Jaki był ten rok?

Jaki był ten rok?
Bo wiecie, teraz jest taki moment na podsumowania, na rachunek sumienia, na bilans zysków i strat. NA te wszystkie niepotrzebne rzeczy, które niczego nie zmieniają, nie wnoszą, nie naprawiają, ale też nie psuja, które jednak robimy, bo rok się kończy. Oczywiście ten przeskok z ostatniego dnia grudnia na pierwszy dzień stycznia nie jest jakiś drastyczny, nie wybuchają kłótnie, nie pojawiają się rozwody. Czasem pojawiają się dzieci, ale to nie dlatego, że nikt się ich jeszcze w grudniu nie spodziewał, tyko jakoś tak poród przyspiesza zabawa sylwestrowa.
Nie ma końca świata (życia) o północy i nie ma nowego życia minutę po niej. Jest jak było.

sZfu.velky_numerologicky_rozbor_takyto_bude_rok_2017
No to jaki był ten rok?
Nie najgorszy.
To bardzo wazna jego cecha, bo naprawdę bywały lata gorsze, podczas których było znacznie trudniej i cieszę się, że ten mi tego oszczędził.
Wiele się nauczyłam (kto by pomyślał, że w moim wieku to nadal możliwe).
Wiele do mnie dotarło i wiele wróciło. Bo przecież to wiedziałam wcześniej, a w tym roku się upewniłam.
Przede wszystkim pieniądze szczęścia nie dają. Jakiś to banał. Ale naprawdę lepiej żyć skromnie i mieć czas dla bliskich, niż pracować po 12 godzin na dobę za porządne pieniądze, ale nie mieć czasu nawet na plac zabaw z dzieckiem.
Czasem bywa ciężko, ale za to mam taki kontakt z córką o jakim mogłam marzyć. Jest realny.

Poza tym…
Nie zabiłam swojego faceta , chociaż chwilami niewiele brakowało.
Nie zabiłam swojego dziecka, chociaż chwilami niewiele brakowało.(Kontakt kontaktem, ale często działamy sobie na nerwy jak mało kto… albo jak nikt).
No i nie zabiłam siebie, chociaż chwilami niewiele brakowało.
Wszyscy przetrwali.

Przeczytałam 109 książek.  Tak jest to mój rekord.  Jest to mój snobizm i w ogóle.
Na szczęście odkryłam ponownie radość z chodzenia do biblioteki, bo już moje fundusze zgrzytały i błagały  mnie o zaprzestanie tego procederu wiecznego kupowania.  Chodzenie do biblioteki  i spaceruję sobie między regałami niczym w antykwariacie, na który narzuciłam sobie ostatnio embargo (i pięknie się tego nie trzymam). Ale to ten sam zapach i to samo wrażenie. I wybieram sobie kilka książek i z nimi wychodzę, a w portfelu braków nie ma. Wprawdzie  te książki są moje jedynie na miesić, jedynie na czas czytania, ale to i tak wystarcza, bo regał nie jest z gumy. Mój regał, wyczekany, ukochany, który błyskawicznie się zapełnia. Ale coś za coś – czytać mogę, a pieniędzy nie wydaję.
Co wcale nie znaczy, że dwa razy w tym roku nie zbankrutowałam. Raz na Targach książki niezależnej w Warszawie (tam trudniej nie zbankrutować, bo jeszcze na bilet trzeba wydać), gdy już naprawdę nie było mnie stać na kolejną książkę, ale jeszcze trochę ich było. Na szczęście nie byłam sama. Był ze mną pewien mężczyzna najwyraźniej lepiej uposażony, bo jedną książkę zakupił mi on.
Drugi raz zbankrutowałam na Festiwalu Gier i Komiksów, bo nakupiłam wielką torbę komiksów. W tym jedną na prezent dla tamtego mężczyzny – trafiony, przeczytany… Sielanka czytelnicza niemalże.

Nie wiem ile obejrzałam filmów, ale sporo. Część w kinie, do którego teraz chodzę znacznie częściej niż jakieś 2-3 lata temu. Także z dzieckiem, wiec jestem na bieżąco w kwestii kina dziecięcego. Nie wiem czy niestety czy na szczęście, bo różnie to bywa. Jedne filmy są naprawdę sensowne i dobrze zrobione, inne infantylne i tak koszmarne wizualnie i estetycznie, że mam obawy, że spaczają dzieci bezpowrotnie. Ale to chyba filmów dla dorosłych też dotyczy.

Przytrafiło mi sie też kilka seriali, chociaż nie od deski do deski, bo jakoś w międzyczasie zapał odchodził.
Ale może do niektórych wrócę.

Ugotowałam też kilka nowych potraw…
Pierwszą w życiu grochówkę – wyszła.  A miała podniesiony poziom trudności, bo była realizowana w ramach programu  gotowania jedzenia bez mięsa (takie wyzwanie).
Dyniowe curry – zabawy z dynią mi się podobają, a bardzo jej się bałam, bo przez lata była zupełnie nieobecna w kuchni w moim domu rodzinnym, a przez to w moim własnym dorosłym też.
Wegański bigos. Podobno jak wegański to nie bigos, ale dla mnie zawsze podstawą dania była kapusta, a wszystko inne w środku było fakultatywne. Ale skoro to musi być potrawa mięsna, to ugotowałam NIEBIGOS.
I zaprzestałam jedzenia mięsa. Nie ortodoksyjnie, bo przez pierwsze miesiące było tak, ze raz na miesiąc musiałam zjeść rybę. Jakoś inne mięso mnie nie przyciągało, a ryba tak. Potem było kilka miesięcy bezmięsnych, ale w Wigilie sobie pozwoliłam na karpia. Taka słabość.
Ogólnie idzie mi lepiej niż się spodziewałam, dlatego póki co tego się trzymam.

SAMSUNG

A gdyby mnie ktoś zapytał tradycyjnie  „CO SŁYCHAĆ?”, to bym odpowiedziała „PO STAREMU”
Bo chociaż minęło 12 miesięcy, 365 dni, to zmieniają się tylko drobiazgi.
I plan na kolejny rok mam taki, żeby  za dużo raczej nie zmieniać.
To jest chyba najlepszy dowód na to, że moje życie w końcu wygląda tak, jak bym chciała.

CZEGO WAM WSZYSTKIM ŻYCZĘ!!!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s