zupełnie niepełna.

Nie wiem od czego zacząć, nie wiem co pisać najpierw. Wielki tekst Fryderyka Schillera trzeba było opanować, bo każde słowo w tym tekście musiało być na swoim miejscu, nie można było niczego oszukać. A jednak należało znaleźć miejsce na inwencje własną, na interpretację, na pole osobistego zaangażowania. Przeniesienie historii do współczesności i odarcie jej z kostiumów z epoki bardzo do mnie przemówiło. Taki eksperyment zrobiono z  „Otellem” kręcąc film „O”. Trochę korporacja, świat wielkiego biznesu, jednak tutaj zrobiono to z większym wyczuciem i bez grania pod publikę.
W tym wszystkim muszę stwierdzić, że kobiety były niesamowite, rewelacyjne i powalające. To one stanowiły trzon całej historii i doskonale to było czuć na każdym kroku. Żadna nie odpuściła głównej roli kobiecej. To była rozgrywka szachowa, w której czarna i biała królowa walczyły o każde pole. Maria Stuart i Elżbieta. Dwie piękne i dumne królowe, w dwóch tak odmiennych sytuacjach życiowych, a jednak w jakiś sposób do siebie podobne.

Maria-Stuart-20fot. Andrzej Różycki

Maria Stuart  zniewala od pierwszej chwili na scenie. Maria Dębska  w tej roli jest niewinna, bezbronna a jednocześnie waleczna i dumna. Jest władczynią i skazaną w jednym. Bardzo kobieco zmienia swoje emocje, płynnie przechodzi od pogardy do pokory i z powrotem. I płacze tak przejmująco, gdy łzy naturalnie spływają po jej twarzy rozmazując coraz bardziej bardzo skrupulatny makijaż, a ona ociera je ukradkiem, żeby nie stracić twarzy, chociaż wokół dzieje się tyle złych rzeczy, że utrata twarzy w ogóle nie powinna jej martwić. Ale jest nie tylko kobietą, jest też królową.

Ktoś zadał mi pytanie: Po co ona była naga? To nie miało uzasadnienia fabularnego.
To ja odpowiem: W nosie mam uzasadnienie fabularne. To miało uzasadnienie w postaci.
Bo żeby grać taką dumę i taką klasę w samych majtkach, to trzeba mieć w sobie coś wielkiego. Mogli ją obedrzeć ze wszystkich dóbr tego świata, ale nie mogli jej odebrać tego, co miała w sobie.
Jednak Maria Stuart jest także kobieta uwodzicielką. W więzieniu poniżona i upokorzona nie do końca o tym zapomina. Próbuje także poprzez to apelować do rozporządzających jej codziennością mężczyzn o łaskę. Bo chociaż jej los finalnie leży w dłoniach Elżbiety, to droga pomiędzy nimi prowadzi przez mężczyzn. Jednak ten kierunek jest bardzo zwodniczy. Pragnący kobiety mężczyzna wiele może dla niej zrobić, ale wiele też oczekuje w zamian.

Maria-Stuart-22
fot. Andrzej Różycki

Drugą piękną i waleczną kobietona scenie jest Elżbieta grana przez  Maję Pankiewicz. Niby bezwzględna, a przecież tak przytłoczona władzą, która wymaga od niej coraz to nowych decyzji, których w swoim własnym sumieniu nie chciałaby podejmować. Jej życie prywatne do niej nie należy, jej ciało do niej do końca nie należy, a jej dłonią każdy wokół chciałby podpisać korzystne dla siebie papiery. Miota się pomiędzy byciem królową, a byciem kobietą. Ale to rozdarcie jest tak odmienne od tego, które dotycz Marii Stuart.

I chociaż z całą pewnością mogę powiedzieć, że NIE ŻAŁUJĘ KRÓLÓW. Ich śmierci i tragedie nie wyciskają łez z moich oczu, a upadki i wzloty okupione cierpieniem innych i politycznymi rozgrywkami przyprawiają mnie jedynie o mdłości. To te dwie kobiety – nie królowe, kobiety- ujęły mnie swoimi osobowościami.

Maria-Stuart-1
fot. Andrzej Różycki

Ale nie byłabym sprawiedliwa, gdybym tak zupełnie pominęła mężczyzn. W moim subiektywnym rankingu doskonałym uzupełnieniem ról kobiecych były te grane przez Krystiana Pestę oraz Jakuba Nosiadka. Pierwszego widziałam już w „Laleczce” i tam podobała mi się jego gra. Tu pokazał jeszcze więcej, jeszcze mocnMaria-Stuart-9iej, jeszcze głębiej. Jego intryga była bardzo wiarygodna, jego gesty były spójne i nikt nie miał wątpliwości, że na swej drodze nie zawaha się ani chwili nad największymi ofiarami. Które poniosą oczywiście inni.

Drugi –  Jakub Nosiadek grający Mortimera była szaleńcem fanatykiem, który ujawniał nam się na scenie po kawałku. Krok po kroku odsłaniał swoje prawdziwe oblicze i nie chodzi mi tu o zdjęcie bluzy. Jego szaleństwo było prawdziwe. Czy się to komuś podobało, czy nie.

Maria-Stuart-4
fot. Andrzej Różycki

MARIA STUART jest tekstem wielkim. Ci młodzi ludzie tę wielkość absolutnie udźwignęli.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s