Cena chińskiego rozkwitu

To nie jest tak, że mnie nie oburzają warunki, w jakich trzymane są zwierzęta (bo czasem mi się  to zarzuca, gdy porównuje to do tematu tego wpisu). Psy z łańcuchami tak długo na swoich szyjach, że te łańcuchy stały się integralną częścią psów wrastając w ich ciało. Koty w klatkach tak ciasnych, że trudno uwierzyć, że nawet te wyjątkowo gibkie zwierzęta, dają radę tam przetrwać. Ale też kury w klatkach wielkości kartki A4, które w życiu nie widziały słońca ani trawy, a ze stresu wyskubują sobie wszystkie pióra, przez co wyglądają jak po chemioterapii. Jajka od tych kur są pewnie równie zdrowe jak dziecko, które urodziłaby kobieta, która przez całą ciążę była zamknięta w pomieszczeniu i wymiarze metra na metr.

Ale równie oburzają mnie DZIECI trzymane w warunkach podobnych. Może już nie do końca w Polsce, bo o ile u nas zdarza się to pewnie gdzieś sporadycznie, to nie jest to jedna ogólnie przyjęty trend. Ale w takich chociażby Chinach już tak. Sierocińce w tym kraju wyglądają naprawdę tak jak nasze schroniska dla psów – mniej pieniędzy, to się pogarsza warunki podopiecznych i można spać spokojnie.
Dzieci, które tam trafiają – tam trafiają. I to jest właściwie wszystko, co można powiedzieć na ten temat. Nikt się nimi dalej nie przejmuje, nikogo nie obchodzą. Trudno nawet mówić o ich życiu – jest to powolne umieranie.

dzieci-smieci-chiny-leszek-slazyk-2

Oczywiście najgorzej być dziewczynką, bo wtedy nasze szanse na dostanie się do sierocińca drastycznie wzrastają. Polityka regulacji demografii zakładała przy okazji, że jak już się to dziecko ma, to lepiej, żeby był to chłopiec, bo to wartościowszy obywatel dla kraju i społeczeństwa, więc po urodzeniu dziewczynki wyrzucało ją się na śmietnik lub oddawało do sierocińca (co w sumie było równoznaczne) i udawało, że żadne narodziny nei miały miejsca. Jak bardzo trzeba zniszczyć ludzi, by mieli takie podejście do własnego dziecka? Jak trzeba ich zastraszyć i zmanipulować – nie będę nawet wnikać.
I o ile na śmietniku dziecko zwyczajnie umierało z wyziębienia czy wykrwawienia (z niezawiązanej pępowiny) to w sierocińcu zostawało przywiązywane do drewnianego krzesła, ubierane w ciuszki z odpowiednimi dziurami, których uzupełnieniem była miska pod tym krzesłem. Nie będę nic więcej opisywać, bo chyba każdy ma wyobraźnie i potrafi stwierdzić, jak wyglądała egzystencja tego dziecka.

cd_girl

Co bardziej krnąbrne i starsze jednostki, którym jakoś udawało się ten najgorszy okres w ich życiu przetrwać, mogły zaznać kolejnych doskonałych pomysłów władz takiego sierocińca na ich zagospodarowanie.
W Polsce taki widok można było zobaczyć jedynie na plakatach akcji społecznej o uwalnianiu psów z łańcuchów, na której porównywano poziom rozwoju psa do dwuletniego dziecka i zadawano (przynajmniej w naszych realiach) pytanie retoryczne: Czy dziecko przywiązałbyś łańcuchem do budy?
W Chinach to pytanie w ogóle retoryczne nie jest i chociaż nie o budę tu chodzi, to łańcuch jest najprawdziwszym łańcuchem.
Rozrabiasz, jesteś dzieckiem, któremu się wydaje, że może trochę pobiegać i poszaleć – to myk, łańcuch do nogi i nie pobiegasz. Sposób jakże prosty. Jakże okrutny.

sieroty-chiny-leszek-slazyk

Czemu tak się dzieje? Skąd takie pomysły?
Otóż kwestia jest prosta – dziecko jako takie nie przynosi zysku i korzyści. Wychowanie go i wyedukowanie do poziomu „dochodowego obywatela” jest zbyt drogie, by państwo chciało je ponosić. Jak samo jakoś przetrwa, przeżyje  dorośnie – to jego sprawa. Jak nie – trudno.
Jeśli rodzice ten trud ponoszą wyrzekając sie wszystkiego i pracując ponad siy – to ich sprawa. Państwo jako takie tego trudu ponosić nie zamierza.
Poza tym nikt tam już chyba nie potrzebuje pełnowartościowych obywateli, bo nawet jak ktoś tam dorośnie, to staje się jedynie trybikiem w maszynce do zarabiania pieniędzy, by pokazać ten niezwykły dobrobyt Chin.
Kobiety szyjące dżinsy po 18 godzin na dobę, składające telefony w warunkach urągających nie tylko godności ale i człowieczeństwu – wytrzymują w pracy kilka lat. Potem, choć mają dopiero po dwadzieścia kilka lat, są właściwie staruszkami, wrakami. Żaden organizm tego nie przetrwa.
A dzieci w sierocińcach? To jest także cena tego niewiarygodnego rozkwitu Chin, który tak wielu chwali. Mnie czasem bardziej niż propaganda sukcesu i pokazywanie ubarwionych laurek interesuje to, co za fasadą – tak zwane koszty przemiany. Bo wiem jak niewiarygodne są one w Polsce, chociaż tutaj o rozkwicie chyba nie ma mowy. W Chinach rozkwit jest – a jakże. Ale koszty… koszty tego rozkwitu są tak wielkie, że nie chciałabym musieć ich ponosić.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s